pl | en

No. 107 marzec 2013

TYLKO MUZYKA

Tomasz Stańko | Wisława

Monachijskie wydawnictwo ECM Records ma długą historię. Założone w roku 1969 wydało do dzisiaj ponad 1200 albumów, przede wszystkim jazzowych, ale także, począwszy od 1984 roku i albumu Tabula Rasa Arvo Pärta, z muzyką klasyczną. W jej „barwach” wydają/wali tacy artyści, jak: Keith Jarrett, Paul Bley, Jan Garbarek, Chick Corea, Pat Metheny, The Art Ensemble of Chicago oraz Steve Reich. Wytwórnia jest doceniana zarówno jeśli chodzi o dobór repertuaru, jak i jego realizację. Nieprzypadkowo więc cieszy się specjalnym statusem także w środowisku audiofilskim.
Z ECM to w ogóle ciekawa sprawa. Przynajmniej z naszego punktu widzenia, czyli ludzi, którzy wytrwale, czasem wręcz obsesyjnie, dążą do jak najlepszego odtworzenia nagrań u siebie w domu. Kiedy puszczamy u siebie jakąś płytę zarejestrowaną, albo chociaż wyprodukowaną przez Manfreda Eichera, założyciela i głównego reżysera dźwięku tej monachijskiej wytwórni, kiedy puszczamy ją po raz pierwszy, na wypieszczonym, ale budżetowym sprzęcie, siadamy zauroczeni niebywałą czystością tego przekazu. Przez wiele lat w polskiej prasie (ale nie tylko) i wśród audiofilów-użytkowników ugruntowała się opinia o jej „zimnym”, a nawet „klinicznym” brzmieniu. A przy tym niewiarygodnie detalicznym. Przekonanie to brało się przede wszystkim, o ile dobrze pamiętam (a staram się o tym zapomnieć, bo to trochę jednak wstyd), z tego, że w porównaniu z innymi nagraniami płyty Eichera brzmiały niebywale czysto, góra była bardzo dokładna i precyzyjna, a pogłosy towarzyszące instrumentom były w swojej obecności wręcz nieprawdopodobne. „Scena dźwiękowa” była często w branży audio utożsamiana z tym, co można było usłyszeć z płyt ECM-u, wszystko inne było tylko próbą pójścia w tę samą stronę, najczęściej nieudanym atakiem na szczyt.

Z czasem, a właściwie wraz z wymianami sprzętu na lepszy, pespektywa, z której przyglądałem się tym nagraniom zmieniała się. Po to, abym po jakimś czasie stanął w miejscu odwróconym niemal o 180º od punktu wyjścia. Góra pozostała czystą górą, przestrzeń – niewiarygodną przestrzenią. Im lepszy był sprzęt, im lepszy system, tym wyraźniej pokazywał jednak, że „jasny”, „przerysowany”, „kliniczny” to ostatnie, co można o płytach ze znaczkiem ECM powiedzieć. Nagle wyszło na to, że znakomita większość z nich brzmi ciepło, że nie ma mowy o tzw. „detaliczności”, ponieważ owe detale nie istnieją same dla siebie, a są częścią czegoś ponad nimi. I wychodziła na jaw wybitna, aksamitna, głęboka, z niczym nieporównywalna czerń tła.
Dlaczego?
Odpowiedź wydaje mi się (dzisiaj) prosta: niedrogie systemy w tamtych czasach, a więc kilka, kilkanaście lat temu, tak właśnie brzmiały: w dość ostry, selektywny, ale absolutnie nie-rozdzielczy sposób, wydobywając z płyt głównie atak, bez wypełnienia. Ponieważ zaś Manfred Eicher od samego początku wiedział, jak zrobić, aby mieć i selektywność, i rozdzielczość, jego płyty oferowały i to, i to. System zaś „wybierał” za nas to, co słyszeliśmy. Mówiąc „system” mam na myśli – „konstruktora”.

