pl | en

No. 195 Lipiec 2020

Wstępniak

Tekst: Wojciech Pacuła

No 195

1 lipca 2020

CZARNA DZIURA
Czyli o tym, co pozostanie po współczesnej muzyce

Nośnik danych – urządzenie lub inny przedmiot na którym mogą być zapisane dane w celu ich późniejszego odczytania. za: agdlab.pl; dostęp: 12.06.2020

Nośnik danych – przedmiot fizyczny, na którym możliwe jest zapisanie informacji i z którego możliwe jest późniejsze odczytanie tej informacji. Pojęcie nośnika danych jest ściśle związane z informatyką i komputerami, choć definicja powyższa nie wyklucza uznania za nośnik danych na przykład kartki papieru. za: Wikipedia; dostęp: 12.06.2020

Chór Capelli Cracoviensis capellacracoviensis.pl | fot. mat. prasowe
____________

rzychodzimy do domu po trudnym dniu, albo zwyczajnie chcemy poleniuchować, odpalamy komputer, smartfon, czy coś w tym rodzaju., włączamy „play” i… cisza, nic się nie dzieje. Najpierw myślimy, że coś źle włączyliśmy, później że może coś się nam zawiesiło, a wreszcie winimy dostawcę internetu. Nie zmienia to jednak sytuacji wyjściowej – nie możemy posłuchać muzyki, co bywa niezwykle frustrujące. Że nieprawdopodobne, że się nie zdarza? Proszę mi wierzyć, to scenariusz z kategorii „nawet jutro”, część ogromnego problemu, z jakim musimy się zmierzyć. To problem, który może nas kosztować całą muzykę stworzoną w ostatnich trzydziestu – jak nie więcej – latach.

Żyjemy w świecie dźwięku lo-fi. Wszystkie rozwiązania, jakie powstały po – powiedzmy – latach 50. i 60. miały na celu nie poprawę jakości dźwięku, a lepszy dostęp, obniżenie ceny rejestracji i odtwarzania, a wreszcie zmianę paradygmatu przechowywania i dystrybucji danych. Mówię o danych, bo wraz z wprowadzeniem do audio cyfrowego zapisu – a miało to miejsce w styczniu 1971, kiedy została wydana pierwsza płyta LP, do której sygnał został nagrany cyfrowo – zapisany dźwięk nie jest już kontinuum informacji, a strumieniem danych.

Dzisiaj standardem jest słuchanie muzyki ze smarftona, za pomocą niskiej klasy słuchawek. Nawet ci, którzy zmieniają słuchawki na lepsze, bazują na smartfonach, jako źródle dźwięku, oraz streamowanych danych. A dane te od wielu lat poddawane są niszczącym jakość zabiegom.

Najpierw mieliśmy do czynienia z trudną do uwierzenia, nieprawdopodobną wręcz kompresją (chodzi o kompresję sygnału audio, a nie plików), a ten czas, od – powiedzmy 2000 roku – nosi nazwę Loudness War. Kolejnym krokiem było przejście z dyskretnych systemów w studiach nagraniowych na platformy cyfrowe DAW (Digital Audio Workstation), z najpopularniejszą Pro Tools, aż do momentu, kiedy cały proces powstawania płyty, a więc nagranie, miksowanie i masterowanie, odbywa się w tym samym komputerze; proces ten nosi nazwę „in the box”.

Zrzut ekranu typowej edycji w systemie DAW. fot. Clusternote/Wikipedia
____________

Nie jest to oczywiście nic nowego, bo poświęcenie jakości w imię „ilości” znane jest w audio od lat. Wystarczy przywołać przejście z 16-ścieżkowego zapisu na 2” taśmie analogowej na zapis 24-ścieżkowy, na takiej samej taśmie. W jednej chwili pasmo przenoszenia dramatycznie spadło, zwiększyły się za to zniekształcenia i szumy.

Równie destrukcyjną zmianą było wejście do powszechnego użytku stołów mikserskich firm SSL i Neve, opartych na układach scalonych. Dzisiaj uznawane są za klasykę, ale w momencie, kiedy zaczęto z nich korzystać, inżynierowie dźwięku gremialnie wskazywali na ich słaby dźwięk. Miały one jednak ważną zaletę: pozwalały na automatyczne przywoływanie nastaw, co ułatwiało miks materiału. Były więc częścią ogólnego procesu polegającego na usprawnieniach procesu zapisu, a nie częścią nurtu perfekcjonistycznego. Sprawę dopełniła rewolucja cyfrowa, w tym stratne kompresje MP3 i AAC, które wepchnęły dźwięk do jeszcze mniejszej szklanki (tym razem chodzi o kompresję danych, a więc wyrzucanie części informacji).

