|
WZMACNIACZ MOCY • stereo BOULDER
Producent: BOULDER AMPLIFIERS |
|
Test
tekst MAREK DYBA |
|
No 263 16 marca 2026 |
JAKI JEST BOULDER – każdy widzi, chciałoby się powiedzieć. Po pierwsze dlatego, że design wszystkich urządzeń tej marki jest charakterystyczny, a więc łatwo rozpoznawalny, i do tego niezmienny (poza detalami). Po drugie dlatego, że jest oryginalny, niepowtarzalny i dopracowany, więc amerykański producent nie ma żadnego powodu, by go zmieniać.
Jedynie tańsze urządzenia z serii 800, a właściwie to dopiero całkiem najtańszy przedwzmacniacz gramofonowy z serii 500, różnią się dość wyraźnie, choć i one zachowują pewne wspólne cechy z większymi i droższymi komponentami Bouldera. Sam producent podkreśla, że jest „ostatnim producentem urządzeń audio wysokiej klasy w Ameryce Północnej, który nadal samodzielnie je projektuje, opracowuje i wytwarza we własnym zakładzie”. Nowe urządzenia pojawiają się w jego ofercie niezbyt często i doskonale wpisują się w firmowe wzorce i filozofię. Gdy więc już dochodzi do prezentacji nowego modelu, to zwykle jedyną widoczną wskazówką jest wygrawerowany małymi cyferkami numer na jego froncie. W serii 1100 obecnie znaleźć można pięć urządzeń: dwa przedwzmacniacze (liniowy i gramofonowy), monobloki, a także dwie końcówki stereofoniczne. Te ostatnie odróżniają tę linię od dwóch droższych. Na „budżetowym” (dla Bouldera) poziomie producent daje bowiem potencjalnemu klientowi dwie opcje: potężną końcówkę 1162 (czyli „drobne” 61 kg wagi) zdolną dostarczyć (przy 8 Ω) moc ciągłą o wartości nawet 300 W (w szczycie 450 W), tudzież jej znacząco mniejszą siostrę, czyli testowany wzmacniacz 1163. Ta pierwsza końcówka, model 1162, zastąpiła w ofercie 1160, która miałem niegdyś przyjemność testować wraz z firmowym przedwzmacniaczem liniowym; więcej → TUTAJ. Testowany wzmacniacz, 1163, zastąpił z kolei 1161; więcej → TUTAJ. Nowe końcówki są adresowane do tych samych, czy raczej mających podobne wymagania, klientów. Ta większa (fizycznie i pod względem maksymalnej mocy) 1162 przeznaczona jest dla posiadaczy trudniejszych kolumn albo wyjątkowo dużych pokoi odsłuchowych, słowem dla tych, którzy potrzebują ogromnej mocy. Pokój mniejszy, a kolumny nieco mniej wymagające, acz realnie na to patrząc, 150 W przy 8 Ω wystarczy do napędzenia, strzelam, ale zapewne się za bardzo nie mylę, minimum 95% kolumn dostępnych na rynku w każdym normalnym pokoju, sugerują wybór mniejszej i – oczywiście – również tańszej wersji 1163. O tym, że ta druga waży skromne 25 kg zamiast 62, a i wymiary ma mniejsze, nawet nie wspominam, choć dla niektórych to również może być argument za takim wyborem. Tym bardziej, że producent zapewnia o równie bezkompromisowym podejściu do projektowania i wykonania obu (a właściwie wszystkich swoich) urządzeń. Wybór powinien więc opierać się przede wszystkim na zapotrzebowaniu na moc, które jest wypadkową „łatwości/trudności” posiadanych kolumn, wielkości (i akustyki) pokoju, plus ewentualnie indywidualnych preferencji. ▓ 1163 JAK JUŻ ZAZNACZYŁEM na początku, projekt plastyczny wzmacniaczy (i nie tylko) Bouldera właściwie nie zmienia się od wielu lat. Kolor: srebrny; „dziwne” linie na froncie – ci, którzy markę znają wiedzą, że to izohipsy, czyli linie łączące na mapie topograficznej miejsca o tej samej wysokości nad poziomem morza – odwzorowujące topografię okolic miasta Boulder, a konkretnie góry Flagstaff, fantastycznie wykonane radiatory pełniące rolę ścianek bocznych; charakterystyczne