pl | en

No. 186 Październik 2019

OLEŚ DUO | ALONE TOGETHER

‘REFERENCJA’: w filozofii i semantyce: znaczenie uzupełniające ogólny sens; odniesienie
Słownik Języka Polskiego

aczęło się to… Tak naprawdę zaczęło się to jakieś dziesięć lat temu, jak nie dawniej. Na skrzynkę „High Fidelity” przyszedł wówczas mail, zupełnie klasyczny, z pytaniem o poradę. Napisał do mnie MARCIN, pytając o jakiś sensowny, w sensownej cenie, subwoofer. Wyjaśnił, że jest muzykiem, kontrabasistą, który szuka subwoofera do swojego systemu muzycznego. Odpowiedziałem na miarę swoich możliwości i chyba miało to jakiś sens, bo za jakiś czas odezwał się ten sam człowiek z podziękowaniami i z prośbą o mój adres, na który chciałby podesłać dwie, ostatnie płyty opatrzone jego nazwiskiem i nazwiskiem jego brata – OLEŚ.

Szukając informacji o Marcinie zdałem sobie sprawę, że jesteśmy rówieśnikami, rocznik 1973. Wysoki, przystojny, o takiej kociej elegancji – to jeden z ciekawszych kontrabasistów na polskiej scenie muzycznej. Razem ze swoim bratem Bartłomiejem, perkusistą, tworzą zespół Oleś Duo, ale występują również w innych konfiguracjach pod szyldem Oleś Brothers. Głównym terenem ich poszukiwań jest jazz, ale nagrywają również muzykę ethno, taką jak Sefardix z Jorgosem Skoliasem, z 2014 roku.

Marcin ponownie odezwał się w lutym lub marcu tego roku. Miał dla mnie propozycję – chciał porozmawiać o technicznej stronie realizacji najnowszego projektu – swojego i brata – który ma być płytą winylową i to płytą REFERENCYJNĄ. Na jednym spotkaniu się nie skończyło. Na bazie kilku rozmów udało się nam wypracować coś w rodzaju „wspólnej bazy”, porozumienia, na którym można było coś budować.

Przed wejściem do studia Marcin posłuchał u mnie różnych nagrań, żeby zobaczyć, co potrafi wysokiej klasy sprzęt audio. Najwyraźniej potwierdziły jego przypuszczenia, bo zaraz potem pożyczył ode mnie interkonekt Acoustic Revive, którym połączył przedwzmacniacz podłączony do jego kontrabasu, a także kabel zasilający, którym go zasilał. Ponownie z Marcinem spotkałem się w połowie września, żeby posłuchać dwóch, różniących się od siebie masterów najnowszej płyty. Mają więc państwo informacje z pierwszej ręki i to przedpremierowo.

O nowej płycie, nad którą patronat objął magazyn „High Fidelity”, opowiada MARCIN OLEŚ.

| NAGRANIE

WOJCIECH PACUŁA: Kiedy się ten projekt zaczął?
MARCIN OLEŚ: Zaczął się w głowie Bartka, jako myśl, idea, gdzieś na przełomie 2018 i 2019 roku – nie jestem pewien na 100%, ale tak chyba było. Od dwudziestu lat nagrywamy płyty nie tylko wspólnie, ale i solo. Zaczęło się od reinterpretacji muzyki Ornette’a Colemana, który mnie kiedyś fascynował, a którą nagrałem zupełnie po swojemu (chodzi o Ornette on Bass z 2003 roku – red.). Płyta szybko się rozeszła, wydawca tego nie dodrukował, jest więc mocno poszukiwana. W 2007 roku Bartek też nagrał płytę o podobnej idei, która tytułem nawiązuje z kolei do albumu Sonny’ego Rollinsa Freedom Suite. Bartek to sparafrazował, nazywając ją FreeDrum Suite :)

Nowym, wspólnym projektem, który byłby jednocześnie solowy, chcieliśmy uczcić naszą wspólną działalność – w tym roku mija dwadzieścia lat od wydania naszej pierwszej płyty. W 1999 roku otrzymałem nagrodę na Festiwalu Jazz nad Odrą, a z bratem, jako Custom Trio, II nagrodę na Festiwalu Jazz Juniors, bo musieliśmy jakoś wystartować jako outsiderzy. To dla nas symboliczna data. Ale jest płynna, bo nasza pierwsza oficjalna płyta wyszła w roku 2000. Rok wcześniej wydaliśmy pierwszą płytę, którą nagraliśmy pod kątem tych festiwali, a którą nazwaliśmy przekornie Mr. Nobody, ponieważ byliśmy spoza środowiska. Wydaliśmy ją najpierw w formie kasety, a potem CD. Ale nie była w oficjalnej dystrybucji, dlatego naszym oficjalnym debiutem jest krążek nagrany z Andrzejem Przybielskim pt. Free Bop.

Bartłomiej Oleś w trakcie rejestracji płyty

Bardzo mocno zaangażowałeś się w techniczną stronę tego albumu – można by powiedzieć: „soniczną”...
Najnowsza płyta wynika z naszej codziennej praktyki, szukania doskonałości brzmieniowej. Ale bez zatracania się w rutynie. W tym przypadku jestem odpowiedzialny za sytuacje związane z samym nagraniem, to znaczy wybór studia, zastanawiałem się również, jaki sprzęt do tego projektu dobrać. Zgłosiłem się do ciebie właśnie z tego powodu, żebyś mi podpowiedział parę rzeczy.

Rzecz wiąże się zresztą z poprzednią płytą, Spirit of Nadir, która miała bardzo dobry odzew ze środowiska związanego z audio na wysokim poziomie, ze środowiska winylowców. Powiedziałem więc, żebyśmy podnieśli poprzeczkę – sam byłem ciekaw, w jaki sposób możemy wyciągnąć maksimum z brzmienia naszych instrumentów w studio. To stąd pomysł na wsparcie się high-endową elektroniką i audiofilskimi akcesoriami. Chodzi o kable, przedwzmacniacze mikrofonowe i same mikrofony. Sveda Audio dostarczył monitory studyjne. Dzięki twojemu wsparciu, mogłem uzyskać wyjątkowe brzmienie mojego instrumentu – w nagraniu użyłem, pożyczonych od ciebie, interkonektów Acoustic Revive i kabla zasilającego Harmonix.

Marcin Oleś w trakcie rejestracji płyty

Udało się nam przekonać do tego projektu wielu ludzi, których wymienimy we wkładce do płyty. Spowodowało to, że w studio pojawiła się podwójna mobilizacja. Proces, który jest zazwyczaj zupełnie normalny zmienił się w coś więcej, w coś o czym wszyscy myśleli „coś specjalnego”. Wszyscy się wiele dzięki temu nauczyliśmy. Z tego, co słyszałem u ciebie, osiągnęliśmy fajny rezultat :) Nie wiem, czy bez tego nastawienia byłby równie dobry. Nagrywaliśmy w świetnie wyposażonym studio, we wspaniałe, stare mikrofony Neumanna, przedwzmacniacze Neve, wykonywane na zamówienie rzeczy współczesne – to również da się wyczuć. Ale te dodatkowe rzeczy pozwoliły nam dotrzeć, tak mi się wydaje, dalej niż kiedykolwiek wcześniej.

| WYDANIE

Jaki tytuł będzie nosiła płyta o której mowa?
Tytuł nowej płyty ma wskazywać na to, że się z bratem nie spotkaliśmy w studio i że to tak naprawdę dwie równoważne historie. To również nawiązanie do jazzu: Alone Together. Nie wiem jeszcze dokładnie, jak będzie sygnowana, tym się zajmuje mój brat, Bartek. Ale, jeśli miałbym na coś stawiać, to na Oleś Duo – pod tym szyldem nagraliśmy już trzy płyty i byłoby to nawiązanie do tytułu płyty, bo to duo, które się z sobą spotkało dopiero na krążku.

Z tym związany jest pomysł na okładkę płyty, prawda?
Tak, mamy taki pomysł – okładka ma się wiązać z samą płytą – dwóch muzyków tworzących z sobą od dwudziestu lat, przygotowuje projekt duetowy, na kontrabas i perkusję. Tym razem nagraliśmy płytę, na której każdy gra solowy recital – krótki, taki jak na stronę płyty winylowej. Ponieważ zachowujemy równą tożsamość między nami, nie chcemy eksponować na okładce, ani Bartka, ani mnie. To znaczy – żaden z nas nie jest stroną A, ani też stroną B. Będzie strona M i strona B, obydwie związane z naszymi imionami – Marcin i Bartłomiej. O tym, która strona jest ważniejsza za każdym razem musi zadecydować osoba słuchająca.

W związku z tym, że chcieliśmy, aby to się zaczynało już od okładki, nie będzie ona miała tyłu i niezależnie od tego, jak ją weźmiesz do ręki, będziesz patrzył na jej przód. Na jednej stronie będzie zdjęcie jednego muzyka, a na drugiej drugiego. A płytę będzie się wsuwało od góry, nie będzie więc również, klasycznie pojmowanego, grzbietu. W momencie, kiedy to planowaliśmy nie wiedziałem jeszcze, że tak w USA wydawało się maxi-single. Taki układ zaproponował Marcin Mizerek, przedstawiciel wydawcy, firmy Audio Cave, który na jakimś spotkaniu rzucił, że ma takie płyty, do których wkłada się krążek od góry. W tym przypadku to idealny timing :)

Mała dygresja – nie wiem, czy też tak masz, ale ja najbardziej lubię w płytach winylowych stronę B. I nie ma to nic wspólnego z płytą o której mówimy :) Po prostu strona B zawsze była traktowana luźniej, szczególnie w jazzie z lat 50. i 60. – nie cierpię ich stron A, bo drugi utwór to niemal zawsze ballada, która nie ma zazwyczaj sensu. Kiedy słuchasz sześćdziesiątej płyty i kolejny raz dostajesz ten sam schemat, to masz ochotę ją wyrzucić. Dlatego ja zaczynam zawsze od strony B, bo wydaje mi się bardziej autentyczna i mniej wykalkulowana.

| MASTERY DWA – MARCIN I JA :)



Prace nad miksowaniem i masteringiem płyty braci Oleś trwały długo, znacznie dłużej niż zazwyczaj. Chociaż to recitale solowe, to każdy instrument otrzymał kilka różnych mikrofonów, dzięki którym realizatorzy starali się uchwycić ich naturalne brzmienie – jak mówi Marcin: „adekwatne”. Ale właśnie dlatego możliwości zmiany charakteru nagrania były naprawdę duże. Powstało więc kilka wersji tej płyty. Ostatecznie zdecydowano się na taką, w której ingerencja w dźwięk była najmniejsza. Marcin przyniósł do mnie płytki Master CD-R z tym materiałem i dodatkową płytę z alternatywną wersją.

Każda ze stron – a w przypadku wersji CD krążków – ma swój własny charakter, nadany im podczas nagrania, a potem masteringu przez muzyków, którzy za nią odpowiadali. Strona B, czyli ta z perkusją, ma bliski charakter, to granie przede wszystkim dźwiękiem bezpośrednim. Z kolei strona M, czyli z kontrabasem, brzmi bardziej „pomieszczeniem”, dźwięk tego instrumentu jest nieco bardziej zdystansowany. Obydwie wersje są niebywale dynamiczne i rozdzielcze.

Side B | Brzmienie perkusji jest wyjątkowo intensywne. To granie „tu i teraz”. Dynamika jest fantastyczna i jedynie na najlepszych realizacjach tego typu, w nagraniach w pełni analogowych i od razu miksowanych do wersji stereo, można uzyskać coś więcej. To granie bardzo rozdzielcze, a przez to bogate w informacje. Szczegółów jest mnóstwo, ale wcale ich nie słyszymy, dochodzą do nas wszystkie razem, właśnie jako dźwięk, a nie poszczególne składowe. To niskie, gęste granie, ale z mocnymi, intensywnymi blachami o dużym ciężarze.

Side M | Kontrabas ma w brzmieniu więcej powietrza. Nie znaczy to, że jest lepszy od perkusji, albo od niej gorszy, a po prostu inny. O ile strona perkusyjna przypomina realizacje jazzowe z lat 50. i 60., o tyle strona Marcina odsyła do japońskich realizacji pana Okihiko Sugano – inna estetyka, inne cele, ale klasa ta sama. To kontrabas o bardzo dobrych proporcjach pomiędzy wielkością i tym, że to jednak odtworzenie nagrania, które różni się od wykonania na żywo. Brzmienie instrumentu jest pięknie wypełnione, ale jest tu i selektywność, i rozdzielczość.

Ciekawy jestem, jak to zabrzmi na płycie winylowej, bo oddać tak wysoką dynamikę i taką selektywność jest na winylu trudno. Ale o wersji Compact Disc już teraz mogę powiedzieć jedno: to REFERENCJA. A w dodatku świetna muzyka – miejscami kontemplacyjna, miejscami energetyczna, ale zawsze interesująca.

A co z płytą Compact Disc – najważniejszy jest dla was winyl, ale wiem, że powstanie też wersja cyfrowa.
Rzeczywiście, to projekt powstały z myślą o winylu. Z powodów technicznych – musieliśmy zmienić tłocznię – wcześniej ukaże się właśnie płyta CD. Ale również w jej przypadku nie chcieliśmy odpuszczać i płyta kompaktowa ukaże się wyjątkowej formie – będą to dwa krążki, każdy z recitalem jednego z nas. Jeślibyśmy ją wydali na jednej płycie, to musielibyśmy się zdecydować, co ma iść pierwsze – kontrabas, czy perkusja – perkusja, czy kontrabas… A to już jest wartościowanie i nie o to nam chodziło. Dlatego też są dwa krążki, a i okładka będzie identyczna, jak wersji winylowej. Płyty będą króciutkie, po jakieś 20 minut każda.

Kiedy wersja CD będzie na rynku?
Okładka jest już zaprojektowana, trzeba tylko przygotować poligrafię pod kątem druku. Płyta jest już właściwie gotowa, master jest przygotowany. Winyl też w tym roku pójdzie do tłoczni, ale jeszcze nie wiemy dokładnie kiedy. Bardzo byśmy chcieli, aby płyta ukazała się jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Najprawdopodobniej tłoczeniem zajmie się WM Fono.

Problemem jest, jak zwykle, strona wizualna wydawnictwa. WM Fono nie robi tych rzeczy u siebie, a zleca na zewnątrz. W zależności od tego, komu to zleci, otrzymuje się nieco inny wynik. Dla przykładu, wytwórnia ma dwa różne rodzaje płyt typu gatefold, to jest rozkładanych – szeroką i wąską – i nigdy nie wiesz, jaką otrzymasz. Problem jakości jest w tym kraju problemem podstawowym. Odbijamy się ciągle od jakiegoś muru. Nie mówię, że gdzie indziej masz gwarancję, że dostaniesz dokładnie to, co zamówiłeś, ale jest większe prawdopodobieństwo, że tak będzie. I tylko w Japonii można zrealizować nawet najbardziej szalone pomysły. Japończycy są pod tym względem mistrzami.

| MUZYKA

Co dla ciebie jest najważniejsze w muzyce?
Dla mnie – ale chyba również dla mojego brata – najważniejszym medium, jeśli chodzi o muzykę, jest brzmienie. Ważne są i melodia, i rozumienie struktury, i harmonii. Ale to, co jest na pierwszym miejscu, to jest to, że muzyka komunikuje się poprzez brzmienie, a nie poprzez harmonię. To też jest ważne, nawet nie wartościuję, ale to – przynajmniej dla mnie – rzecz następna w kolejności. Pierwszy komunikat to zawsze brzmienie.

Brzmienie, czyli…?
Brzmienie, czyli: barwa instrumentu, jego ciężar, wielkość, adekwatność – to zresztą jest ważne również w audio. Zaburzenie tych proporcji z reguły związane jest z czymś, co można nazwać „produkcją”. Robi się to w pewnym celu, żeby coś osiągnąć. Ja dążę do tego, żeby to było „adekwatne”. Ale to chyba dlatego, że mamy z bratem background muzyczny. I to dwustronny. Od strony ojca to byli profesjonalni muzycy i nauczyciele muzyki w szkołach muzycznych. Od strony mamy byli to amatorzy, jak mój dziadek. Ale to był amator totalnie uzdolniony i umuzykalniony.

Dwie wersje masteru nowej płyty…

To z nim związane jest twoje zainteresowanie audio?
Tak, tak sobie właśnie myślę, że to właśnie dziadek jest odpowiedzialny za moje zainteresowanie brzmieniem poprzez audio, to znaczy zainteresowanie tym, co ja chcę osiągnąć przy odtworzeniu muzyki. Dziadek był też elektronikiem amatorem i naprawiał, składał magnetofony szpulowe, radia i telewizory lampowe. Często mu asystowałem. Nic z tego nie rozumiałem, to była dla mnie czarna magia. I chociaż dziadek coś mi tłumaczył, mówił „szematy” itd., to był dla mnie niedostępny świat. Pamiętam za to zapach kalafonii, a kiedy wróciłem do urządzeń lampowych okazało się, że rozpoznaję zapach konkretnych lamp, których dziadek używał.

Dzięki próbom orkiestry, na które zabierał mnie ojciec, poznałem bliskość instrumentu – czułem ten ciężar. Cały byłem zanurzony w brzmieniu akustycznych instrumentów, granych bardzo blisko. Kiedy więc słucham muzyki za pomocą sprzętu audio, to szukam właśnie tego. Szukam tej proporcji, tej dynamiki, lubię coś, co słyszałem u ciebie na płycie Takeshi Inomata (chodzi o płytę The Dialogue, Audio Lab. Record z 1977 roku – red.) – to było właśnie TO! To mi przywołuje coś, co jest w rzeczywistości.

Do kogo wasza nowa płyta jest skierowana?
Kiedy pracowaliśmy nad nią, nie „targetowaliśmy” jej. Często tak robimy – kiedy pojawia się pomysł, po prostu w to wchodzimy, bez zamartwiania się o to, komu ją sprzedamy. Wzięło się to od Lutosławskiego – zainspirowało nas to, że – jak mówił – kiedy pisze muzykę, to pisze ją dla siebie. W tym sensie, że „ja” jestem pierwszym sędzią, osobą, która musi być zadowolona z tego, co chcę osiągnąć. W naszym przypadku większość rzeczy, które piszemy, opracowujemy i nagrywamy, jest tak traktowana.

Ciekawe przy tym jest to, że strona Bartka, czyli strona B, jest bardziej przygotowana, przemyślana, a moja, czyli strona M, jest bardziej improwizowana. Improwizowałem, bo inaczej usłyszałem nagranie z tej jakości dźwiękiem – te miniatury nazywam „lapidariami”. Są oparte na szkicu, mają formę otwartą, ale zostały domknięte poprzez sam proces nagrywania.

A skąd wzięła się idea związana z audiofilizmem?
Ten pomysł, który można by nazwać audiophile grade, jest pomysłem, za pomocą którego chciałem zaspokoić swoją ciekawość. Jako osoba, która chce być w odsłuchu otoczona dobrym, adekwatnym, prawidłowym dźwiękiem, chciałem zobaczyć na ile się to potem przekłada na coś, co wychodzi z nas, muzyków.

Udało się?
Moim zdaniem, to była bardzo dobra próba. Udało się – i to dlatego, że nastąpiła podwójna mobilizacja – studia i nas, muzyków. Dla przykładu powiem, że sprawdzenie odległości mikrofonu do kontrabasu zajmowało nam często godzinę. Jeszcze kilka lat temu, kiedy nie miałem tak dopracowanego instrumentu, nie podjąłbym się tego wyzwania. Tym razem nie chodziło o to, żeby „wyprodukować” brzmienie instrumentu lepsze, gorsze, wypaczone, tylko jak najbardziej prawdziwe – tak, jak ten instrument brzmi w danym miejscu. Ciekawe byłoby wybadać, na ile procentowo na nagranie wpłynął dobór urządzeń, a na ile nasze nastawienie :) Ale wydaje mi się, że nastąpił tutaj wyjątkowy „sprzęg” pomiędzy tymi dwoma stronami.

Dziękuję i do zobaczenia na Audio Video Show!
Do zobaczenia!

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show