pl | en

No. 111 lipiec 2013

ReklamaAdvertising

AKCESORIA,
czyli historia pewnego nieporozumienia

Okładka numeru “High Fidelity”, którego wstępniak państwo czytacie, nie pozostawia wątpliwości, czemu jest poświęcony: platformom antywibracyjnym. To specyficzny element składowy systemu odsłuchowego (definicje tych i wielu innych pojęć znajdą państwo w poprzednich artykułach cyklu Audiofil – to brzmi dumnie; ich spis zamieszczamy poniżej). Choć cenowo często równoważny z jego głównymi elementami, to traktowany jest najczęściej jako coś dodatkowego i niezbyt istotnego. Mówi o tym chociażby nazwa całej grupy, pod którą te produkty są znane: akcesoria. Pochodząca z łacińskiego accessorius, czyli ‘dodatkowy, nieistotny’, definiowana jest przez Słownik wyrazów obcych (Biblioteka Gazety Wyborczej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007) jako „narzędzia lub inne drobne przedmioty potrzebne lub przydatne do wykonywania jakiejś czynności, jakiegoś rzemiosła, jakiegoś zawodu”. To jego współczesna definicja, w której przegląda się minimalizacja wartości akcesoriów, ich relegowanie do grupy rzeczy „możliwych, acz niekoniecznych”. W tym samym duchu wypowiedzieli się autorzy Słownika języka polskiego (Biblioteka Gazety Wyborczej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007), dla których to „rzeczy potrzebne do czegoś, np. narzędzia lub przedmioty dodatkowego wyposażenia”. Także tutaj silnie zaznaczona jest nieistotność akcesoriów, choć słowo „potrzebnych” sugeruje coś więcej, mocniejszą niż by się wydawało na pierwszy rzut oka zależność.
O co w tym wszystkim chodzi? Żeby mieć jakiś obraz, przywołajmy jeszcze jedną, starszą o czterdzieści lat definicję. ‘Akcesoria’ według niej, to: „dodatkowe składniki wyposażenia, przybory konieczne, ale nie będące częścią składową struktury, maszyny itp.” – to oczywiście niezastąpiony Władysław Kopaliński ze Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z 1967 roku (Warszawa). Przede wszystkim wprowadzone zostaje tym razem pojęcie „struktury”, czyli czegoś zwartego, zorganizowanego, wewnętrznie zależnego. W naszym przypadku mowa o podstawowych składnikach systemu audio: źródle, wzmacniaczu i kolumnach (przetwornikach elektro-akustycznych). Ale ważniejsze jest chyba odmienne rozłożenie akcentów – dzisiaj rozumiane jako nadmiarowe, niekonieczne, wówczas postrzegane jako coś zewnętrznego, ale koniecznego do prawidłowego funkcjonowania.

W audio rozumienie znaczenia akcesoriów przeszło dokładnie odwrotną drogę. Od zupełnej obojętności, po docenienie i zaliczenie ich w poczet głównej grupy „produktów audio”, na równi z trzema wymienionymi powyżej elementami składowymi. Przynajmniej w moim rozumieniu i rozumieniu ludzi, którzy mają pojęcie o audio. Wymieńmy produkty, które określa się mianem ‘akcesoriów’; jest ich sporo, ale do najważniejszych należą:

  • kable połączeniowe: interkonekty (cyfrowe i analogowe), kable głośnikowe (w tym zwory),
  • produkty związane z siecią zasilającą: kable sieciowe, kondycjonery sieciowe, filtry sieciowe, listwy zasilające, bezpieczniki,
  • produkty antywibracyjne: stoliki, platformy, stopy, rezonatory, elementy tłumiące,
  • substancje poprawiające styk,
  • produkty poprawiające odczyt danych z płyt optycznych,
  • produkty minimalizujące promieniowanie elektromagnetyczne,
  • produkty służące do optymalizacji akustyki pomieszczenia,
  • produkty poprawiające samopoczucie słuchającego (patrz – Acoustic Revive RR-777, albo Stein Music Harmonizer System; co ciekawe, w ofertach obydwu tych firm zaliczane są nie do grupy akcesoriów, a do wydzielonych grup, równoważnych z innymi; odpowiednio do: „Room Tuning related products” oraz „periphery”). Są oczywiście inne, jednak te wydają się najważniejsze.