Nawet w ramach tak równej, pod względem repertuaru i realizacji, firmy jak ECM Records można jednak znaleźć płyty szczególne, które zapadły w zbiorową pamięć audiofilską. Wydaje się, że jedną z nich jest The Köln Concert Keitha Jarretta, bezdyskusyjny „król” jeśli chodzi o ilość reedycji, traktowanie w Japonii (a to jest jeden z ważniejszych wyznaczników statusu danego nagrania) i częstotliwość odtwarzania na różnego rodzaju wystawach sprzętu audio, pokazach i w domowych systemach audio. Często spotkamy w tej roli także nagrania Pata Metheny’ego (moja ulubiona płyta to Offramp, teraz dostępna na SHM-CD, w sklepie internetowym CD Japan; Bartek, grafik odpowiedzialny za to, jak „High Fidelity” wygląda jest fanem tego gitarzysty i ma wszystko, co kiedykolwiek i z kimkolwiek wydał).
Od dłuższego czasu jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym artystą ECM-u, którego płyta Lontano uważana jest za realizacyjne i muzyczne opus magnum tej wytwórni jest Tomasz Stańko, mieszkający w Warszawie, Krakowie (gdzie jest częstym gościem salonu Top Hi-Fi na ul. Chodkiewicza 4) oraz Nowym Jorku Polak, niegdyś członek zespołu Adama Makowicza, a następnie kwintetu Krzysztofa Komedy (Enigmatic - arcydzieło!) od lat nagrywający ze swoimi zespołami, wirtuoz trąbki, uważany za jej współczesnego mistrza.
Ja również wykorzystuję Lontano do testów, szukając w odsłuchiwanych produktach jej głębi, aksamitnie czarnego tła, niebywałej rozdzielczości oraz delikatności, magii trąbki. Bo Stańko tak zwykle gra, nie ma mowy o chrapliwych dźwiękach, o ostrym graniu, z którym ten instrument jest najczęściej kojarzony. Skąd to wiem? Po pierwsze z jego płyt, a po drugie z koncertu, którym muzyk promował swój najnowszy projekt pt. Wisława.

Jego historia sięga 2009 roku, kiedy to na deskach Opery Krakowskiej, dodajmy – instytucji, z którą (jako akustyk) przez dłuższy współpracowałem, spotkały się dwie, niezwykłe osobowości: Wisława Szymborska, polska poetka nagrodzona w (przepraszam za te, dla Polaków oczywiste, rzeczy, ale „High Fidelity” co miesiąc czyta także ponad 20 000 ludzi z całego świata) w 1996 roku Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury oraz Tomasz Stańko. Program był jazzowy z ducha, bo polegał na tym, że poetka czytała swoje wiersze z właśnie wydanego tomiku Tutaj, a muzyk przygrywał w przerwach, improwizując do wybrzmiałych właśnie słów.
Było to trzecie ich spotkanie na scenie, jednak najważniejsze; to „z niego” jest najnowszy album artysty o mówiącym wszystko tytule Wisława, nagrany z młodymi muzykami z The New York Quartet. Wydany 12 lutego 2013 roku zawiera utwory w jakiś sposób związane z poetką, z jej poezją. Tomasz Stańko wielokrotnie mówił, że nie rozstaje się z tomikiem Tutaj, który dostał od Szymborskiej podczas owego pamiętnego wieczoru (warto dodać, że dostępny jest także z płytą CD będącą zapisem tamtego spotkania) i że to jego duch przenika nową płytę. Zresztą nie tylko „przenika”, ale i z niego się po części bierze: znalazły się na nim dwie kompozycje, Mikrokosmos i Metafizyka, będące rozwinięciem improwizacji z 2009 roku. O tym, jak bardzo poezja noblistki wpłynęła na Stańkę mogą świadczyć jego liczne wypowiedzi, jak ta, dla Polskiego Radia:

Wisława Szymborska zajmuje duże miejsce w moim sercu. To jest wielka artystka, a dla mnie sztuka jest priorytetem w wartościowaniu. […] Szymborska była prekursorką popkultury.