O tych wszystkich zmianach audiofile wiedzą od „zawsze” i choć ich głos jest ignorowany, często wręcz wyśmiewany, dzięki nim w perfekcjonistycznym audio wciąż mamy do czynienia ze zmianami, często na lepsze. Jest jednak dziedzina, w której nie chodzi już nawet o jakość, a o samo istnienie muzyki. Wygląda bowiem na to, że żyjemy w świecie, po którym niewiele zostanie.

Znakomita większość dzieł muzycznych, filmowych, wielu innych dzieł artystycznych, a także po prostu ludzkiej działalności (jak komunikacja), istnieje wyłącznie w świecie zerojedynkowym, to jest w formie cyfrowej. Pozwala on na łatwą manipulację, tani przesył i dystrybucję, a także odczyt na dowolnym urządzeniu. Tak się jednak składa, że wiąże się to z najmniej trwałym sposobem zapisu danych, jaki znamy.

Myślę, że nieprzypadkowo w dwóch, wydanych w niedużym odstępie czasu, dystopiach mówi się o czasie cyfrowej wszechobecności, jak o czasie dla historyków straconym. Posłuchajmy:

Cyfrowa Czarna Dziura z dwudziestego pierwszego wieku, która sprawiła, że mnóstwo informacji znikło przez szybki rozpad przechowywanych danych – w połączeniu z sabotażem, jakiego agenci Gileadu, dążący do zniszczenia wszelkich zapisów sprzecznych z ich własnymi, dokonali w licznych serwerach i bibliotekach, jak również populistycznymi sprzeciwami wobec represyjnego nadzoru cyfrowego – oznacza, że wielu materiałów z Gileadu nie można dokładnie datować.

To fragment najnowszej powieści Margaret Atwood pt. Testamenty. W podobnym tonie o „chmurach z danymi” mówi Robert Harris w swojej najnowszej powieści zatytułowanej Drugi sen. Tu problem jest znacznie głębszy, ponieważ nie chodzi już tylko o luki w informacjach, a o całkowitą utratę wszystkich danych i powrót ludzkości do stanu z okresu rozwiniętego średniowiecza. I można by to zbyć wzruszeniem ramion – ostatecznie to TYLKO literatura – gdyby nie fakt, że artyści są trochę jak membrana, znacznie czulsza na świat niż przeciętny obserwator, a przez to wyłapująca rzeczy, które innym umykają.

Na gruncie techniki sprawę osadza fakt, że to problem podnoszony przez naukowców i inżynierów od lat, a mimo to spychany na skraj naszego horyzontu zainteresowań. Rzecz bowiem wygląda w ten sposób: nośniki cyfrowe są najmniej trwałym sposobem zapisania danych. Nigdy w historii ludzkości nie było tak lekceważącego fizykę sposobu gromadzenia informacji.

Są dwa poziomy tego problemu. Jeden wiąże się z nośnikiem jako takim. W świecie cyfrowym jest on najszybciej zmieniającym się elementem. Kiedy na początku lat 80. Mitsubishi reklamowała swój system jako najbardziej niezawodny i „pewny”, trudno było przewidzieć, że osiem lat później te potwornie kosztowne urządzenia przestaną być produkowane, a ich właściciele zostaną sami z tysiącami taśm, z którymi nie wiadomo, co zrobić. A przecież taśma analogowa nagrana w latach 50. XX wieku jest wciąż łatwa do odtworzenia i jest mnóstwo urządzeń, które to potrafią.

Z kolei przyglądając się technice komputerowej wystarczy przywołać dyskietki 3,5 oraz 5”, których właściwie nie ma jak dzisiaj odczytać, o perforowanych taśmach i mniej rozpowszechnionych nośnikach komputerowych nie wspominając. I znowu – płytę gramofonową wytłoczoną w XIX wieku można z powodzeniem odtworzyć i dziś, zaś dyskietkę sprzed dziesięciu lat już nie bardzo. A proces ten będzie się pogłębiał.

Wczesne płyty gramofonowe – 10”, 78 rpm | za: Terry Burrows, The Art of Sound. A Visual History for Audiophiles, Thames & Hudson, Londyn 2017
____________

Drugi poziom wiąże się z samą istotą zapisu cyfrowego. Nie wiem, czy sobie państwo z tego zdajecie sprawę, ale co kilka lat dane zapisane na dysku twardym są tak niekompletne, że można mówić o ich utracie. Dlatego też w archiwach dokonuje się regularnie kompletnego transferu danych na nowe dyski. Wystarczy jednak, że o jakimś zapomnimy, a kilka lat później nie będzie już czego ratować. Nieco większą trwałość mają nagrywane płyty, na przykład CD-R, ale zależy to od ich jakości. Tania płyta jest niezdatna do użytku często już po roku, duża część po kilku i jedynie najlepsze oferują kilkadziesiąt lat trwałości. Ale nie wiadomo do końca ile – to wciąż zbyt „młody” format.

Dr Tomasz Łojewski, kierownik pracowni Badań nad Trwałością i Degradacją Papieru Uniwersytetu Jagiellońskiego zwraca uwagę na to, że na płycie CD-R nie znajdziemy zwykle informacji, że wytrzyma ona tylko np. 20 lat,, bo to by niepokoiło kupującego, który wyobraża sobie, że jego praprawnuki będą mogły odtworzyć takie dyski. Otóż, jak mówi, nie będą mogły (więcej TUTAJ).

Wprowadza przy tym rozróżnienie na ‘nośnik’ i ‘informację’ – informacja cyfrowa jako taka jest niezniszczalna, ponieważ można ją bez końca kopiować, przy niezauważalnej zmianie jej zawartości (w audio wiemy, że tak nie jest, ale w świecie danych tak się uważa). Zmianę nośnika informacji cyfrowych Łojewski porównuje do replikacji kodu genetycznego. DNA jest kopiowane na nowy organizm i dlatego może być tak długotrwałe. Informacja genetyczna nie ulega zatraceniu, bo jest kopiowana na nowe „nośniki”. Dlatego organizmy na Ziemi funkcjonują od wielu tysięcy lat. To prawda. Jednak nośniki, z których korzystamy są ekstremalnie podatne na „korupcję” danych. Zresztą, gdyby na serio wziąć to porównanie, każda kopia DNA wprowadza zmiany, które skutkują zmianami samych organizmów.

Co więc po nas pozostanie? Zapewne jakaś część danych cyfrowych, o ile będą należycie i stale kopiowane na nowe nośniki. Znakomita większość muzyki jednak przepadnie, ponieważ zostanie uznana za nieważną lub po prostu o niej zapomnimy. O tym, co warto zachować, a czego nie zadecydują popularność, pieniądze i w niewielkim stopniu fachowcy.

Przez długi czas będziemy mogli się za to cieszyć analogowymi taśmami. Odpowiednio przechowywane wytrzymają przez kolejnych pięćdziesiąt lat. Steve Albini, promotor analogowych realizacji, odpowiedzialny za płyty takich zespołów i wykonawców, jak: Nirvana, Pixies, Mogwai, Robert Plant i Jimmy Page, czy Manic Street Preachers mówi:

Prawda jest taka, że kiedy remasterujesz album, który ma czterdzieści lat, taśma analogowa jęknie, stęknie, ale zagra. W przypadku cyfry, jeśli twardy dysk nie odpali, nie odzyskamy tych informacji. Już po nich.

Greg Milner, Perfecting sound forever, Londyn 2009, s. 231

Może to paradoks, ale najtrwalszym znanym nam nośnikiem muzycznym jest płyta winylowa. Już dzisiaj wiadomo, że wiele tytułów istnieje tylko w tej formie, ponieważ lakiery, acetaty, a potem i taśmy „master” zaginęły lub uległy zniszczeniu – patrz historia archiwum wytwórni Impulse! (więcej TUTAJ). Sam sposób mechanicznego wytłoczenia informacji w całkiem trwałym materiale powoduje, że płyta LP jest w stanie zagrać równie dobrze po 50 latach, a zapewne i po stu kolejnych. Niesłuchana będzie trwała, dopóki sam materiał nie ulegnie degradacji.

solarsystem.nasa.gov dostęp: 12.06.2020
____________

To dlatego urywki dzieł muzycznych, które w 1977 roku NASA wysłała wraz z sondą Voyager w głęboki kosmos, zapisano na miedzianej płycie pokrytej złotem; choć materiał płyty jest inny, to nie jest winyl, ani nawet szelak, to jednak sam sposób zapisu sygnału jest taki sam, jak na płytach LP (więcej TUTAJ).

Zapewne podobne motywy kierowały Kościołem Scientologicznym, który na tytanowych płytach (takich, jak LP) wytłoczył przemówienia założyciela L. Rona Hubbarda, zamknął je w metalowych, ochronnych boxach i schował w północnej części Nowego Meksyku, 125 mil od Santa Fe, w specjalnie dla nich utworzonym tunelu na pustyni. Wraz z płytami schowany jest gramofon, zasilany energią słoneczną – jego obsługę wyjaśniono za pomocą piktogramów. Tunel zamknięty jest czterema drzwiami, z których trzy mają wytrzymać bezpośredni atak jądrowy, a bez niego – co najmniej 1000 lat.

Ciekawostka – także i płyty Compact Disc mają całkiem długą żywotność, pod warunkiem, że zostały właściwie wyprodukowane i są właściwie przechowywane. Myślę, że duża ich część wytrzyma jeszcze przez kilkadziesiąt lat, może nawet więcej. Większość tytułów z początku lat 80., kiedy ten standard się pojawił, jest w doskonałej kondycji.

Także i w ich przypadku kierunek wyznaczają działania Scientologów mających na celu przechowanie słów założyciela przez „wieczność”. Mowy Hubbarda, oprócz płyt LP, znalazły się więc także na specjalnie kwaszonym papierze oraz… płytach Compact Disc z czystego złota naniesionego na szkło. Czyli – istnieją na płytach Glass Disc, o których wielokrotnie pisaliśmy Ina przykład TUTAJ). Archiwiści przypuszczają, że mają one żywotność ponad 1000 lat (więcej TUTAJ).

Jest jednak nośnik, który jest znacznie trwalszy – wspomniany już papier. To jeden z najlepszych, znanych ludzkości, nośników informacji. Zdaniem, już przywołanego, dra Łojewskiego przeciętna książka drukowana dziś w Polsce wytrzyma sto, a może nawet 300 lat. Skądinąd wiadomo, że wysokiej klasy, odpowiednio przechowywany, papier – w przyszłości być może grafenowy – ma trwałość liczoną nie w setkach, a tysiącach lat; więcej o archiwizacji i trwałości papieru przeczytają państwo w specjalnym wydaniu czasopisma „Archeion” (T. CVIII Warszawa 2005; w wersji pdf TUTAJ; dostęp: 12.06.2020).

Tabliczka z Ugarit zawierająca zapis Hurrian songs (Pieśni Hurrian), najstarszego znanego nam utworu muzycznego. Jej zapis cyfrowy dostępny jest na płycie CD Music of the Ancient Sumerians, Egyptians & Greeks, wyk. Ensemble De Organographia (Gayle Stuwe Neuman i Philip Neuman), Pandourion PRDC 1005 (2006) | fot. www.circlethroughnewyork.com
____________

Muzyka ma więc szansę trwać naprawdę długo. W 1952 roku archeologowie, pracujący w ruinach starożytnego miasta Ugarit, leżącego na terenie dzisiejszej Syrii, wykopali gliniane tabliczki z pismem klinowym, datowane na 3400 lat. Zawierały one symbole odnoszące się do muzyki – uznaje się, że to najstarszy znany zapis muzyczny. Być może jest więc tak, że po muzyce rejestrowanej mechanicznie zostanie przede wszystkim jej zapis, zapewne na papierze.

A co z nagraniami? Z rejestracjami być może będzie podobnie. W 2008 roku David Giovannoni z zespołem w Lawrence Berkeley National Laboratory w Kalifornii odkryli oryginalne nagrania fonoautografu (ang. phonoautograph), najstarszego urządzenia służącego do zapisu dźwięku. Opatentowany w 1857 roku przez francuskiego wynalazcę Eduardo-Léona Scotta de Martinville zapisywał drgania membrany na papierowym lub szklanym podkładzie, kreśląc wzór na sadzy.

Jeśli weźmiemy pod uwagę trwałość papieru i nietrwałość nośników cyfrowych, jest więc możliwe, że jedynym nagraniem, które usłyszą nasze pra-, pra-…pra-wnuki będzie nie Chopin grany przez Polliniego, nie Lady Gaga, a francuska piosenka ludowa zatytułowana Au clair de la lune, śpiewana przez wynalazcę fonoautografu. WP

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show