Patrząc na tę listę nietrudno zauważyć sprzeczność pomiędzy, zgodnym ze źródłosłowem, rozumieniem tej kategorii przez współczesnych językoznawców, pojmowaniem ich roli przez ludzi związanych z audio oraz rzeczywistością. Zacząć wypada od początku, czyli od kabli połączeniowych i sieciowych. Jasne jest, że bez nich system nie będzie działał; trzeba w jakiś sposób podać napięcie do elektroniki, a poszczególne elementy z sobą połączyć. Nawet jeśli założymy, że przesył bezprzewodowy jest tuż, tuż, to i tak wciąż jesteśmy zmuszeni doprowadzić zasilanie klasycznym kablem. Jak jednak rozumiem, przez wszystkie te lata, odkąd zrodziło się pojecie hi-fi, a więc od końca II wojny światowej, kiedy to do domów powróciło mnóstwo, świetnie wyszkolonych inżynierów, a wraz z nimi masa elektroniki z demobilu, nie przejmowano się zbytnio tym, jak się łączy komponenty, ani jak się je zasila. Drut od lampki był szczytem marzeń. Proszę spojrzeć na zdjęcia urządzeń Quada i McIntosha, zamieszczone (odpowiednio) w książkach Kena Kesslera Quad: The Closest Approach (International Audio Group Ltd, 2003) i McIntosh „…for the love of music…” ( McIntosh Laboratory, Inc., 2006). Kabelki, jakie są na nich widoczne nie zasługują nawet na splunięcie. Podobne wrażenie braku zainteresowania ich jakością odnosi się czytając historię magazynu „Hi-Fi News”, a tym samym historię branży audio na Wyspach i w USA, pt. Sound Bites. 50 Years of Hi-Fi News, pióra Kena Kesslera i Steve’a Harrisa (IPC Media, 2005). Nawet w bliższych nam czasach, w latach 90. i 2000. pisma skupione w organizacji o nazwie EISA (European Imaging and Sound Association), przyznające nagrodę o tej samej nazwie, nigdy nawet nie napomknęły o osobnej kategorii pt. „kable” (por. George Cole, 25 Years of Excellence. EISA, EISA, 2007). A należałoby się spodziewać, że redaktorzy naczelni pism w niej skupionych, może nie najważniejszych, ale na pewno wpływowych, najczęściej z inżynierskim wykształceniem, powinni wiedzieć, że kable to nie tylko „konieczność”, bo bez nich nic nie zagra, ale i składnik równoważny z pozostałymi, często w największym stopniu decydujący o dźwięku systemu. Może więc kosztować tyle, co inne elementy audio. Wydaje się jednak, że inżynierowie bardzo ciężko przekonują się do czegoś, co wykracza poza ich akademickie wykształcenie, niestety wadliwe (niepełne) w tym sensie, że bardzo ogólnie traktujące przesył sygnałów audio. Być może jednak powoli zaczyna się to zmieniać, ponieważ w ostatnim numerze „Hi-Fi News & Record Review”, jego naczelny, fenomenalny specjalista od pomiarów, a przy okazji obecny przewodniczący EISA, Paul Miller, po pomierzeniu kabli USB (tak!) i ich przesłuchaniu stwierdza w nagłówku do swojego artykułu All Aboard the USB, że po zorganizowaniu w przeszłości testów setek kabli, „nawet on był zaskoczony różnicami”. Tak, jakbyśmy tego nie wiedzieli i nie pisali o tym od lat (dla przykładu TUTAJ). Za co się nam zresztą zbierało od „twardogłowych” inżynierów. Teraz jeden z największych sceptyków, człowiek, którego mierniki jittera w urządzeniach audio są jednym z podstawowych narzędzi pomiarowych większości firm, stwierdza, że różnice rzeczywiście występują. I to w kablach USB, co do których komputerowcy mają stosunek, nomen omen, zero-jedynkowy (por. Paul Miller, All Aboard the USB, „Hi-Fi News & Record Review”, July 2013, s. 98). Świat się kończy!