Jak się dowiadujemy z tego samego wywiadu, „akuszerką” tej płyty jest jego córka. To Anna Stańko stoi za organizacją trasy koncertowej, przygotowaniem studia, umowami i terminami. Jak mówi: „Mój tata jest dość niespokojny. Ja włożyłam w tę płytę spokój i pewność.” Płyta została nagrana w Nowym Jorku z nowojorskimi artystami. Muzyk przyznaje, że od pół roku słucha swych kompozycji z albumu . „Tytułowa piosenka porusza serce” - dodaje Anna Stańko. I jeszcze: „To chyba moja ulubiona płyta taty.” (cytaty za: Tomasz Stańko: Szymborska była prekursorką popkultury, Polskie Radio, czytaj TUTAJ)

11 lutego w Operze Krakowskiej odbyła się jej prapremiera, z wprowadzeniem Michała Rusinka, wieloletniego osobistego sekretarza poetki i krótkim odczytem Magdy Umer, jej przyjaciółki. Miejsce miałem znakomite – w piątym rzędzie, nieco po prawej stronie, naprzeciwko perkusji, na której grał Gerald Cleaver. Ta „zbierana” była dwoma, umieszczonymi nad nią, mikrofonami pojemnościowymi, mikrofonem dynamicznym dla stopy i mikrofonami tuż przy werblach. Znajdujący się pośrodku kontrabas Sławomira Kurkiewicza, zastępującego podczas polskiej części trasy Thomasa Morgana, miał własny piec i mikrofon. Kolejne dwa mikrofony pojemnościowe ustawione były nad strunami fortepianu Davida Virellesa. I oczywiście bezprzewodowy mikrofon z mikroportem dla Stańki.
Dźwięk był wybitny! Większość słyszałem na „biało”, przede wszystkim perkusję i trąbkę, zaś fortepian i kontrabas miały duży wolumen i słychać je było także z głośników. Całość była niebywale koherentna i spójna. To w czasie takiego koncertu można było usłyszeć, jak brzmi współcześnie jazz na sporej scenie (w przeciwieństwie do klubu, gdzie się go raczej nie nagłaśnia); brzmi niezwykle dynamicznie i gładko. Trąbka Stańki miała dokładnie tę samą aksamitną barwę, jak z nagrań ECM-u – ogromne słowa uznania dla Manfreda Eichera, teraz dokładnie wiem, co udało mu się osiągnąć na realizowanych przez niego płytach.
Mimo że ogólny charakter tego, co słyszałem w Operze był zbliżony do tego, co znam z płyty, to jednak równie ciekawy jest inny aspekt. Zachęcam do takich porównań (live vs studio) – po czymś takim nikt nie będzie mówił o lokalizacji instrumentów „jak na koncercie”, o barwie „jak na koncercie”, o rozdzielczości i selektywności „jak na koncercie”. Chociaż te dwa światy są ze sobą ściśle powiązane, to jednak ich „wyniki” są różne: nagranie nie jest tym samym, co występ na żywo; z drugiej strony dopiero uczestnictwo w występie pozwala docenić to, co zrobił doświadczony, utalentowany zespół realizatorów dźwięku i producentów. A ten w ECM należy do absolutnej czołówki.

Niegdyś firma znana była przede wszystkim z płyt winylowych. Ron Ploeger, jeden z czytelników HF, piszący dla duńskiego portalu „AudioReview” jest kolekcjonerem, właścicielem chyba większości płyt winylowych ECM-u i uważa je za coś wyjątkowego, wybitnego. Trudno się z nim nie zgodzić. Większość melomanów, audiofilów zna jednak tę wytwórnię z płyt CD. Te również mają status „kultowych”. Szczególnie ich wersje wydawane w Japonii – niegdyś na złotym podkładzie, teraz w wersji SHM-CD. Firma od zawsze eksperymentowała z nowymi technologiami, jako jedna z pierwszych zaczęła realizować swoje nagrania od A do Z, czyli od nagrania, przez mastering i zgranie, do wydania w domenie cyfrowej (DDD). Nic więc dziwnego, że kiedy tylko pojawiła się taka możliwość, zaoferowała swoje zbiory w internecie. Tak jest też z albumem Wisława - dostępny jest w 24-bitowych plikach, o częstotliwości próbkowania 88,2 kHz. Ta ostatnia wartość wybierana jest zwykle przez firmy konwertujące sygnał DSD (płyty SACD) na PCM, ponieważ jest najbardziej dogodna. ECM nigdy nie weszła do „wody” SACD i jest wierna kodowaniu PCM. Wartość 88,2 kHz została wybrana ze względu na bardzo łatwy downkonwerting do 44,1 kHz, czyli częstotliwości próbkowania płyty CD. Nagrania, jakie znajdziemy na podwójnym albumie (to współcześnie ewenement!) Wisława nie są tak „przystępne” jak na Lontano. Dwie godziny w Operze Krakowskiej minęły jednak zdecydowanie za szybko – podobnie będzie z nową płytą Tomasza Stańki, jeśli tylko damy się jej uwieść.

Tomasz Stańko, Wisława

Jakość dźwięku
CD: 10/10
PCM 24/88,2: REFERENCJA


Marcin Ostapowicz | JPLAY v5

A skoro już jesteśmy przy plikach, koniecznie trzeba powiedzieć o czymś, co po raz kolejny poruszyło audiofilów, melomanów związanych ze środowiskiem komputerowym: od jakiegoś czasu dostępna jest 5. wersja odtwarzacza softwarowego JPLAY. Firma jest u progu nowych wyzwań, zmienia właśnie logo (pokazujemy je jako pierwsi) i przygotowuje pierwsze „fizyczne” produkty audio, które będą sprzedawane pod nową marką. W tej chwili najbardziej interesuje mnie jednak JPLAY v5.



Od dłuższego czasu korzystam z jednej z jego wcześniejszych wersji (czytaj TUTAJ), chciałem się więc dowiedzieć, czym nowa edycja się różni od starej. Zapytałem o to u źródła, czyli bezpośrednio Marcina Ostapowicza, który przyjechał do mnie ją zainstalować:

JPLAY v5 to jak dotąd najważniejsza aktualizacja naszego programu, biorąc pod uwagę ilość zmian w obszarze funkcjonalnym i postęp jaki udało nam się osiągnąć w jakości dźwięku. Nad "piątką" pracowaliśmy prawie pół roku, a w końcowej fazie rozwoju uruchomiliśmy zamknięty program beta testów dla klientów. Wszystko po to, by przetestować nową architekturę w jak największej ilości systemów i wyeliminować bugi, ale też w celu zweryfikowania rzeczywistości - czy program faktycznie gra lepiej, czy tylko nam się wydaje, że tak jest. Pomysł na program „beta” okazał się strzałem w dziesiątkę - zgłosiło się kilkaset osób, entuzjastycznie nastawionych do testowania kolejnych odsłon aplikacji. W JPLAY-u v5 wtyczki dla programów (JRiver, foobar2000...) zastąpił wirtualny sterownik ASIO, który pełni funkcję łącznika pomiędzy playerem a silnikiem odtwarzania. Sterownik (JPLAY Driver) komunikuje się z usługą (JPLAY Audio Service) za pośrednictwem sieci TCP/IP. Jakie korzyści płyną z tego dla użytkownika? Przede wszystkim JPLAY integruje się odtąd z dowolnym odtwarzaczem, który posiada wsparcie dla ASIO. Poprzednie wersje JPLAY-a pozwalały jedynie na odtwarzanie kilku bezstratnych formatów audio i nie umożliwiały w pełni na korzystanie z funkcji danego playera. v5 znosi te ograniczenia - można odtwarzać wszystko i aktywować dowolne funkcje odtwarzacza razem z DSP (upsampling, korekcja akustyki pomieszczenia itp.). Poza najbardziej popularnymi aplikacjami jak foobar2000 i JRiver, JPLAY-a można wykorzystać razem z usługami strumieniowania muzyki z internetu (dostępnym w Polsce od lutego Spotify poprzez wtyczkę Fidelify oraz Qobuz - jedyną na świecie usługą streamingu, oferującą bezstratne pliki audio w formacie FLAC), a także z aplikacjami współpracującymi z popularnym odtwarzaczem sieciowym Logitech Squeezebox (przez klienta Squeezelite). JPLAY v5 dodaje też coś zupełnie nowego - StreamerMode - tryb przeznaczony na dwa komputery, z których pierwszy (ControlPC) pełni funkcję biblioteki z muzyką i na nim sterujemy odtwarzaniem, a drugi (AudioPC) służy jako dedykowany transport plików. Większość operacji wykonywanych jest po stronie ControlPC (ładowanie, dekompresja, kontrola głośności, DSP itp.). Komputer AudioPC otrzymuje już tylko "gotowe" bajty z muzyką - nie musi mieć zainstalowanego żadnego oprogramowania poza JPLAY-em.