gniazda głośnikowe z wielkimi nakrętkami motylkowymi, które akceptują wyłącznie widełki; wejścia liniowe wyłącznie zbalansowane; a wykonanie i wykończenie: perfekcyjne. COŚ SZCZEGÓLNEGO • W droższych i mocniejszych modelach wzmacniaczy tej firmy charakterystyczne jest również trzydziestodwuamperowe gniazdo zasilające AC wymagające specjalnych kabli zakończonych odpowiednimi wtykami. Jednakowoż, ponieważ 1163 należy do rodziny „słabych” wzmacniaczy, czyli o „niskiej”, jak na tę markę, mocy, więc niewymagających zasilania rodem z przemysłowej spawarki, stosuje się z nim normalny kabel zasilający z wtykiem IEC. Obok niego na tylnej ściance umieszczono główny włącznik wzmacniacza, tudzież bezpiecznik. Obudowa testowanego wzmacniacza, jak to u Bouldera, jest niezwykle solidnie wykonana. Wykonano ją z grubych płatów aluminium, a całość konstrukcji pomyślano tak, by wytłumić maksimum niechcianych wibracji. Całość ustawiono na czterech antywibracyjnych nóżkach. Na froncie, oprócz wspomnianych wygrawerowanych poziomic, a także nazwy marki i modelu, umieszczono metalowy wyłącznik zasilania oraz pojedynczą diodę, która sygnalizuje jego podanie do urządzenia. Ta ostatnia, co powtarzam chyba w każdej recenzji z uporem godnym lepszej sprawy, jest (dla mnie) mocno irytująca. Otóż, gdy urządzenie jest w trybie standby, dioda powoli miga światłem białym i naprawdę intensywnym. Po włączeniu, w trakcie procedury startowej, nadal miga, ale raz na biało, raz na czerwono. W końcu, gdy urządzenie jest gotowe do pracy, dioda świeci światłem ciągłym, znowu białym i też dość intensywnym. Jeśli zakochacie się w tym wzmacniaczu, a dioda będzie was irytować równie mocno jak mnie, zwłaszcza w czasie wieczornych odsłuchów, zawszeć możecie zakleić ją kawałkiem taśmy... W ten sposób high-tech spotka się z realnym życiem. COŚ KLASYCZNEGO • Kolejna rzecz, która pozostaje niezmienna na przestrzeni lat, to bezkompromisowe podejście inżynierów Bouldera, z Jeffem Nelsonem, założycielem marki, na czele, do projektowania każdego urządzenia i bezwzględna preferencja połączeń i konstrukcji w pełni zbalansowanych. Dotyczy to nawet najtańszych serii, włącznie z przedwzmacniaczem gramofonowym 508. Słowem, przedwzmacniacz (jeśli nie będzie to propozycja Bouldera), bądź źródło z regulowanym poziomem wyjściowym, muszą dysponować wyjściami symetrycznymi, najlepiej „prawdziwymi”. Przy poprzednich recenzjach urządzeń tej firmy był to dla mnie problem. Zamieniłem więc DAC LampizatOr Pacific na model zbalansowany tej samej marki, Poseidon (gwoli jasności, nie wyłącznie pod kątem Bouldera, ale są i inne marki preferujące połączenia symetryczne). Jak sugeruje sam producent, można stosować kable zakończone z jednej strony wtykami RCA, a od strony końcówki XLR, ale to będzie kompromis; o dostępności takich kabli nie wspomnę. Jeśli więc decydujecie się na wzmacniacz tej marki to najlepiej pomyślcie o w pełni symetrycznym torze. Na tylnej ściance, oprócz wspomnianych już gniazd: głośnikowych, zasilającego AC, i wejść liniowych XLR, znajdziecie porty: LAN oraz USB. W przypadku starszych modeli producent sugerował, że ten pierwszy może służyć do integracji wzmacniacza z systemem inteligentnego domu. W instrukcji 1163 o tej funkcji nie znalazłem ani słowa. Wspomniano w niej natomiast, iż port ethernetowy należy połączyć z domową siecią, by możliwa była, jeśli takowa zostanie udostępniona, aktualizacja oprogramowania wzmacniacza. Aktualizację można wykonać również poprzez port USB.
COŚ KLUCZOWEGO • Jak widzicie państwo, z zewnątrz trudno jest odróżnić 1163 od poprzednika, a i patrząc na specyfikację różnica pojawiają się głównie na drugim, czy nawet trzecim miejscu po przecinku. Niemniej, jak zapewnia producent, różnice są w rzeczywistości istotne, acz widoczne dopiero wewnątrz urządzenia. Jak można przeczytać w dokumentacji tego modelu, projektując go inżynierowie Bouldera czerpali z rozwiązań opracowanych na potrzeby monobloków 1151. Oznacza to wykorzystanie np. specjalnego zmodernizowanego i przeprojektowanego automatycznego układu biasu („Class A Bias scheme”), który precyzyjnie stabilizuje prąd podkładu eliminując potrzebę ręcznej kalibracji. Kolejnym kluczowym rozwiązaniem jest Smart Current Output Stage („inteligentny prądowy stopień wyjściowy”). Wzmacniacz oddaje pierwsze (zapewne, bo producent tego nie specyfikuje) kilkanaście watów mocy w klasie A, a dopiero przy wyższym zapotrzebowaniu przechodzi do klasy AB. Maksymalnie, przy 8 Ω, potrafi oddać 150 W na kanał. Inteligencja tego układu polega na dostosowaniu podaży prądu/mocy w zależności od bieżącego zapotrzebowania napędzanych głośników. W ten sposób nie tylko ograniczane jest zużycie prądu, w tym straty w postaci ciepła, ale i zwiększana żywotność wzmacniacza, który pracuje w niższych – niż zwykle w klasie A – temperaturach. Dodajmy, iż stopień wyjściowy 1163 wykorzystuje aż czterdzieści tranzystorów wspieranych przez baterię dwunastu kondensatorów filtrujących, co ma gwarantować stabilną pracę nawet przy dużym zapotrzebowaniu na moc i to przy dowolnym obciążeniu. Jego kolejną, charakterystyczną dla marki, cechą, jest ekstremalnie niska impedancja wyjściowa, która ma gwarantować taki sam charakter brzmienia wzmacniacza niezależnie od podłączonych do niego kolumn, nawet jeśli mają one duże spadki impedancji. Wszystkie płytki drukowane użyte w 1163 zostały zmodyfikowane i ulepszone w porównaniu do modelu 1161. Odpowiadający za zasilanie solidny transformator toroidalny zamknięto w solidnie ekranowanej obudowie i wytłumiono zalewając go żywicą. Wytłumiona w czasie montażu obudowy została również pokrywa wzmacniacza. Testowana końcówka mocy korzysta też z autorskiego stopnia wzmacniającego 985, dokładnie tego samego, który stosowany jest w większym modelu, 1162. Urządzenie wyposażono również w nowo opracowany układ zabezpieczający, który ma bezpiecznie i natychmiastowo wyłączać stopień wyjściowy w przypadku zwarcia kabli głośnikowych lub usterek w systemie. ▓ ODSŁUCH JAK SŁUCHALIŚMY • W głównej części testu jako podstawowe źródło udział wziął mój zbalansowany DAC LampizatOr Poseidon, do którego sygnał z mojego customowego serwera (z później również z Lumina U2X) trafiał topowym kablem USB Davida Labogi, Akoyą. Jako że polski DAC wyposażony jest w bardzo dobrą regulację głośności, używałem go zarówno do bezpośredniego sterowania Boulderem, jak i w połączeniu ze zbalansowanym przedwzmacniaczem liniowym Circle Labs P300.
W tym pierwszym zestawieniu LampizatOra z końcówką mocy łączyłem zbalansowanym interkonektem Next Level Tech Ether. W tym drugim z kolei tenże kabel łączył DAC z przedwzmacniaczem, a dalej sygnał wędrował kolejnym zbalansowanym interkonektem, KBL Sound Himalaya 2. Pod koniec odsłuchów dotarł do mnie jeszcze firmowy przedwzmacniacz Bouldera, model 1110, który zastąpił na krótko Circle Labs. Choć nie było to w pełni „koszerne” – zdaniem Bouldera, który uznaje wyłącznie połączenia zbalansowane – w czasie testu używałem również gramofonu J.Sikora Standard Max z firmowymi ramionami (KV12 Max i KV9) oraz wkładkami Air Tight PC-3 i LeSon LS10 Mk II. Przedwzmacniacz gramofonowy GrandiNote Celio Mk IV (a później nowy LampizatOr VP-Lite MC Silver) z wejściem (RCA) przedwzmacniacza łączył interkonekt Bastanis Imperial.
Testowana końcówka mocy, za pośrednictwem kabli WK Audio TheRAY (które mam zaterminowane od strony wzmacniacza niezbędnymi w tym przypadku widełkami), napędzała moje kolumny GrandiNote MACH4, ale opcjonalnie również fantastyczne (!!!), najnowsze wcielenie kolumn Tomka Kursy, czyli AudioForm M200. Te ostatnie po zmianach w zwrotnicy, awansowały (moim zdaniem) do elitarnego grona ekstraligi kolumn podstawkowych. Przepraszam za wtręt, ale uwielbiam chwalić polskie produkty, a ten jest wybitny! Wzmacniacze zasilane były prosto ze ściennych gniazdek Furutecha (na osobnej linii do skrzynki), a reszta urządzeń z kondycjonera Gigawatt PC-3 SE EVO+. Cała elektronika, poza przedwzmacniaczem gramofonowym i gramofonem, ustawiona była na stoliku Base VI. Tor analogowy od lat pracuje na stoliku Rogoz Audio 3RP3/BBS. POWTARZAM TO CZĘSTO, ale uważam, że muszę. Porównywanie urządzeń, których słuchało się w odstępach kilku lat nie jest do końca wiarygodne nawet jeśli ma się notatki, czy ostateczną wersję recenzji starszego urządzenia do dyspozycji. Odnosząc więc 1163 do 1160, czy 1161 (które testowałem) mogę pisać bardziej o tym, „co mi się wydaje”, niż o niezachwianej wierze w swoją ocenę, która byłaby ewentualnie możliwa, gdybym mógł postawić je wszystkie obok siebie i słuchać na zmianę.
Wydaje mi się więc, że 1163 wpisuje się w pewną tendencję niemal wszechobecną w świecie wzmacniaczy tranzystorowych i to od dobrych już kilku lat, a mianowicie zamiast skupiać się na hiperdetaliczności, superprzejrzystości, superprecyzji i chłodnej analityce nagrań, te nowsze tranzystory, także testowany Bouldera, przesuwają nacisk na naturalność, płynność i pełnię brzmienia. |
Może nie tyle przesuwają, ile sprawiają, że te cechy brzmienia grają równorzędne role. A że w przypadku testowanej końcówki mocy dodatkowo towarzyszą im jeszcze nasycenie, wysoka energia, spójność i imponująca dynamika, całość jest przekonująca i wciągająca, czyli po prostu znakomita. O zimnej, bezdusznej analityce (zwłaszcza tych droższych) tranzystorów sprzed kilku- (-nastu) lat można już (na szczęście!) zapomnieć. Mocno rzecz upraszczając powiedziałbym, że nowa końcówka amerykańskiej marki gra nieco cieplej niż znane mi jej poprzedniczki, które bynajmniej nie były „zimne”, ale odrobinę bliżej im było do neutralności niż naturalności. Tyle że jest to nadmierne uproszczenie, słowem: nie do końca prawda. Na pewno 1163 gra jeszcze nieco bardziej nasyconym, pełniejszym dźwiękiem, gęściej, a w efekcie płynniej. Dźwięk gęstszy odbiera się także jako ciemniejszy, a ciemniejszy właściwie z automatu określamy mianem cieplejszego, niezależnie od tego, czy faktycznie takowy jest, czy nie.
W przypadku Bouldera 1163 (w kontekście ceny tego urządzenia, właściwie nie ma innej opcji), wynika to w dużej mierze z jeszcze wyższej, czysto highendowej rozdzielczości dźwięku. Jest w nim jeszcze więcej, przede wszystkim tych drobnych i najdrobniejszych, informacji zarówno czysto muzycznych, jak i okołomuzycznych. Nie rozbitych na detale, nie wyeksponowanych (poza potrzeby wynikające z kontekstu muzyki bądź wykonania), ale swobodnie, bez wysiłku, luźno składających się w wyjątkowo spójną, płynną, gładką (chyba, że odtwarzana muzyka wymaga czegoś innego), a w efekcie bardzo naturalną, acz jednocześnie ciągle neutralną, całość. Całość kompletną, czyli taką, w której niczego nie brakuje. Da się pewne elementy zaprezentować jeszcze lepiej – to jasne, mam nadzieję – ale 1163 nie ma żadnych braków, niczego co psułoby obraz topowej prezentacji. Nowa końcówka Bouldera to świetny przykład na to, jak wysokiej klasy komponenty audio łączą naturalność z neutralnością, przybliżając w ten sposób słuchacza do prawdziwego brzmienia muzyki (mam na myśli przede wszystkim akustyczną, bo gdy w grę wchodzą wzmacniacze, efekty, itd., to trudno właściwie mówić o naturalnym brzmieniu, choć można nadal mówić o prawdziwym). Nie ma tu bowiem za grosz sztucznego ocieplenia, czy innej formy podbarwienia. To granie czyste i przejrzyste, precyzyjne, poukładane i dające dobry wgląd w nagranie. Ale też i świetnie odtworzone jest naturalne (!) ciepło brzmienia akustycznych instrumentów, czy wokali. Wszystko to składa się na swobodne, zrelaksowane granie, które świetnie „wchodzi”, zaciekawia i wciąga, zwykle od pierwszych taktów i to nawet jeśli doskonale znamy nagranie. Jedną z pierwszych płyt, których słuchałem i które zaangażowały i urzekły mnie całkowicie była Meditations JONA BATISTE’a i CORY’ego WONGA. Pierwszy z nich to czarodziej, przede wszystkim, jazzowego fortepianu, a drugi, przede wszystkim, bluesowej gitary. Razem stworzyli coś innego i pięknego. Testowany Boulder dał mi doskonały wgląd w brzmienie fortepianu Jona Batiste’a, pozwolił docenić jego niezwykły talent i technikę, ale podał tenże ogrom informacji jakby mimochodem. Wszystkie były łatwo dostępne, ale zlokalizowane „w tle”, bowiem na pierwszym planie znajdowała się skupiająca na sobie sto procent mojej uwagi muzyka i jej refleksyjny, pogodny i wielce pozytywny klimat. Na muzykę składały się dźwięki, z wyraźnie zaznaczonym, ale nieutwardzonym sztucznie atakiem i pełne podtrzymania i wybrzmienia. Była przestrzeń, w której wszystko to się rozgrywało, niezbyt duża, ale uporządkowana, z dobrą lokalizacją i obrazowaniem instrumentów. Dobrą, a nie doskonałą, bo tak zapisano je na tym albumie, a amerykańska końcówka nie bawi się w ulepszanie, czy upiększanie sygnału, który otrzymuje. Równie dokładnie mogłem przyjrzeć się gitarze Cory’ego, a nawet klawiszom i perkusji, choć te pełnią na tym krążku role uzupełniające. Niemniej to akustyczny i najbogatszy brzmieniowo, chwilami wręcz słodki fortepian Jona robił największe wrażenie swoją barwą, energią, swobodą, masą i głębią dźwięku. Boulder 1163 może i nie bryluje mocą w porównaniu do innych modeli tego producenta, niemniej 150 W przy 8 Ω - to impedancja MACHów 4, a AudioForm mają nominalną impedancję wynoszącą 6 Ω - to naprawdę sporo, więc po wspomnianej spokojnej, lirycznej płycie sięgnąłem m.in. po ścieżkę dźwiękową z filmu Sinners. Dodam, że po tę napisaną przez Ludwiga Göranssona, bo dostępna jest i druga, ta bardziej bluesowa z utworami w wykonaniu różnych artystów z wielkim Buddy Guy’em (który - spoiler alert dla tych, co nie widzieli! - na krótko pojawia się w filmie) włącznie. Obie są znakomite, niemniej chodziło mi raczej o dużą skalę, moc, rozmach i dynamikę, które znaleźć można przede wszystkim na tym pierwszym wydawnictwie. Ciekawe było obserwowanie, jak uniwersalnym wzmacniaczem jest Boulder, bo z jednej strony tak pięknie zagrał Meditations, co zresztą najmocniej różni go, jak mi się wydaje, od poprzedników, a z drugiej ze swobodą poradził sobie z mocną, niepokojącą, pełną skoków dynamiki muzyką Göranssona. Moc, energia, dynamika, wykop – to wszystko cechy znane ze starszych modeli, ale nawet przy muzyce wymagającej tych właśnie elementów, 1163 wydawał się sięgać nieco głębiej i wydobywać na wierzch, ale bez wypychania ich do przodu, więcej informacji uzupełniając te elementy, a przez to znacząco wzbogacając prezentację. Jak wspominałem, nie mówię o podkreślaniu detali, o analityczności jako takiej, ale raczej o takiej samej atencji dla wszystkiego co dzieje się na pierwszym planie, jak i na kolejnych, dla dźwięków bezpośrednich i odbitych, dla solistów i instrumentów towarzyszących, a także dla całego otoczenia akustycznego wykonawców. O pokazanie twardego, szybkiego, mocnego ataku, ale i odpowiednio długiego, pełnego podtrzymania i wybrzmienia każdego dźwięku, a także wierne oddanie jego barwy i faktury. O bezbłędne, precyzyjne oddanie kontrastów w zakresie dynamiki, tej w skali makro, i tej w mikro gdzie przecież (na dobrych nagraniach) dzieje się tak dużo, ale i barwy i poziomu energii każdego instrumentu (czy raczej indywidualnych szarpnięć strun, uderzeń w klawisze, bębny, pociągnięć smyków, itd.). 1110 • Słuchając ciągle jeszcze tego samego krążka, do toru włączyłem firmowy przedwzmacniacz 1110. To nie pierwszy raz, gdy gościłem go w swoim systemie, ale teraz pierwsza obserwacja była nieco zaskakująca, a mianowicie moją uwagę zwróciły jeszcze dłuższe wybrzmienia.
W tym zestawieniu najniższy bas nabrał również odrobinę więcej masy, przez co najniższe, zwłaszcza elektroniczne dźwięki, były głębiej jeszcze osadzone, a w efekcie mocniej czułem je „w kościach”. Późniejsze odsłuchy nagrań orkiestrowych potwierdziły te obserwacje dodatkowo jeszcze lepiej pokazując swobodę, z jaką kolumny napędzane przez Bouldera, odtwarzały każde, najbardziej nawet złożone, najgęstsze utwory grane przez wielką orkiestrę symfoniczną. Im dłużej słuchałem nowego wzmacniacza 1163, tym mocniej rosło we mnie przekonanie, że i wokale testowane urządzenie odtwarza jeszcze lepiej, czy może wiarygodniej od poprzedników. Ot choćby słuchając Brothers in Arms, acz nie w oryginalnym wykonaniu, tylko zespołu wokalnego CLUB FOR FIVE, miałem więcej skojarzeń z najlepszymi doświadczeniami ze wzmacniaczami lampowymi, niż tranzystorowymi. Te pierwsze (najlepsze SET-y, gwoli ścisłości) nadal są w tym jeszcze lepsze, oferując bardziej jeszcze naturalne i namacalne brzmienie, ale 1163 zbliża się do nich bardziej niż starsze konstrukcje pana Nelsona. Ponieważ na naturalność brzmienia ludzkiego głosu jesteśmy szczególnie wyczuleni, więc jest to niezwykle ważna cecha, przynajmniej dla tych, którzy pasjami słuchają dobrych wokali. Wśród znanych mi mocnych tranzystorów 1163 będzie dla nich jednym z lepszych wyborów. W efekcie, z testowaną końcówką w torze, wyszukiwanie ulubionych wokalistek i wokalistów może łatwo zdominować pozycje tychże pozbawione, przynajmniej na początku przygody z tym wzmacniaczem. Tym bardziej, że gatunek muzyczny nie ma dla niego większego znaczenia. Wspomniany zespół wokalny wykonujący doskonale znane hity (z czasów mojej młodości :-)) brzmiał znakomicie, ale wcale nie gorzej zabrzmiał oryginał z Knopflerem na wokalu, czy popisy wokalistów rockowych - Stevena Tylera (AEROSMITH), Chrisa Cornella (SOUNDGARDEN), czy Briana Johnsona (AC/DC), a to przecież zupełnie inny rodzaj śpiewu. Wzmacniacz świetnie oddał „chrypę” i tę niesamowitą energię Johnsona (przy okazji, fanom AC/DC polecam znalezienie nagrań tego wokalisty z czasów przed dołączeniem do zespołu, kiedy to śpiewał zupełnie inaczej). Charakterystyczne, genialne „wydzieranie” się Tylera Boulder zaserwował tak czysto i przekonująco, jak tylko na to pozwalało nagranie, wywołując u mnie po raz enty owo niedowierzanie, że ktokolwiek tak potrafi śpiewać tak dobrze kontrolując każda nutę. Głos Cornella, osadzony najniżej, nasycony był emocjami, delikatny i mocny jednocześnie. A wszystko to działo się przecież za każdym razem na tle rockowej, „dymiącej” kapeli z mocnymi gitarami, basem i perkusją. Wzmacniacz świetnie prowadził tempo i rytm, grał z rozmachem, ale luźno, bez spinania się, bez nerwowości - wszystko nawet na takich płytach wydawało się być pod pełną kontrolą. Ale przecież i koncertowa ANNA MARIA JOPEK, a potem także PATRICIA BARBER urzekły mnie, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, swoimi pięknymi głosami. Sybilanty i owszem, były słyszalne, ale nie irytujące. Maniery wokalne – jak na dłoni, ale i one były doskonale wkomponowanymi w całość, stanowiącymi o wyjątkowości danej artystki, cechami wraz z barwą i umiejętnością wyrażenia i przekazania słuchaczom autentycznych emocji. Jako że obu pań słuchałem z nagrań koncertowych, pomimo niezaprzeczalnej magii artystek, miałem okazję zwrócić uwagę również na inne elementy prezentacji. Całość nie była aż tak namacalna i trójwymiarowa, jak to ma miejsce z najlepszymi wzmacniaczami typu SET, ale nie zmienia to faktu, że prezentacja była znakomita, co dodatkowo podkreślały wiernie oddane równie naturalne i angażujące reakcje publiczności, bardzo dobrze oddana akustyka sali, czy przekonujące obrazowanie dużych, (niemal) namacalnych źródeł pozornych. Jak wiadomo, jestem fanem nagrań koncertowych, bo nie mogę bywać na takowych wydarzeniach tak często, jakby chciał. Innymi słowy, uwielbiam muzykę graną na żywo, a urządzenia, które potrafią oddać atmosferę i charakter takich realizacji cenię szczególnie. Boulder 1163 trafia niniejszym na niezbyt długa ich listę, na której większość pozycji zajmują urządzenia lampowe. ▒ Podsumowanie BOULDER JAKI JEST, każdy widzi i słyszy. To urządzenie z bardzo wysokiej półki, które wyglądem i jakością wykonania wyznacza standardy high-endu, choć przecież w ofercie amerykańskiego producenta są jeszcze dwie wyższe serii. I choć Jeff Nelson na spotkaniu kilka lat temu w Soundclubie stwierdził, że o brzmienie jego urządzeń trzeba pytać innych, bo on dba „jedynie” by były odpowiednio zaprojektowane i zbudowane, to jednak 1163, jak mi się wydaje (vide to, co napisałem na początku), brzmi jednak trochę inaczej niż poprzednicy. Rzecz nie w tym, że to kompletnie inny dźwięk, ale raczej, że bardziej kompletny, a przez to jeszcze lepszy. Nie umniejsza to wartości poprzedników, a raczej potwierdza rozwój amerykańskiej marki i nieustające dążenie do doskonałości. 1163 to nie jest rewolucja w porównaniu do starszych urządzeń, ale raczej ewolucja. To bowiem nadal wzmacniacz, który doskonale kontroluje kolumny, który gra przejrzyście, czysto, jest energetyczny, a i dynamika jest wzorcowa. To urządzenie grające swobodnie, z rozmachem nawet dużą symfonikę czy heavy metalowe szaleństwa, a jednocześnie imponuje wyrafinowaniem gdy przychodzi do doskonale nagranego (i zagranego, rzecz jasna) jazzu, czy wokali. Już poprzednie modele doskonale łączyły naturalność z neutralnością brzmienia, acz 1163 robi to... jeszcze lepiej. Jego brzmienie trudno jest mi określić inaczej niż mianem wysoce muzykalnego i spójnego.
Znakomitą rozdzielczość, na której opiera się granie i klasa tego urządzenia, także udało się konstruktorom podwyższyć. Daje to słyszalny efekt wyższej gęstości, a w efekcie ciemniejszego (bo pełniejszego, mocniej nasyconego) dźwięku, ale nadal nie ma w nim za grosz ocieplenia, czy innych podbarwień. Co więcej, Boulder daje wgląd w nagrania na poziomie nieosiągalnym dla wielu konkurentów innych marek, a jednocześnie nie jest bezwzględną, analityczną bestią, która eliminuje z biblioteki nagrań wszystkie poniżej „audiofilskiego” poziomu realizacji. Cóż, jaki jest Boulder każdy widzi i słyszy – znakomity! To wzmacniacz na lata do bardzo drogich systemów dla audiofilów i miłośników muzyki. Jeśli cena was nie odstrasza, posłuchajcie, bo naprawdę warto! ‖ MD ▒ Dane techniczne (wg producenta)
Nominalna moc wyjściowa (ciągła): 150 W/ 8-4 -2 Ω | Dystrybucja w Polsce
SOUNDCLUB
Test powstał według wytycznych przyjętych przez Association of International Audiohile Publications, międzynarodowe stowarzyszenie prasy audio dbające o standardy etyczne i zawodowe w naszej branży; HIGH FIDELITY jest jego członkiem-założycielem. Więcej o stowarzyszeniu i tworzących go tytułach → TUTAJ. |
|
System referencyjny 2026 |
|
|
ŹRÓDŁA CYFROWE |
1. Pasywny, dedykowany serwer z WIN10, Roon Core, Fidelizer Pro 7.10 • karty JCAT XE USB i JCAT NET XE recenzje › TUTAJ + zasilacz Ferrum HYPSOS SIGNATURE recenzja › TUTAJ • JCAT USB ISOLATOR, optyczny izolator LAN + zasilacz liniowy KECES P8 (mono) • przełącznik LAN: Silent Angel BONN N8 recenzja › TUTAJ + zasilacz liniowy Forester recenzja › TUTAJ 2. Przetwornik cyfrowo-analogowy: LampizatOr PACIFIC recenzja › TUTAJ + Ideon Audio 3R Master Time recenzja › TUTAJ |
|
ŹRÓDŁO ANALOGOWE |
1. Gramofon J.Sikora STANDARD w wersji MAX recenzja › TUTAJ • ramię J.Sikora KV12 • wkładka Air Tight PC-3 2. Przedwzmacniacze gramofonowe: • ESE Labs NIBIRU V 5 recenzja › TUTAJ • Grandinote CELIO Mk IV recenzja › TUTAJ |
|
WZMACNIACZ |
1. Wzmacniacz zintegrowany GrandiNote SHINAI recenzja › TUTAJ 2. Wzmacniacz zintegrowany ArtAudio SYMPHONY II (modyfikowany) 3. Przedwzmacniacz liniowy AudiaFlight FLS1 recenzja › TUTAJ |
|
KOLUMNY |
1. GrandiNote MACH4 recenzja › TUTAJ 2. Ubiq Audio MODEL ONE DUELUND EDITION recenzja › TUTAJ |
|
OKABLOWANIE |
1. Interkonekty analogowe: • Hijiri MILLION KIWAMI • Bastanis IMPERIAL x 2 recenzja › TUTAJ • Hijiri HCI-20 • TelluriumQ ULTRA BLACK • KBL Sound ZODIAC XLR 2. Interkonekty cyfrowe: • David Laboga EXPRESSION EMERALD USB x 2 recenzja › TUTAJ • David Laboga DIGITAL SOUND WAVE SAPPHIRE x 2 recenzja › TUTAJ 3. Kable głośnikowe: • LessLoss ANCHORWAVE 4. Kable zasilające: LessLoss DFPC SIGNATURE, Gigawatt LC-3 recenzja › TUTAJ |
|
ZASILANIE |
1. Kondycjoner Gigawatt PC-3 SE EVO+ recenzja › TUTAJ 2. Kabel zasilający AC Gigawatt PF-2 Mk 2 3. Dedykowana linia od skrzynki kablem Gigawatt LC-Y 4. Gniazdka ścienne Gigawatt G-044 Schuko i Furutech FT-SWS-D (R) |
|
ANTYWIBRACJA |
1. Stoliki: • Base VI • Rogoz Audio 3RP3/BBS 2. Akcesoria antywibracyjne • platformy ROGOZ-AUDIO SMO40 i CPPB16 • nóżki antywibracyjne ROGOZ AUDIO BW40MKII • nóżki antywibracyjne Franc Accessories CERAMIC DISC SLIM FOOT • nóżki antywibracyjne Graphite Audio IC-35 recenzja › TUTAJ i CIS-35 recenzja › TUTAJ |
strona główna | muzyka | listy/porady | nowości | hyde park | archiwum | kontakt | kts
© 2009 – 2026 HighFidelity, design by PikselStudio
