Kable powoli, ale stabilnie, wychodzą więc z „szarej” strefy niedomówień, półuśmieszków i stukania się w czoło, wkraczając do strefy pełnoprawnych produktów audio. Nieco inaczej rzecz się ma z elementami antywibracyjnymi – „akcesoriami”, które nie są niezbędne do działania systemu audio. O ile bez kabli nie da się nic zrobić, o tyle urządzenia, kolumny i kable stworzą działającą całość bez cienia produktu antywibracyjnego.
Trzeba jednak to, co właśnie powiedziałem umieścić w odpowiedniej perspektywie: audio jest branżą „perfekcjonistyczną”. Dąży się w niej do maksymalnego wykorzystania tego, co oferuje elektronika AGD. Wykorzystując znane techniki, opracowując nowe, przesuwa się w niej granice tego, co możliwe; poprawia się wszystko, co możliwe, aby uzyskać jak najlepszy dźwięk. Często sposobami, co do których teoretyczna podstawa nie istnieje, metodą prób i błędów lub przy pomocy przedefiniowania tego, co jest tzw. „stanem wiedzy”. W przypadku produktów służących do minimalizacji drgań sytuacja nie jest aż tak niewyraźna. Duża w tym zasługa zarówno audio, jak i branż z audio związanych tylko pośrednio – medycyny i wojskowości.
Z gramofonami sprawa jest jasna – odczyt informacji z rowka płyty przez igłę wymaga możliwie najmniejszych drgań. Jak wiemy, robi się to na wiele sposobów, zarówno z wykorzystaniem odprzęgnięcia za pomocą sprężyn, gum (elastomerów), jak i za pomocą technik pozwalających wytracać drgania w dużych masach lub przez zastosowanie poduszek powietrznych. O tym, że myślano o tym już na bardzo wczesnym etapie, świadczą zdjęcia mechanizmów gramofonów Thorensa z 1931 roku, zamieszczone w książce Thorens. Faszination einer lebenden Legende Gerharda Weichera (Gerhard Weicher, 2006, s. 39). Ale przecież nie tylko gramofony wymagały dbałości o minimalizację wibracji. Równie istotne było opanowanie drgań, na jakie narażone były lampy we wzmacniaczach elektroakustycznych. Tzw. mikrofonowanie jest łatwe do zaobserwowania – wystarczy pstryknąć w lampę, a w kolumnach usłyszymy coś podobnego do dźwięku sprężyny. To elementy, z jakich zbudowane są lampy wpadają w drgania, a przez to generują dodatkowy sygnał zniekształcający. Dla wielu inżynierów walka z wibracjami była więc częścią ich pracy od lat 30., a nawet wcześniej. Być może dlatego nigdy nie rozumieli produktów antywibracyjnych jako czegoś oddzielnego od urządzenia, jego struktury – projektując gramofon czy wzmacniacz projektowali go od razu tak, jakby był zintegrowany z systemem odsprzęgania.
Dodajmy, że wiele zawdzięczamy również firmom związanym z wojskowością i medycyną. Dla przykładu – platforma RAF-48 Acoustic Revive powstała z bezpośredniego przeniesienia platformy używanej w laboratoriach szpitalnych pod mikroskopem elektronowym. Kontrola wibracji w samolotach, w których pracowały lampy, doprowadziła do powstania nowych ich typów, odpornych na mikrofonowanie. Specjalne maty izolowały wzmacniacze i generatory.

Problemem było (i jest) więc nie to, że w pewnych przypadkach należy z drganiami walczyć, a ocena tego, w jakim stopniu wpływają na dźwięk. Bo choć narażone na wibracje kondensatory modulują sygnał, choć drgające transformatory generują prąd zakłócający (w przewodzie, poruszającym się w polu elektromagnetycznym generowany jest prąd), to jednak ich wpływ na sygnał audio jest przez dużą część inżynierów bagatelizowany. Niesłusznie. Po latach spędzonych z wszelakiego rodzaju urządzeniami, po setkach prób z różnymi produktami służącymi do redukcji drgań (wibracji), zarówno samodzielnych, jak i w większych grupach wiem, że to, jak jest mechanicznie wykonany dany produkt, a także na czym go postawimy, ma znaczenie porównywalne ze zmianą produktu na lepszy. Może się wydawać, że przesadzam, że nie ma takiej możliwości, jednak mówię to, co słyszę i co do czego jestem przekonany.
Traktujmy więc produkty antywibracyjne z szacunkiem, jako konieczną składową systemu audio. To nie są „akcesoria”, w sensie czegoś dodatkowego i niekoniecznego. Myślę, że znacznie bliżej im do słowa pokrewnego, od którego rozpoczyna się definicja słownikowa w już przywołanym Słowniku… Władysława Kopalińskiego, a mianowicie ‘akces’, z łacińskiego accessus, czyli ‘przyjęcie (do)’. Zastosowanie odpowiednio dobranych do danego systemu produktów minimalizujących wibracje byłoby więc umożliwieniem przystąpienia do odsłuchu muzyki; tylko z nimi odsłuch byłby odsłuchem, a nie wsłuchiwaniem się. Tak przeszlibyśmy od accessorius do accessus, z pożytkiem dla muzyki i nas samych.