Ja już JPLAY v5 mam – a wy?


Emtebe | The Land Between Solar Systems

Cześć!

Jestem Emtebe i chciałbym się z Wami podzielić muzyką, którą tworzę. Jako że jakiś czas temu ukazał się mój kolejny album The Land Between Solar Systems, chciałbym przekazać na Wasze ręce 5 kodów [jeden już wykorzystałem – przyp. WP], umożliwiających jego pobranie za darmo w bardzo dobrej jakości mp3 320 lub w bezstratnej jakości WAV/FLAC.

Płytę możecie przesłuchać na moim profilu BandCamp: LINK

A kody można zrealizować również poprzez BandCamp, pod tym adresem: LINK

A oto kody:

e5pw-ctub
879c-xbmx
2l24-ew9p
dpmq-3wgn

Cztery pierwsze osoby, które skorzystają z kodów będą mogły ściągnąć album za darmo. Pozostali będą musieli zapłacić. Ponieważ już jestem po odsłuchu albumu, z czystym sercem mogę zachęcić do jego posłuchania, także w tym drugim przypadku: nie pieniądz, a radocha, że tak powiem. Bardzo dobrze się ten album odbiera, szczególnie, że jakość dźwięku jest zastanawiająco dobra. Znakomicie nastraja do niej czystość i wyważenie w balansie wysokich tonów.

Jakość dźwięku
WAV 16/44,1: 8/10


Depeche Mode | Heaven x 2

Na nową płytę Delta Machine, jak każdy “depeszowiec”, czekałem z niecierpliwością. Pozostawiony po Sounds of the Universe, wydanym w 2009 roku albumie Depeche Mode (czytaj TUTAJ), z lekkim schizem, bo z jednej strony rozwiązania formalne były bardzo ciekawe, jednak z drugiej zabrakło mi na nim hiciorów, z zainteresowaniem przyjąłem informację, jakoby na nowym albumie miały się znaleźć same przeboje, a płyta ma przypominać Violatora.

Znając pierwszy singiel pt. Heaven, zapowiadający Delta Machine, znając zarówno jego wersję podstawową z dodatkowym, napisanym przez Gahana kawałkiem All That’s Mine nie wiem, co o tym myśleć. Przede wszystkim nie ma mowy o żadnym przeboju - Heaven brzmi jak odrzut z sesji do Sounds of The Universe. Te same brzmienia, barwy, instrumentarium i zero inwencji. Nieco ciekawszy jest utwór Gahana, ale tylko trochę, żadnego szału. Paradoksalnie, ale zapowiedzi nowej firmy, w której Depeche Mode wydaje swoją płytę, Sony Music (choć na singlach pojawia się też logo Mute, dotychczasowej wytwórni zespołu), najlepiej spełnia, umieszczony na maksi-singlu, Heaven. Owle Remiks. Jest puls, jest melodyka, jest lekkość, rzeczywiście przywołująca na myśl Violatora. Ale mimo to z arcydziełem gatunku nie ma wiele wspólnego. A do tego ten dźwięk! Poprzednia płyta została nagrana całkiem przyzwoicie, szczególnie jeśli chodzi o winyl. Natomiast nowe single brzmią bardzo źle – dźwięk jest zmulony, bardzo mało rozdzielczy, zupełnie nieselektywny. I do tego płaski dynamicznie. Tak złego dźwięku na płycie Depeche Mode jeszcze nie słyszałem.
Moje serce jest rozdarte na kawałki – ukochany zespół wydaje płytę, która zapowiada się bardzo źle. I artystycznie, i realizacyjnie. Zamówiłem oczywiście jej japońską, rozszerzoną wersję na CD Japan (patrz TUTAJ), ale raczej z sentymentu, nie spodziewam się po niej zbyt wiele.

Jakość dźwięku: 5/10


Kamp! | Kamp!

O polskim zespole Kamp! zrobiło się głośno po wydaniu maxi-singla Cairo, dostępnego także na niebieskim winylu (czytaj TUTAJ). Wydany przez znaną wytwórnię D.I.S.C.O. Texas przyniósł muzykę nazywaną New Disco, albo Indie Dance. Opisuje się ją jako połączenie melodyjnego synth-popu z wpływami nowej fali lat 80-tych, krautorcka oraz francuskiej muzyki house. Myślę, że najbliżej jej do tego pierwszego.

Na cały album musieliśmy czekać jeszcze rok, ale jest – wydany przez wytwórnię Brennnessel dystrybuowany jest w Polsce przez Agorę. To śmiały ruch tej ostatniej, ale najwyraźniej firma-matka „Gazety Wyborczej” widzi w tym wydawnictwie potencjał.
Jak sądzę – ma rację. Jedenaście utworów na debiutanckiej płycie trójki przyjaciół „wchodzi” w nas gładko, z dyskotekowym, inteligentnym (tak, takie zestawienia się zdarzają) rytmem w stylu retro. Dźwięk nie jest najlepszy, jest typowy dla realizacji z lat 70. i 80., ale sądzę, że takie były intencje producentów płyty. Płyta niesie dobre wibracje, jest energetyczna i warto jej posłuchać.

Jakość dźwięku: 6/10


AudioFeels | Live

Mówienie w tzw. „dobrym towarzystwie” o zespołach, wykonawcach biorących udział w programach telewizyjnych wyszukujących talenty jest w złym tonie. Z góry zakłada się, że to maskarada i że chodzi jedynie o oglądalność, a sprawy artystyczne są najmniej ważne. Trudno z tym dyskutować – programy takie jak: Szansa na sukces (TVP2), Idol (Polsat), Mam talent! (TVN), Must Be The Music – Tylko Muzyka (Polsat) to show i chodzi w nich przede wszystkim o rozrywkę. Czasem jednak zdarzają się w nich przebłyski czegoś wartościowego, co odkurzone, wypolerowane może przynieść mnóstwo radości. Tak przecież było z Justyną Steczkowską, odkrytą przez Wojciecha Manna w Szansie…, tak było z Brodką odkrytą w Idolu, z Me Myself and I z II edycji Mam talent!, tak też jest z Audiofeels, pochodzącym z Poznania zespołem wokalnym, który w – już przywołanym - Mam talent! zajął trzecie miejsce.
Panowie mają w głosie dar, który eksplodował już na pierwszej płycie pt. UnCovered (2009). Słucham jej chętnie i używam do testów. Jeśli macie sensowny system i chcecie wbić w fotel kogoś, kto z audio nie ma nic wspólnego i śmieje się z tego, co robicie, puśćcie mu Sound of silence, utwór, który płytę rozpoczyna, a zaraz potem motoryczny Crazy. Wyjdzie od was inny człowiek.

Ich druga płyta, pochodzący z 2011 roku podwójny album UnFinished nie był już tak dobry, choć znalazłem na nim kilka fajnych kawałków – zarówno na krążku z kompozycjami zespołu (Side A), jak i na płytce z coverami (Side F). Ważne jednak, że dźwięk był gorszy niż na debiucie – mniej przejrzysty, z podbarwioną średnicą i podbitym wyższym basem. Nie było źle, jednak UnCovered pozostał niezagrożony.
Najnowsza płyta, wydana w 2012 roku Live przynosi najgorszy, jak dotąd, dźwięk. Mimo to słucha się jej równie dobrze, jak pierwszego albumu grupy – jest feeling, są emocje, ciekawe interpretacje utworów, nowe kawałki. Przeszkadza podzielenie materiału na kilka części, słychać przerwy w miejscach, gdzie coś wycięto, wolałbym, żeby postarano się wszystko połączyć w jedną całość. Dźwięk nie jest zbyt rozdzielczy i selektywny, a scena dźwiękowa skupia się na środku, przed nami. To, co się dzieje po bokach jest „walentne”, dodatkowe. Jeśli nie znacie AudioFeels – kupcie najpierw ich debiut, płytę UnCovered, a zaraz potem pobiegniecie po Live. Jeśli znacie zespół, zapewne już ją macie.

Jakość dźwięku: 5/10


Beyeruth Wagner | The Ring Project I., wyk. Garben, Hoppe

Muzyka Wagnera kojarzona jest z potężnym aparatem wykonawczym. I słusznie – najlepsze wykonania jego utworów pochodzą z nagrań, w których udział wzięły duże orkiestry symfoniczne, duże chóry. Czasem jednak zdarza się, iż możemy posłuchać czegoś, co legło u podstaw, czegoś pierwotnego. Pamiętają państwo płytę Let it be – Naked The Beatles? Wydana w roku 2003 roku pod patronatem Paula McCartneya zawiera nagrania z ostatniej, wydanej w 1970 roku, płyty Wielkiej Czwórki w zupełnie nowych wersjach. Zarejestrowany na magnetofonie wielośladowym materiał został zremiksownay i zremasterowany. Celem tego projektu było „oczyszczenie” materiału muzycznego z ozdobników, barokowego niemal przepychu, zostawiając to, co najważniejsze: kompozycje. Czy to się udało – mam spore wątpliwości. Eksperyment sam w sobie był jednak ciekawy.

Płyta o której chciałbym powiedzieć też jest swego rodzaju „oczyszczaniem”, tym razem muzyki Wagnera. W dołączonej do niej książeczce czytamy:

Światowa premiera Ringu w transkrypcji na 2 fortepiany dokonanej przez Hermanna Behna (1914). Wagner bez trąbek, instrumentów perkusyjnych, maskarady. Czysty Wagner. Grany na duzych fortepianach koncertowych Steingraebera z Bayeruth w Bayeruth. Mistrzowsko zarejestrowane i wyprodukowane dla audiofilów przez Dynaudio. Rewolucyjne!

Wynik tego eksperymentu, wynik muzyczny muszą państwo ocenić samodzielnie, nie podejmuję się tego zadania. Mogę jednak powiedzieć parę słów na temat realizacji. Jest wybitna. Dźwięk instrumentów uchwycony został w pewnej odległości, nie wepchnięto nam głowy pod klapę. Potęga dużego fortepianu oddawana jest nie przez podkreślony dół, a przez potężny wolumen – cała scena jest wypełniona dźwiękiem, jest nasycona. Brzmienie jest nieco aksamitne, bez „połyskującej” prawej ręki, ale właśnie tak słychać fortepian z pewnej odległości. Całość jest niezwykle spokojna, wewnętrznie „właściwa”, płynna. Referencja.
Płyta dostępna jest u polskiego dystrybutora Dynaudio, firmy Eter Audio.

Jakość dźwięku: REFERENCJA



Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia enjoythemusic linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM