pl | en

No. 191 Marzec 2020

FIRST PRESS COMPACT DISC

„FIRST PRESS” („1st Press”) to określenie używane do opisu wydań płyt LP. Mówi się tak o najwcześniejszych czasowo wydaniach danego tytułu. To trudny temat i specjalizujący się w nim kolekcjonerzy są zwykle skupieni na jakimś wycinku rynku wydawniczego. Ale bardzo podobnie jest też z płytami Compact Disc – poniżej piszemy o tym na co zwrócić uwagę i czego lepiej unikać.

łyty winylowe budzą emocje – to chyba jasne. Wystarczy poczytać wpisy na forach poświęconych nowym wydawnictwom, albo znaleźć miejsca, w których mowa o pierwszych wydaniach, żeby zobaczyć podobną pasję, poczuć wysoką temperaturę tych dyskusji. Takiej właśnie, emocjonalnej, ocenie podlegają nie tylko winyle jako takie. Jeszcze większe napięcia rodzą wycinki, małe części, często szczegóły – i to one uczestników tych rozmów zdają się rozpalać najmocniej.

| Compact Disc

Z płytami Compact Disc jest inaczej. Gdybym był zagorzałym zwolennikiem winyli – z rozmysłem nie mówię o analogu, bo to nie są synonimy – powiedziałbym, że to normalne, bo CD dla „winylowców” to odpowiednik zimnego dźwięku, dźwięku wypranego z emocji. Całkiem ładnie by mi się to spinało w zgrabną całość i nie musiałbym o tym więcej myśleć. Mógłbym pozostać w swoim świecie – świecie detali dotyczących, dla przykładu, pierwszych tłoczeń LP.

Mam jednak ten komfort, że słucham wszystkich rodzajów nośników, znam je całkiem nieźle, nie jestem też obciążony emocjonalnym podejściem do płyt LP. A jednak… A jednak wciąż i zazwyczaj wybieram płyty Compact Disc i Super Audio CD jako ten „mój” nośnik. Gdybym miał miejsce na dobrej klasy magnetofon szpulowy – powiedzmy Studera A-820, albo Scully 280-2, srebrne dyski byłyby dla mnie wciąż ważne, ale numerem jeden byłyby kopie taśm „master”. Ponieważ jednak miejsca nie mam, a i repertuar dostępny na taśmach jest ograniczony – słucham muzyki głównie z płyt cyfrowych.

Dwa z wielu tytułów przygotowanych przez firmę Nimbus: singiel Depeche Mode i debiut Enyi

I choć nie wzbudzają one w melomanach tyle emocji, co winyle, także i ich świat jest bogaty wewnętrznie, zniuansowany, po prostu ciekawy. Trzeba tylko wiedzieć, czego szukać. Pierwszym krokiem mogłyby być poszukiwania wydań danej płyty z różnych krajów. Z CD jest bowiem dokładnie tak samo, jak z LP – każdy kraj wydaje płyty nieco inaczej. Co nie jest intuicyjnie jednoznaczne – podświadomie uważamy bowiem, że „cyfra to cyfra” i po etapie masteringu wszystkie kopie powinny być takie same. A nie są.

| Master tape

Żeby rozumieć dlaczego płyty CD nie są takie same, warto przyjrzeć się drodze materiału, który opuszcza studio masteringowe. Historycznie materiałem „master” była taśma analogowa, a potem również szpulowe taśmy cyfrowe – Denona, Sounsdtream , Mitsubishi, 3M i – w największym stopniu – Sony. Od końca lat 80. nośnikiem masteringowym staje się taśma DAT, a następnie płyta CD-R i CD-RW. Od kilku lat ich rolę przejęły pliki, które przesyłane są do tłoczni przez sieć internetową. Najlepsi wciąż jednak dostarczają materiał na nośnikach trwałych – tak robi JVC, korzystając z płyt DVD-R lub MO Disc, a Jacek Gawłowski wciąż przygotowuje mastery na złotych krążkach CD-R.

Taka taśma – lub krążek – zawożona była do tłoczni płyt CD, a jej zawartość wgrywana do komputera sterującego wypalaniem szklanej matrycy „matki”. Ze szklanej matrycy wykonuje się następnie jej metalowy odcisk. I wreszcie na tę metalową kopię wylewa się płynny plastik (polikarbonat), który rozlewa się po jej powierzchni. Całość utwardza się promieniowaniem UV i napyla cienką warstwą metalu. Tak powstaje płyta CD.

W tym torze każdy element to zmienna, która w każdym kraju, każdej tłoczni, ma nieco inną postać. Jednym z krytycznych punktów jest proces wypalania szklanej matrycy – im dokładniejszy, tym lepiej. To dlatego Japończycy od lat stosują do taktowania takich systemów zegary rubinowe, o kilka rzędów wielkości dokładniejsze od standardowych. To dlatego też JVC na płytach XRCD i Sony na Blu-spec stosuje nieco inną metodę tłoczenia – korzysta z tzw. „długich pitów”, wydłużonych do granicy tolerancji systemu.

Z klasycznych firm, przez całe lata 80. i początek 90., najlepiej z przygotowanie matryc radziła sobie angielska firma Nimbus. Proszę poszukać krążków wytłoczonych przez nią – napis informujący o tym znajdą państwo przy otworze – powinno tam być napisane „Mastered by Nimbus”. Mam sporo płyt tego typu i nawet kiedy jeszcze nie znałem tych zależności zawsze wydawały mi się inne, lepsze niż „zwykłe” krążki. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego.

Pierwsze japońskie wydanie Amused to Death Rogera Watersa ukazało się niedługo po amerykańskim (22 dni później); to wersja „sample”

Warto też posłuchać wersji europejskich i amerykańskich tych samych wydań. Okazuje się, że są one różne, często nawet bardzo. Ale też od lat toczy się debata na temat tego, które są lepsze. W przypadku winyli sprawa jest prosta – nagrania europejskich studiów lepiej brzmiały na europejskich tłoczeniach (patrz – The Beatles) i na odwrót (patrz – Miles Davis). Co było absolutnie zrozumiałe. Za Ocean wysyłano bowiem kopie taśmy „master”, często nawet kopię kopii bezpieczeństwa, a nie sam „master”. Każdy kraj nieco inaczej podchodził też do formuły, z jakiej wykonywano winyl.

Z płytami Compact Disc (i SACD) powinno być jednak inaczej. Ostatecznie to zawsze jest pierwsza kopia – z cyfrowego mastera – i nie powinno mieć znaczenia, gdzie trafia. A jednak ma. I dlatego, nie zawsze, ale taka jest reguła, najlepsze tłoczenia płyt CD pochodzą z Japonii, która przykłada do tego procesu największą wagę. Ale nie wykluczałbym też tłoczeń z USA i Europy, szczególnie w przypadku, gdy zaczynamy zwracać uwagę także na to, z którego roku pochodzi dane wydanie.

| „First Press” CD

Jeśli jesteście państwo po lekturze relacji ze 125. spotkania Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego, zdajecie sobie sprawę z tego, jak ważne jest dotarcie do jak najwcześniejszych tłoczeń płyt LP. Ale nawet w tym świecie to nie jest norma. Proszę rzucić okiem na doskonałą, wręcz benedyktyńską pracę, jaką wykonał Matthew Lutthans, opisujący swoje perypetie z płytami Franka Sinatry (TUTAJ). Bo, jak się okazuje, nawet pierwsze tłoczenie niekoniecznie jest tym właściwym, ani tym najlepszym.

W przypadku płyt Compact Disc sprawa jest jeszcze bardziej złożona. Przy winylach zakłada się, że wydanie oryginalne, czyli to, które ukazało się w dniu premiery albumu, to jest właśnie „first press” i że jest ono tym najbardziej poszukiwanym (pamiętając o wszystkich wyjątkach i subtelnościach, związanych – na przykład – z miejscem tłoczenia). Zakłada się, że to jest właśnie oryginalne wydanie.

Pojawienie się płyty Compact Disc wszystko zmieniło. Od tego momentu srebrny krążek był często na rynku wcześniej niż LP, zawierał też często bonusowe nagrania, których na LP nie było – a to wszystko po to, aby promować nowy format. Można by więc założyć, że edycje CD są co najmniej równoległe z wydaniami LP, a niekiedy je wyprzedzają. O ile jednak płyty LP do – powiedzmy – połowy lat 80. grały najlepiej z pierwszego tłoczenia, o tyle płyty Compact Disc wprowadzają do problematyki „first press” inną perspektywę.

Większość z nich, przynajmniej do lat 2000., powstawała z taśm analogowych, a nie cyfrowych. Były więc cyfrowymi kopiami. A takich kopii można było wykonać wiele, albo równolegle, dla różnych studiów masteringowych, albo w kolejnych latach. Co więcej, raz wykonaną kopię można było wydawać w różnych krajach, z czego korzystała Japonia – to tam ukazywały się najlepsze wersje płyt CD. Ale można było też daną płytę wydać niestandardowo – na przykład na złotym podkładzie. Taka wersja, nawet jeśli powstała z dokładnie tego samego „masteru”, co wersja aluminiowa, brzmiała zwykle lepiej.

Benjamin Britten ‎i Young Person's Guide to the Orchestra na płycie XRCD24 z 2003 roku; to wersja „sample”

W połowie lat 80. do gry weszła również firma JVC z kodowaniem K2 i płytami XRCD. Jej wydania są z reguły znacznie lepsze niż pierwsze tłoczenia krążków CD. W ostatnich latach podobną drogę przeszły wersje Blu-spec, HQCD i SHM-CD z ich „podrasowanymi” wersjami BSCD2, Ultimate i Platinum. One również, z zasady, brzmią lepiej niż pierwsze tłoczenia, choć – dodajmy – nie jest to regułą. Przyczyną poprawy dźwięku są coraz lepsze przetworniki analogowo-cyfrowe i lepsze zrozumienie specyfiki „cyfry” przez ludzi związanych z masteringiem.

Zaletą pierwszych tłoczeń płyt CD z lat 80. i pierwszej połowy lat 90. (później się to zaciera), była niska kompresja, jaką na nich stosowano. Kiedy porównają państwo pomiar częstotliwościowy „first press” i dowolnego remasteru z lat 90. i części lat 2000., zobaczycie, że „piki” sygnału są na tych drugich obcięte. Całość brzmi głośniej, to prawda, ale jest też mało dynamiczna i płytka barwowo. Często jest wręcz cyfrowo przesterowana. To czas określany w prasie fachowej jako „loudness war”, czyli wojna na to, czyja płyta zagra w radiu i w samochodzie głośniej. Dlatego też duża część remasterów z tamtego okresu jest wadliwa i nie da się ich słuchać.

| Czego szukać?

Właśnie dlatego pierwsze tłoczenia płyt CD są zwykle najdroższe. Kiedy spojrzycie państwo na aukcje na ebayu, zobaczycie, że za pierwsze wydania trzeba płacić często duże pieniądze. Z japońskich, dla przykładu, warto szukać tych, które mają na krążku tzw. „black triangle”. Dla wydań płyt Depeche Mode najlepsze są te wydane przez firmę Warner-Pioneer Corporation. Ale i tutaj jest pułapka – wydano je dwukrotnie i późniejszy dodruk nie ma już tego napisu na okładce, choć ma ten sam numer katalogowy.

Takich niuansów jest zresztą mnóstwo – trzeba szukać ludzi, którzy zajmują się konkretnym artystą, warto korzystać w swoich poszukiwaniach ze wskazówek portalu discogs.com, ale z umiarem. Ceny tych wydań są wysokie, szczególnie jeśli nakład był niewielki. Płytka z dwoma utworami Wish You Were Here grupy Pink Floyd, wydana promocyjnie w Japonii, tzw. „GOLD FACE”, wystawiona jest za 2700 USD.

Jeślibym miał jednak określić ścieżkę, którą należałoby się poruszać, poszukiwania zacząłbym od sprawdzenia, czy danego tytułu nie ma na krążku XRCD. Najdroższe kosztują 200 USD i więcej, a River of Sorrow wytwórni FIM (Limited No. 2220/5000) wystawiona jest za 399 USD. Jacintha na XRCD sprzedaje się zawsze powyżej 150 USD, podobnie jak płyty Three Blind Mice. Ale – warto.

Kolejny ciekawy przypadek – dwa wydania pyty 99 grupy Abraxas. Oryginalna (po prawej) wyszła w 1999 roku. Reedycja z roku 2011 bazuje na dokładnie tym samym masterze, ale została wydana na złocie. A jednak lepiej brzmi ta pierwsza…

Drugim krokiem byłoby sprawdzenie pierwszego tłoczenia („1st press”). Wydania te nie są zbyt rozdzielcze, ani selektywne, ale mają dobrze zachowany charakter analogowego oryginału. Kolejną próbą byłaby wersja na złotym podkładzie, a następnie w którymś z „patentów”: Blu-spec, HQCD, SHM-CD (i ich nowych wersji). Płyty na złotym podkładzie, na przykład firmy DCC, mogą kosztować 200 USD i więcej, ale warto. Z kolei zafoliowane wersje wydawnictw Classic Records i najbardziej poszukiwane tytuły Mobile Fidelity chodzą po 1000 USD i więcej.

A, dodatkowo, w każdym z tych przypadków warto zapolować na płyty z nadrukiem „sample” – będziemy mieli pewność, że pochodzą z pierwszej wytłoczonej partii, czyli z najlepszych, jeszcze nie zużytych matryc.

Bo warto szukać najlepszych wydań CD, jakie są dostępne. Dźwięk dobrego wydania i przeciętnego różni się niesamowicie – nie mniej niż różnią się od siebie tłoczenia LP. I nie wiem, czy państwo zauważyli, ale pisząc o płytach CD co chwilę przywoływałem jakąś kategorię, która występowała również przy winylach. Bo, tak naprawdę, to bardzo zbliżone rodzaje „polowań” i zdobycie tego „najlepszego” wydania płyty CD (czy SACD) przynosi równie wiele emocji i radości, co wymarzone, pierwsze tłoczenie pierwszej wersji płyty winylowej. WP

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show