Cykl „Audiofil – to brzmi dumnie”



  • MÓJ PIERWSZY SYSTEM, No. 110, czerwiec 2013, czytaj TUTAJ
  • MOJE MIEJSCE NA ZIEMI, czyli o czym marzy meloman-audiofil, No. 106, luty 2013, czytaj TUTAJ
  • AUDIOFIL W CZYTELNI, czyli magazyny audio, No. 104, grudzień 2012, czytaj TUTAJ
  • WYSTAWA - możliwości do wykorzystania, No. 103, listopad 2012, czytaj TUTAJ
  • KLASYFIKACJA, czy szatańskie wersety?, No. 102, październik 2013, czytaj TUTAJ
  • SPRZĘT – kilka słów o tym, co nas podnieca, No. 101, wrzesień 2013, czytaj TUTAJ
  • ODSŁUCH – KRÓTKIE WPROWADZENIE DO NIETYPOWEGO ZACHOWANIA (czyli dlaczego słuchanie nie zawsze jest odsłuchem i co z tego wynika), No. 97, maj 2012, czytaj TUTAJ
  • AUDIOFIL – KRÓTKIE WPROWADZENIE DO CZŁOWIEKA (kilka dowodów na istnienie sensu w branży audiofilskiej), No. 95, marzec 2012, czytaj TUTAJ

TERAZ MAGAZYNY AUDIO

“High Fidelity” w “Positive-Feedback Online”
Współpraca między magazynami audio (zakładam jednak, że chodzi generalnie o pisma specjalistyczne) przez długie lata była czymś rzadkim. Doświadczana raczej na poziomie kontaktów osobistych, nie przeradzała się w nic bardziej sformalizowanego. Wyjątkiem była europejska organizacja EISA, powstała w 1982 roku, w Paryżu, dla promowania przyznawanej przez siebie nagrody. Wszystko zmieniło nadejście pism internetowych, które „rozmontowały” scenę audio, składając ją na nowo, na innych zasadach. Od początku bowiem było dla nas jasne, że branża audio to nie tylko konkurencja (która jest czymś pożądanym), ale i współpraca; chodziło nam wszystkim o przeniesienie audio z getta dla walniętych, podstarzałych dziadków po czterdziestce, których już trzeba kąpać (powtarzam to, co usłyszałem kiedyś od kolegi mojego syna) do przestrzeni zajmowanej przez ludzi młodych, przez kobiety. Do tego wymagany był jednak konsensus co do tego, że w grupie siła.
Dzisiaj jest inaczej – proszę spojrzeć na spisy treści magazynów internetowych (bo to one doprowadziły do tej zmiany): „6moons.com” (Szwajcaria) rozpoczął od współpracy z niemieckim magazynem „fairaudio.de”, a od kwietnia 2009 roku także z „High Fidelity”, który właśnie czytacie.

Jeszcze dalej datuje się współpraca amerykańskiego „EnjoyTheMusic.com” z magazynami (uwaga!) drukowanymi: „Hi-Fi+” (UK/USA), „Hi-Fi World” (UK), „The Absolute Sound” (USA) i nie tylko. Od stycznia tego roku współpracuje także z „High Fidelity”. Ostatnimi czasy tendencja ta się nasiliła, ponieważ w krótkim czasie, podziwiany przeze mnie za formę, amerykański magazyn „TONEAudio” zaprosił do współpracy serbskie „Mono&Stereo”, które z tej okazji zmieniło logo, upodabniając je do swojego patrona. W tym samym czasie zawiązał się alians między amerykańskim „Positive-Feedback Online” i niemieckim „HiFiStatement.net”.
Jak widać, jesteśmy częścią tego ruchu od dłuższego czasu. Im więcej związków między magazynami, im więcej dzielonych materiałów, wymiany informacji i doświadczeń, tym lepiej – beneficjentem tego stanu rzeczy są czytelnicy, którzy dostają jeszcze bardziej profesjonalną, sprawdzoną i rzetelną wiedzę. Jesteśmy więc bardzo zadowoleni z najnowszych wieści – pierwszy test mojego autorstwa ukazał się w czerwcu w „Positive-Feedback Online”, a w przygotowaniu są następne. Zapraszam do lektury TUTAJ!



“High Fidelity” w “StatementHiFi.net”
Hmm… Tak, coś jest na rzeczy – wrócimy do tego w sierpniu.

“High Fidelity” w “Stereo Sound” (tak jakby)
Przed dwoma miesiącami wspomniałem, że logo „High Fidelity” po raz pierwszy pojawiło się na łamach amerykańskich pism drukowanych – „Stereophile’a” i „The Absolute Sound”. Trochę to było wejście tylnymi drzwiami, bo loga pojawiły się na reklamach, ale fakt pozostaje faktem. Podobna historia miała miejsce w zeszłym miesiącu w japońskim magazynie „Stereo Sound” dzięki firmie Acoustic Revive. Firma pana Kena Ishiguro wybrała recenzję z „High Fidelity” do promowania swojej firmy. Dziękujemy!





TERAZ MUZYKA


Klaus Schulze
Shadowlands

SPV GmbH SPV 260072, CD (2013)

Jak czytamy w recenzjach tego albumu, to swoiste podsumowanie okresu w twórczości tego muzyka i kompozytora, wieńczące jego współpracę ze śpiewającymi kobietami. Usłyszymy na niej Lisę Gerrard, Chrystę Bell i Julię Messenger. To płyta delikatna, niespieszna, niesłychanie przestrzenna. Tyle tylko, że nudna. Ci, dla których Schulze był jednym z przedstawicieli najciekawszego nurtu w muzyce elektronicznej, będą zawiedzeni – nie ma mowy o eksperymencie, ani nawet o próbie wprowadzenia jakiś modyfikacji. Dlatego jeśli jesteśmy nadmiernie obciążeni dziedzictwem krautrocka, darujmy ją sobie. Inaczej będzie, jeśli przyjmiemy, że to po prostu inny muzyk niż ten, który kupował swój pierwszy syntezator mooga. Wówczas możemy się zanurzyć w muzyce, będącej częścią szerokiego nurtu ambient. Dźwięk jest przyjemny, gładki, przestrzenny, choć bez specjalnej definicji i rysowania brył. Dobra średnia. Jeszcze jedno - płyta dostępna jest w dwóch wersjach: podstawowej i limitowanej; ta druga z dodatkową płytą, zawierającą nieco inną muzykę. Recenzujemy tę pierwszą.

Jakość dźwięku:
7/10


Alinson Moyet
The Minutes

Cooking Vinyl Limited COOKCD585, CD (2013)

To jedno z przyjemniejszych zaskoczeń pierwszej połowy 2013 roku. Słuchając poprzedniego wydawnictwa Alison Moyet, wydanej w 2007 roku płyty The Turn, byłem raczej zawiedziony – zarówno zawartością, jak i dźwiękiem. Ósmy w jej karierze solowej album, The Minutes, przynosi znacznie ciekawszą muzykę, opartą w dużej mierze o elektroniczne brzmienia, przywołujące wspomnienia (choć to nie jest kopiowanie tych samych pomysłów) z czasów jej współpracy z Vincentem Clarkiem w duecie Yazoo. Materiał jest zróżnicowany, „Wikipedia” podaje, że to połączenie synthpopu, z dodatkiem R&B oraz momentami pop rocka i house. Choć na papierze brzmi to durnowato, w rzeczywistości dobrze się broni – to płyta, do której się powraca, chociażby dla takich utworów, jak otwierającego ją Horizon Flame, Changeling, w którym ponownie słyszymy potęgę i piękno wokalu Moyet, czy przywołującego z niepamięci jej melancholijne, piękne oblicze Apple Kisses. No i fantastyczne Right As Rain. W ten sposób z pierwszych pięciu utworów wymieniłem cztery, a zapewniam, że dalej jest równie dobrze. Do tego płyta jest bardzo dobrze zrealizowana i wyprodukowana, bez nadmiernego plastiku, z mocnym groovem na basie. Spodoba się i melomanom, i melomanom-audiofilom, i audiofilom. Proszę poszperać w internecie – płyta dostępna była także w limitowanej wersji z autografem artystki (zakładam, że oryginalnym :).

Jakość dźwięku:
8-9/10


Depeche Mode
Soothe My Soul

Columbia Records 73069 + 73068, SP CD x 2 (2013)

Jeszcze nie opadł kurz po majowej recenzji płyty Delta Machine (pisało o niej sporo stron fanów – patrz Delta Machine rozłożony na łopatki w „101DM.pl”) w „High Fidelity”, a trzymam w ręku drugi, po Heaven, pochodzący z niej singiel pt. Soothe My Soul. To jedna z moich ulubionych kompozycji z Delty…, dlatego pojawienie się aż trzech wersji, dwóch singli kompaktowych i jednego (12”) winylowego przyjąłem z uśmiechem na ustach. Tym bardziej, że większość z remiksów jest naprawdę fajna. Podobnie, jak przedtem, znacznie lepszy dźwięk dostajemy z winylu – mniej kompresowany, z lepszym balansem tonalnym i oddechem. Ale i CD słucha się przyjemnie.

Jakość dźwięku
CD: 6-7/10
LP: 7/10


OMD
English Electric

BMG/100% Records/Sony Music Japan SICP-3810, CD (2013)

Jedną z pierwszych informacji, jaką dostajemy w świetnej biografii grupy Kraftwerk pt. Kraftwerk Publikation Davida Buckleya (Poznań 2013) jest to, że Andy McCluskey, założyciel grupy Orchestral Manouvres in the Dark podziwiał tę grupę, a Wolfgang Flür miał, według niego, potencjał, aby stać się „Tomem Jonesem elektropopu” (s. 26). Fascynacje krautrockiem, a szerzej – niemiecką sceną muzyki elektronicznej słychać na pierwszych płytach zespołu OMD, przede wszystkim na Orchestral Manoeuvres in the Dark i Organisation z 1980 roku i wydanej rok później Architecture & Morality. Eksperymenty, ale i zgrabne melodie, dzięki którym zespół stał się częścią sceny New Romantic, zapewniły jej ogromną popularność. Później było gorzej, a grupa zaplątała się we własne nogi. „Teraz Rock” w nowym numerze pisma podaje wprawdzie, że obok dwóch pierwszych albumów równie ważny jest, pochodzący z 2010 roku History Of Modern, dla mnie jednak liczą się tylko trzy pierwsze (por. Michał Kirmuć, OMD. Intuicja i doświadczenie, „Teraz Rock”, lipiec 2013, s. 39).
Na fali powrotów, obok The Human League czy Ultravox (recenzja płyty BRiLL!ANT TUTAJ) wraca i OMD. W odróżnieniu od swoich kolegów ma jednak na to pomysł: sięga do rozwiązań formalnych z trzech pierwszych płyt, dodając do tego sporo synthpopu i electrowave w dobrym smaku. Wygląda to w ten sposób, że główne utwory przerywane są miniaturami; miniatury są bardziej „poszukujące”, a główne utwory – „zabawowe”. Powstaje z tego całkiem ciekawa mieszanka, która usatysfakcjonuje wszystkich miłośników grupy z lat 80. Dźwięk nie jest jednak specjalnie dobry. Choć na pierwszy rzut oka dynamiczny, z dobrze rozciągniętym basem i bez przerysowań na górze pasma, w wielu miejscach jest bardzo skompresowany, co objawia się zniekształceniami, jakich nie znoszę. Mimo to warto po tę płytę sięgnąć, bo znajdziemy na niej dużo dobrej muzyki. Krążek dostępny jest w wersji japońskiej na CD Japan, z dwoma bonusowymi utworami, i taką testowałem.

Jakość dźwięku
6/10


Daft Punk
Random Access Memories

Columbia Records/Sony Music Japan SICP-3817, CD (2013)

Film Tron: Legacy z 2010 roku (reż. Joseph Kosinski) rządził w dwóch planach – jako widowisko i jako pretekst do powstania ścieżki dźwiękowej, przygotowanej przez duet Daft Punk. Choć ich wcześniejsze dokonania miały swoich gorących wyznawców, na moim radarze pojawili się dopiero wówczas. O jakości muzyki filmowej świadczy nie tylko to, jak współkreuje obraz, ale i to, jak sobie radzi sama. A w przypadku soundracku do tego filmu radziła sobie fantastycznie. Zmiana kierunku, w którym grupa podążała nie była jasna, jednak była chyba zgoda co do tego, że jest dobrze.
Na to, co dostaliśmy z najnowszą płytą nic nas nie przygotowało. Przygotowana została według zupełnie nowej dla duetu recepty, przy użyciu żywych instrumentów, z wieloma gośćmi. Po raz pierwszy przy tym Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter sięgnęli po techniki promocyjne stosowane przez zespoły mainstreamowe i z klubowego zespołu o ograniczonej liczbie fanów stali się światową gwiazdą. I dobrze – ich najnowszy, czwarty studyjny album jest wart grzechu. Świetnie zagrany, genialnie łączy elektroniczne granie klubowe z soft-rockową estetyką lat 70. i 80. I jest do tego świetnie nagrany i wyprodukowany. Jego dźwięk charakteryzują bardzo dobry balans tonalny, dobra głębia i rozdzielczość. Album dostępny jest w trzech wersjach – jako płyta CD (także w wersji japońskiej, którą testujemy, z bonusowym utworem Horison), jako podwójny winyl 180 g i jako plik wysokiej rozdzielczości 88kHz/24bit, dostępny na HDTracks. Słuchałem płyty CD i plików hi-res – płyta odtwarzana była na CD z systemu referencyjnego, a plik na nowym, znakomitym odtwarzaczu plików Naim NDS. I nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że fizyczny nośnik cyfrowy brzmi lepiej. Plik miał wyraźniejsze brzmienie, instrumenty były lepiej separowane, a ich atak dokładniej definiowany. Zabrakło jednak płynności i wypełnienia, jakie miałem z płyty CD, a to one budują na tej płycie odpowiedni klimat. Jestem pewien, że nie chodzi o jakość odtwarzacza plików, bo Naim jest znakomity, coś musi być więc nie tak z samym plikiem. Nie jest źle, ale CD w tym porównaniu zdecydowanie wygrywa. To wyjątkowy, znakomicie nagrany album – jestem pewien, że duża w tym zasługa Boba Ludwiga, odpowiedzialnego za jego mastering. Szacunek.

Jakość dźwięku
CD: 10/10
Hi-Res 24/96: 9/10


The Postal Service
Give Up (10th Anniversary Deluxe Edition)

Sub-Pop SP 1045, 2 x CD (2003/2013)

Internet jest narzędziem. Nie jest dobry, ani zły, a kwalifikacja etyczna dotyczy wyłącznie osób, które z niego korzystają. Nie można więc mówić, że jest „dobry”, czy „zły”. Da się jednak powiedzieć, co zmienił. Otworzył mianowicie drogę do serc słuchaczy zespołom niszowym, nieznanym, zapomnianym. Mogą się teraz komunikować bezpośrednio ze swoimi odbiorcami. Eksplozja stron poświęconych muzyce to też rzecz wyjątkowa, mająca dalekosiężne skutki. Możemy teraz wybierać, przebierać i kształtować swoją opinię na podstawie wielu różnych źródeł. Problemem jest oczywiście odrzucenie śmiecia, tzw. „szumu informacyjnego”. Dlatego jeśli znajdziemy w sieci coś rzetelnego, interesującego, dobrego, trzeba o tym mówić. Dla mnie takim odkryciem był magazyn “PopMatters”. Długie, świetne artykuły i mnóstwo, zupełnie mi nieznanej muzyki. Dzięki jednak zamieszczaniu w każdej recenzji linków do You Tube’a, utworów lub ich fragmentów do wysłuchania pozwala na zapoznanie się od razu z muzyką o której mowa. Tak trafiłem na kilkanaście nowych płyt (w ciągu dwóch miesięcy!), a jedną z ciekawszych była Give Up w „rocznicowym” wydaniu na 10. lecie. Płyta jest fantastycznie wydana – tak powinny wyglądać wszystkie fizyczne wydania! Dwie płyty – jedna ze zremasterowanym materiałem podstawowego wydawnictwa, a druga z dodatkowymi utworami, remiksami i fragmentami występów w fantastycznym, grubym, tekturowym pudełeczku z rysunkami.
Na albumie znajdziemy muzykę z bitami, elektroniczną, z delikatnym śpiewem Bena Gibbarda. Wszystko zaskakująco energetyczne i pozytywne. Chris Conaton, dzięki któremu dowiedziałem się o tym wydawnictwie (o tym, jak mało wiem o muzyce świadczy fakt, ze oryginalne wydanie Give Up było największym, tuż po Bleach Nirvany, hitem wytwórni Sub Pop, z nakładem 1 miliona sztuk!) dał mu aż 8 punktów na 10 (czytaj TUTAJ). Koniecznie!

Jakość dźwięku
8/10

AUDIO W FILMACH

O audio w filmach mówimy, kiedy tylko coś ciekawego się pojawi. Tym razem krótko – w dwóch nowych filmach SF znalazły się gramofony. W Oblivion (2013) Josepha Kosinskiego (tego od Tron. Dziedzictwo), grający główną rolę Tom Cruise na zniszczonej ziemi buduje sobie mikro-raj, swój własny świat, eskapistyczny punkt na prywatnej mapie świata. Znajdziemy w nim wszystko, co mu się kojarzy dobrze z przeszłością. Także gramofon, część zintegrowanego systemu grającego z lat 70. (tak na oko). Ma tam oczywiście sporo płyt LP, przede wszystkim mocny rock, jak Led Zeppelin, czy Deep Purple. Co ciekawe, dostępna jest ścieżka dźwiękowa z tego filmu wydana w formie płyty Long Play. Drugi film wykorzystuje gramofon dla podkreślenia przymiotów charakteru niepokornego, nietuzinkowego w działaniu, niepoddającego się, niezależnego głównego bohatera – Jamesa T. Kirka, granego przez Chrisa Pine’a w Start Trek. W ciemność (reż. J.J. Abrams, 2013). Jak już kiedyś mówiłem, gramofony i audio służą często scenarzystom i reżyserom do sygnalizowania stanów emocjonalnych bohaterów, mają być jednym z kluczy do ich psychiki. Audio w pierwszym filmie to czyste retro, nostalgia, ale w drugim to coś wyciągające bohatera ponad szarą rzeczywistość. I tego się trzymajmy.

Do sprzedania

Wszystkim, którzy chcą kupić coś za nieduże pieniądze, z dobrego źródła, w dobrej cenie – mam do zaproponowania kilka rzeczy z mojego systemu lub po testach.

1. Interkonekt analogowy RCA-RCA Wireworld Platinum Eclipse, długość 2 m. Referencyjny kabel amerykańskiego Wireworlda o rzadko spotykanej, dwumetrowej długości. Jego cena jest zaporowa, ale u mnie jest na wyciągniecie ręki – przyda się wszędzie tam, gdzie do tej pory duża odległość źródła od wzmacniacza stała na przeszkodzie kupna referencyjnego kabla. Teraz jest to możliwe. Cena katalogowa – 22 390 zł. Czekam na propozycje (nawet szalone, najwyżej się pośmiejemy:). Stan – bardzo dobry. W komplecie metalowa skrzyneczka i certyfikat autentyczności podpisany przez Davida Saltza, właściciela Wireworlda.

2. Cyfrowy kabel optyczny SAEC OPC-X1, test TUTAJ. To referencyjny kabel optyczny, jeden z najlepszych, jakie znam. Poza Japonią właściwie niedostępny. Cena – 1000 zł/1 m, cena katalogowa – 650 euro. Niemal nieużywany, wyciągnięty raz, do testu.

3. Interkonekt analogowy (zbalansowany) SAEC XR-4000, test TUTAJ. Cena – 2000 zł, cena katalogowa – 980 euro. Niemal nieużywany, wyciągnięty raz, do testu.

4. Odtwarzacz DVD/SACD/HDCD/ CD-wzmacniacz wielokanałowy Arcam Solo Movie 5.1. Długa nazwa, ale urządzenie purystyczne. Połączenie w jednej obudowie audiofilskiego odtwarzacza płyt audio i wideo oraz pięciu kanałów wzmacniacza – wszystko w jakości Arcama. Oryginalna cena – grubo ponad 10 000 zł, proszę o jakiekolwiek propozycje. Odtwarzacz wykorzystywany przeze mnie przez rok, z sekcji wzmacniacza nigdy nie korzystałem. Wymieniona, nowa mechanika. Leży w pudle – szkoda, lepiej, żeby kogoś cieszył. Test TUTAJ.

5. Przetwornik cyfrowo-analogowy USB KingRex UC192 - proszę o oferty. Test Srajana Ebaenaw „6moons.com” TUTAJ.


ReklamaAdvertising

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Audio”, „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" od lat współpracuje z innymi pismami, zarówno polskimi, jak i amerykańskimi („EnjoyTheMusic.com”, „Positive-Feedback Online”) oraz niemieckimi („HiFiStatement.net”). Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com".

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

enjoythemusic linia positive-feedback linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM