pl | en

No. 166 Luty 2018

MUZYKA 2017
TO, CO NAJLEPSZE (wg magazynów muzycznych)

tali czytelnicy „High Fidelity” pamiętają, mam nadzieję, teksty sprzed dwóch i trzech lat, które posłużyły nam (mnie i redaktorowi naczelnemu „HF”, Wojciechowi Pacule) do zaprezentowania najlepszych albumów z muzyką mainstreamową (czytaj TUTAJ). Nie pisaliśmy jednak o krążkach, które były najlepsze naszym zdaniem, ale o takich, które trafiły na szczyty różnych list podsumowujących 12 miesięcy w muzyce popularnej. Posiłkowaliśmy się przy tym wynikami opublikowanymi na łamach takich magazynów, jak „Classic Rock”, „Mojo” czy „Q”. I chociaż są to periodyki cieszące się sporym uznaniem, to czuliśmy, że nasze artykuły są w jakiś sposób niekompletne. Niby wszystko grało, bo przecież mieliśmy niezłą kolekcję – wydawałoby się – albumów z głównego nurtu wybrane przez dziennikarzy piszących dla uznanych tytułów prasowych.

Od kilku miesięcy moja wiedza na temat mainstreamu w muzyce rozrasta się z dnia na dzień w coraz szybszym tempie. Składa się na to kilka czynników, wśród których można wymienić odkrycie Tidala – oczywiście wiedziałem wcześniej o jego istnieniu, ale nie korzystałem z niego szczególnie namiętnie – czy podjęcie pracy w radiu RMF FM jako członek redakcji muzycznej. Dzięki temu o tego typu wydawnictwach wiem więcej niż kiedykolwiek wcześniej, nieustannie odkrywając nowych artystów, zapoznając się z klasykami popu, dance’u czy rapu – a więc tego, co jest teraz na topie – w końcu – sięgając po zupełnie nowe środki przekazu w celu poszerzenia i uzupełnienia wiedzy. W ten sposób stałem się namiętnym czytelnikiem „Rolling Stone’a” oraz „Billboardu”.

Szczególnie mocno cenię sobie ten ostatni, który – jak wie każdy fan muzyki wydawanej od drugiej połowy XX wieku – prowadzi najbardziej prestiżową listę przebojów (a nawet kilka takich list) w Stanach Zjednoczonych. Samo pojawienie się na listach Hot 100 czy Billboard 200 - odpowiednio: najpopularniejsze utwory i albumy – można traktować jako wielki sukces, zaś zdobycie ich szczytu jako jedno z najważniejszych osiągnięć czekających na mainstreamowych artystów. I właśnie z „Billboardem” oraz wspomnianym wyżej „Rolling Stonem”, którego – mam nadzieję – nie trzeba przedstawiać, nasza zabawa na łamach „High Fidelity” jest kompletna.

Jej zasady pozostają bardzo podobne. Od każdego magazynu „pożyczyliśmy” określoną liczbę najlepszych albumów, w tym roku: po dwa najlepsze, które następnie odsłuchaliśmy i opisaliśmy, zarówno pod kątem muzyki – ja, czyli BP – oraz dźwięku – Wojciech Pacuła, czyli WP. Jeżeli jakiś album pojawiał się na więcej niż jednej liście, to nie zamienialiśmy go na żaden inny – zbyt wiele byłoby z tym komplikacji i naginania zasad. W efekcie skończyliśmy na siedmiu krążkach.

Poniżej możecie Państwo zapoznać się z dokładną listą albumów, które braliśmy pod uwagę:

„Billboard”
1 Kendrick Lamar - DAMN. | 2/ SZA - Ctrl
„Classic Rock”
1/ Queens of the Stone Age – Villains | 2/ Black Country Communion - BCCIV
„Mojo”
1/ LCD Soundsystem - American Dream | 2/ Nadia Reid - Preservation
„Q”
1/ Kendrick Lamar - DAMN. | 2/ LCD Soundsystem - American Dream
„Rolling Stone”
1/ Kendrick Lamar - DAMN. | 2/ Lorde - Melodrama

Jak nietrudno zauważyć, bank z nagrodami rozbiła najświeższa propozycja od Kendricka Lamara, który – swoją drogą – 28 stycznia tego roku otrzymał aż pięć nagród Grammy. Jego krążek zameldował się na trzech listach, od „Billboardu”, „Q” oraz „Rolling Stone’a”, za każdym razem dochodząc na sam szczyt. Dwa razy na listach pojawił się album American Dream od LCD Soundsystem, na pierwszym miejscu na liście „Mojo”, na drugim w „Q” , reszta płyt występuje tylko raz.

Zanim przejdziemy do clou tego artykułu, chciałbym wyjaśnić parę spraw metodologicznych. Płyt z Wojciechem Pacułą słuchaliśmy oddzielnie, niezależnie od siebie. Każdy z nas skupiał się na swojej działce, przypomnę: BP – muzyka, WP – dźwięk, biorąc jednak pod uwagę wszystkie sfery albumu, traktując go jako integralną całość. Nie wymienialiśmy się też żadnymi uwagami do momentu powstania artykułu, by uniknąć wpływania na swoje opinie.

WP krążki odsłuchiwał na referencyjnym systemie „High Fidelity” (więcej TUTAJ), ale źródłem dźwięku był Tidal grany przez odtwarzacz Lumina T1. Ważne dla nas było, aby posłuchać muzyki tak, jak zapewne zrobi to większość ludzi na świecie, a serwisy streamingowe wydają się obecnie najpopularniejszym źródłem muzyki. Tidala wybraliśmy ze względu na to, że oferuje nagrania w jakości nie gorszej – chodzi o parametry techniczne – niż płyta CD.

Ja z kolei korzystałem z prostszego zestawu (co nie znaczy, że prostego!), na który złożyły się: smartfon Samsung Galaxy A3 2017 i Tidal (źródło i nośnik), Chord Electronics Mojo + Poly (wzmacniacz słuchawkowy + DAC i łączność bezprzewodowa z telefonem) oraz AKG Y50 BT (słuchawki). Kolejność prezentowanych albumów, poza pierwszym i rockowym pakietem Queens of the Stone Age-Black Country Communion, jest losowa. BP

KENDRICK LAMAR DAMN.

Top Dawg Entertainment/Aftermath Entertainment/Interscope Records

Nośnik: TIDAL
Premiera: 14.04.2017

MUZYKA

Nie bez powodu opis najlepszych płyt zaczynam właśnie od krążka Kendricka Lamara. Nie dość, jak już wspomniałem, że pojawił się on na szczycie aż trzech list rankingowych wybranych przez nas magazynów, to jeszcze jest to zdecydowanie najlepsze dzieło ze wszystkich, które tutaj zaprezentujemy. Już poprzedni album utalentowanego rapera (To Pimp a Butterfly, 2015) przyniósł ze sobą porządną dawkę fantastycznej muzyki. Na DAMN. Lamar robi jednak coś więcej. Za pomocą tego albumu Amerykanin, jak mi się wydaje, na nowo definiuje rap, wyznaczając nowe kierunki w rozwoju gatunku i stanowiąc inspirację dla przyszłych pokoleń artystów chcących spróbować swoich sił w rapie.

Płytę tę należy rozpatrywać dwojako. Po pierwsze, jako fenomenalny zbiór fantastycznych piosenek. Tych tutaj bowiem nie brakuje. Promujący wydawnictwo pierwszy singiel Humble (wydany 30.03.2017) od samego początku atakuje świetnie napisanym, mocnym tekstem („sit down, lil’ bitch, be humble”) i mocną, wyrazistą muzyką. Z kolei utwór Loyalty (nota bene, oba przyniosły artyście nagrody Grammy!) nagrany we współpracy z Rihanną uderza w nieco lżejsze, niemalże intymne tony. Sytuacja na DAMN. zmienia się jak w kalejdoskopie, jednak muzyka nie traci na żywotności, energii i pomysłowości.

Jest jednak druga sfera, pod kątem której powinniśmy patrzeć na czwarty album studyjny Lamara. Mam tutaj na myśli słuchanie tego krążka jako pewnej integralnej, koherentnej całości. Dopiero wtedy DAMN. objawi się nam z całą mocą, stanowiąc niezwykle mocny i jednocześnie wyważony głos przedstawiciela afroamerykańskiej kultury. Dodajmy do tego fenomenalne teledyski (dla przywołanych wyżej utworów: TUTAJ i TUTAJ), a otrzymamy coś, co można nazwać nie albumem, ale DOŚWIADCZENIEM muzycznym, słusznie wychwalanym pod niebiosa. BP

WYDANIE

DAMN. ukazał się 14 kwietnia 2017 roku. Wydany został przez Top Dawg Entertainment, Aftermath Entertainment i Interscope Records. Nagrywany był w wielu różnych studiach: Henson Recording Studios (poprzednio A&M Studios, Hollywood), Windmark Studios (Santa Monica), No Excuses Studio (Santa Monica) oraz Jungle City Studios (Nowy Jork). Z tego też powodu jego produkcją zajmowało się wielu ludzi, przypisanych do poszczególnych utworów. Producentami wykonawczymi, którzy spinali to w całość, byli: Anthony „Top Dawg” Tiffith – szef Top Dawg Entertainment – Sounwave, DJ Dahi, Michael Len Williams II („Mike Will Made It”) oraz Ricci Riera, sama śmietanka tej branży.

Na CD płyta ukazała się w dwóch wersjach: regularnej oraz – ze zmienioną okładką – „Collector’s Edition”; obydwie wersje cyfrowe oferowane są przez platformy streamingowe. Dostępny jest także dwupłytowy album LP – w wersji klasycznej, ale i czerwonej, a część nakładu nosi autograf artysty. Tidal oferuje stream FLAC 16/44,1. Ciekawostka – dostępna jest także nieoficjalna wersja na kasecie magnetofonowej. WP

DŹWIĘK

Choć album rozpoczyna się od delikatnego, lirycznego BLOOD. , zaraz wraca na „Kendrickowe” tory w DNA.. To gęsty, masywny bit z bardzo niskim basem. Ten ostatni jest mocno dobity, bardzo skompresowany, ale ma wysoki poziom, jest więc duża szansa, że przesteruje dużą część słuchawek planarnych, a części wzmacniaczy o zbyt niskiej wydajności prądowej przysporzy problemów.
To niezbyt czyste, mocno skompresowane granie w którym najważniejszy jest puls. Da się jednak zauważyć pewna cecha, która to wszystko spina ponad tą podstawową warstwą – to przestrzeń. Rozumiem ją jako „projekcję”, bo o prawdziwej przestrzeni tu przecież nie ma. Album jest zrealizowany szeroko, głęboko, z wieloma momentami w których liczą się także dźwięki w przeciwfazie – aby się o tym przekonać posłuchajmy na przykład PRIDE.

Chociaż jakość dźwięku nie jest specjalnie wysoka, to znakomita produkcja. Gęsta, spójna, mocna. WP

Jakość dźwięku: 6/10

LCD SOUNDSYSTEM
American Dream

DFA Records/Columbia Records

Nośnik: TIDAL
Premiera: 1.10.2017

MUZYKA

Chociaż najnowszy krążek LCD Soundsystem nie skradł mojego serca tak samo, jak zrobił to DAMN., to i tak trudno mi negatywnie ocenić czwarty studyjny album Amerykanów. To zaskakująca pod względem muzycznym propozycja, która sprawnie łączy pozornie nieprzystawalne gatunki, takie jak dance, rock czy synth-pop. A jednak artystom udało się zaoferować album nie tylko interesujący, ale po prostu dobry. Mamy tutaj miejsce i na lżejsze, niemalże przebojowe utwory, jak i na kompozycje o nieco cięższym charakterze. Całość jest jednocześnie spójna i bardzo przyjemna w odbiorze, dzięki czemu czas spędzony przy płycie mija bardzo szybko.

Wydaje mi się jednak, że – pomimo swoich niewątpliwych zalet - American Dream jest albumem, który można odsłuchać z tą samą przyjemnością niewiele razy. Po pewnym czasie patenty, które nas zachwycały robią się oklepane, a muzyka staje się powoli nużąca i… męcząca. Być może wpływ na to ma fakt, że w skład opisywanego tutaj krążka wchodzi niemal 70 minut muzyki (serio, nie dało się wyciąć chociaż kilku minut?!), a być może formuła zaproponowana przez LCD Soundsystem nie jest jednak wcale tak ciekawa, spójna i głęboka, jak wydaje się przy pierwszym kontakcie? Warto jednak dać tej płycie szansę i choć na chwilę zatonąć w tej niecodziennej mieszance, gdzie art rock miesza się z muzyką taneczną, a mainstreamowy pop nurza się w czymś, co specjaliści określają mianem post-punku. BP

WYDANIE

Czwarty album LCD Soundsystem pt. American Dream został opublikowany 1 września 2017 roku przez wytwórnie DFA i Columbia. Wyprodukowany został przez Jamesa Jeremiaha Murphy’ego, amerykańskiego muzyka, DJ-a, piosenkarza, autora muzyki, jak również producenta nagrań, który z LCD Soundsystem współpracował już wcześniej, począwszy od 2002 roku.

Związana jest z nim ciekawostka, która powinna zainteresować świat audiofilski. Wraz z Davidem i Stephenem Dewaele z 2ManyDjs oraz inżynierem Johnem Klettem stworzył w 2012 roku system nagłośnienia o nazwie Despacio. Pomysł wziął się z niezadowoleniem braci Dewaele i Murphy’ego z ewolucji kultury DJ-skiej, która z muzyki przeniosła uwagę na DJ-ów. Despacio miał zwrócić uwagę branży na muzykę i dźwięk.

Był to zestaw wzmacniaczy i ustawionych jedna na drugiej kolumn McIntosha, tworzących wieże o wysokości niemal 3,5 m (11 stóp), oferujący łączną moc maksymalną 50 000 W i ważący 30 000 kg. Nie powinno być zaskoczeniem, jeśli powiemy, że modele kolumn były dokładnie te same, jak te użyte na Woodstock przez Grateful Dead do stworzenia Wall of Sound.

Płyta została wydana na krążku Compact Disc oraz na dwupłytowym LP. Japońska edycja CD zawiera bonusowy utwór Pulse (V1), dostępny także do pobrania poprzez Facebooka zespołu. Wersja winylowa dostępna jest w na dwa sposoby – to regularny album i numerowany „test pressing”; ten ostatni wytłoczony został w 100 egzemplarzach i rozesłany do stacji radiowych i DJ-ów. Wyszukać można także limitowaną wersję na kasecie magnetofonowej. Tidal oferuje stream FLAC 16/44,1. Ciekawostka – oprócz albumu znajdziemy tam również materiał z 12” maksisingla North American Scum z podstawowym utworem i dwoma remiksami, w tym Onanistic Dub Mix by James Murphy And Eric Broudek.

DŹWIĘK

Podobnie jak wszystkie poprzednie albumy z tego zestawienia, tak i ten jest mocno skompresowany. W tym przypadku to jednak narzędzie, a nie młot na dynamikę, co słychać na przykład poprzez dobrze rozkładane plany i mocny, niski bas – wreszcie słychać dół, alleluja! Zaskakują zmiany perspektywy, na przykład jej przybliżenie w Change Yr Mind, gdzie mamy dźwięki dochodzące bezpośrednio z głośników, jakby nie było na nich w ogóle pogłosu. To dobra, inteligentna produkcja, w której przeszkadza tylko kompresja i podkreślony wyższy środek. Bardzo dobrze wypadają także utwory ze wspomnianego maksisingla. WP

Jakość dźwięku: 6-7/10

QUEENS OF THE STONE AGE
Villains

Matador Records

Nośnik: TIDAL
Premiera: 25.08.2017

MUZYKA

Jak lubią podkreślać fani Queens of the Stone Age – jak wszystko na to wskazuje: jednego z ostatnich „prawdziwie rockowych” zespołów cieszących się ogromną, niesłabnącą popularnością – każdy album ich ulubionej formacji jest tak naprawdę wyprawą w nieznane. Lider zespołu, Josh Homme, za każdym razem zaskakuje, oferując krążki tak bardzo odmienne od siebie, że w niektórych przypadkach łączy je chyba tylko duch grania QotSA, obecny bez wyjątku na wszystkich albumach. Nie inaczej jest i z Villains, siódmym albumem studyjnym w kolekcji Amerykanów.

To krążek naprawdę niezły. Mamy tutaj miejsce na kilka naprawdę mocnych kompozycji (Feet Don't Fail Me), przyzwoity singiel promujący wydawnictwo (The Way You Used to Do) i generalnie przyjemny, „bujająco-rockowy” klimat. Niestety – niewiele ponadto. Villains pod względem muzycznym nie zbliża się nawet do najlepszych propozycji Josha i spółki (Rated R, Songs for the Deaf, …Like Clockwork), pozostając jedynie przyjemnym wypełniaczem czasu. Czyżby rację mieli krytycy rocka, zwiastujący rychły koniec gatunku? BP

WYDANIE

Villans nagrany został w ciągu trzech pierwszych miesięcy 2017 roku. W nagraniu wzięło udział kilku realizatorów, ale głównym reżyserem dźwięku był Mark Rankin, będący również współproducentem. Miksem zajmował się Alan Moulder, a masteringiem Gavin Lurssen i Reuben Cohen. Obok Rankina za produkcję odpowiedzialny był również Mark Ronson, znany m.in. z produkcji utworu Cold Shoulder z albumu Adele 19 i albumu Amy Winehouse Back to Black, za który otrzymał Nagrodę Grammy i to w dwóch kategoriach. Dodajmy, że i Rankin ma na swoim koncie znaczące osiągnięcia, ponieważ pracował jako inżynier dźwięku i producent muzyczny m.in. przy albumach Adele 21 i Ceremonials Florence and the Machine.

Płyta wydana została na krążku Compact Disc, także w Japonii, oraz na dwupłytowym LP, w którym ostatnia strona ma naniesiony grawer – stojącą postać z okładki. Część nakładu zawiera również art printy. Ciekawostka – wersja analogowa dostępna jest z dwoma wersjami okładki – „regularną” i „indie”. Tidal oferuje stream FLAC 16/44,1.

DŹWIĘK

To „brudna” realizacja w tym sensie, że ma brzmieć, jak nieobrobiony, garażowy rock. I rzeczywiście tak jest, dostajemy ścianę dźwięku, a na niej wyrysowany, naprawdę selektywny wokal. Czasem, jak w The Way You Used to Do scena się poszerza, poprzez rozłożenie gitar skrajnie po kanałach, ale częściej to mocne, mocne granie, w którym liczy się nerw, zgrzyt i energia. Dźwięk tej płyty jest mocno skompresowany, a skraje pasma obcięte. Można by powiedzieć, że gra przede wszystkim średnica, z nieco podkreśloną wyższą częścią. Aż szkoda słuchać – to mogło być wymiatające, a jest usypiające. WP

Jakość dźwięku: 5/10

BLACK COUNTRY COMMUNION
BBCIV

Mascot Records

Nośnik: TIDAL
Premiera: 22.10.2017

MUZYKA

Jeżeli to ma być teraźniejszość i przyszłość rocka, to lepiej zapakować cały gatunek na półkę muzealną i odwiedzać go od czasu do czasu, racząc się co lepszymi jego fragmentami. Jak bowiem można zareagować na zespół, w skład którego wchodzą rockowe dziady (pod względem mentalnym) pokroju Glenna Hughesa, Dereka Sheriniana czy Jasona Bonhama (syna legendarnego Johna Bonhama z Led Zeppelin), grające muzykę tak generyczną i geriatryczną, jak to jest tylko możliwe? Czy naprawdę muzykę rockową da się obecnie komponować jedynie wtedy, gdy jednocześnie walimy czołem przed minionymi już latami chwały gatunku?

BCCIV – bo to ten krążek odpowiada za mój wybuch złości – to czwarte studyjne dzieło amerykańskiej supergrupy Black Country Communion. W jej skład wchodzą cztery gwiazdy (dlatego grupa dostała przedrostek „super”): trzy wyżej wymienione i najpopularniejszy obecnie bluesman na świecie – Joe Bonamassa. Panowie, chociaż mają na głowie inne zobowiązania (szczególnie ten ostatni), spotykają się od czasu do czasu i wypluwają z siebie kolejne identycznie brzmiące krążki, oczywiście ku uciesze wszystkich osób, których rozwój muzyczny skończył się w okolicach 1980 roku.

Nie inaczej jest również z ich najnowszym dziełkiem, które pod względem emocjonalnym jest tak płaskie, jak czysta kartka papieru – i równie zajmujące. Powiem więcej: album ten tak bardzo mi się nie podobał, że zacząłem wątpić w sens czytania „Classic Rocka”, na łamach którego mogłem przeczytać peany na jego cześć. Po co się męczyć z rzeczami nagranymi jak w latach 70., gdy do dyspozycji mamy rzeczy… nagrane w latach 70.? BP

WYDANIE

Nagrania do BCCIV rozpoczęły się 4 stycznia 2017 roku i trwały zaledwie siedem dni, co było charakterystyczne dla wielu najlepszych albumów z lat 50., 60. i 70. Nagrania miały miejsce w EastWest Studios, w Hollywood, a ich producentem był Kevin Shirley. Shirley, znany także jako The Caveman, był producentem i inżynierem dźwięku odpowiedzialnym za miks wielu uznanych artystów, takich jak: Journey, Iron Maiden, Rush, Led Zeppelin, Joe Bonamassa, Dream Theater, HIM, Tyler Bryant, Mr. Big i Europe.

Miks wykonał w swoim studiu The Cave w Sydney. Po zakończeniu pracy Bonamassa opisał ten czas jako „bardzo, bardzo wyjątkowy tydzień”, dodając: „uważam, że to najlepszy album, jaki do tej pory zrobiliśmy”.
Płyta została wydana na krążku Compact Disc oraz na dwupłytowym LP. Część nakładu wytłoczono na pomarańczowym winylu. Wraz z winylami otrzymujemy kod do ściągnięcia materiału w postaci cyfrowej. Tidal oferuje stream FLAC 16/44,1.

DŹWIĘK

Podobnie jak Villains Queens of the Stone Age, tak i BCCIV pomyślany został jako energetyczne, rockowe granie. I podobnie jak poprzedni album, tak i ten zawodzi, ponieważ dźwięk został bezlitośnie skompresowany i ma podniesiony balans tonalny. Gitary zamiast ciąć, uderzać, a bas trząść podłogą sąsiadów, stukają, jak drewniane chodaki, wszystko to jest tylko zaznaczone, narysowane. Nawet w The Cove, utworze rozpoczynającym się od niskiego basu jest on płytki, można powiedzieć – lichy. Bardzo, bardzo zły dźwięk, z jeszcze gorszym wokalem, który ratowany jest tylko przez ciekawe użycie pogłosów i przestrzeni. WP

Jakość dźwięku: 4-5/10

LORDE
Melodrama

Republic Records

Nośnik: TIDAL
Premiera: 16.06.2017

MUZYKA

Album ten był jednym z najmocniej wyczekiwanych przeze mnie w ubiegłym roku. Wszystko to za sprawą genialnego debiutu młodej Lorde, urodzonej pod koniec 1996 roku w Nowej Zelandii artystki art-popwej. Wydany 27 września 2013 roku Pure Heroine – bo to o tym krążku mowa – nie tylko było jednym z najlepszych albumów tego okresu, ale również jedną z najciekawszych propozycji art-popowych w ogóle. Był intrygujący, buzujący od emocji i wciągający, potrafił zaoferować i nieoczywiste przeboje (Royals), i nieoczekiwane wycieczki w stronę wokalnej elektroniki (wybitne Bravado). Niestety po drodze coś (nawet wiem co) się zepsuło i drugi album studyjny w dorobku młodej wokalistki jest „tylko” dobry.

Niech nikt nie zrozumie mnie źle: Melodrama to wciąż porządna dawka nieźle skrojonego popu z ambicjami, ale w żadnym aspekcie nie może jej porównywać do genialnego pakietu znanego z Pure Heroine. W teorii krążek ten robi wszystko „bardziej” i „lepiej”, ale – jak wiadomo – lepsze jest wrogiem dobrego. Lorde postawiła tym razem na eksplorowanie takich tematów, jak samotność czy dorastanie, brakuje w tym jednak i szczerości, i świeżości. Co więcej, w pogoni za średnio przemyślanym konceptem Lorde zagubiła zdolność do pisania hitów i jedynie utwór Sober II (Melodrama) przypomina nam o jej świetności z czasów nastoletnich.

Winę za to ponosi – przynajmniej w mojej opinii – Jack Antonoff, jeden z najważniejszych obecnie mainstreamowych producentów, który w ostatnim czasie podpisał się pod płytami takich gwiazd, jak Taylor Swift, Fifth Harmony czy Sia. Jego szkodliwy wpływ słychać wszędzie tam, gdzie się pojawił. Muzyka w umyśle Antonoffa to niestrawna papka pseudo-intelektualnych, niby-natchnionych wynurzeń, które są nudne i po prostu nijakie. Na szczęście Lorde jest na tyle uzdolnioną artystką, że wciąż była w stanie zaserwować dobry, równy krążek – szkoda jednak, że w żadnym stopniu nie dorównał on jej wcześniejszym dokonaniom. BP

WYDANIE

Powstanie Melodramy to podróż z wieloma przystankami. W grudniu 2013 roku Lorde ogłosiła, że zaczęła pisać materiał na swój drugi studyjny album. W czerwcu 2014 materiał miał być „we wczesnym etapie powstawania” i „zupełnie inny niż debiut”. W listopadzie tego samego roku na Facebooku podała, że chce słuchaczom pokazać „nowy świat”. Tytuł albumu został ujawniony 2 marca 2017 roku, a płyta w sklepach pojawiła się 16 czerwca. Cały album powstawał przez osiemnaście miesięcy przy współpracy producenta i współautora utworów Jacka Antonoffa.

Nie dziwi więc, że w opisie produkcji podaje się kilka miejsc: domowe studio Jacka Antonoffa (Brooklyn, Nowy Jork), Electric Lady Studios i Jungle City Studios (Nowy Jork). Prowadzącym inżynierem dźwięku była Laura Sisk. Za miks odpowiedzialni są John Hanes i Serban Ghenea, a pod masteringiem podpisał się Tom Coyne. Producentami było aż dziesięć osób, a nad całością czuwali Lord i Jack Antonoff.

Płyta została wydana na krążkach Compact Disc oraz 180 g LP. Long Play wytłoczony został w dwóch wersjach – na czarnym i niebieskim winylu; ten ostatni dostępny jest z sześcioma, dwustronnymi artami. Universal Music Group New Zealand do nakładu CD dołącza bonusową kartkę z art printem, a w Japonii płyta jest dostępna z dodatkowym utworem Green Light (Chromeo Remix). Można kupić również podpisaną przez artystkę litografię o wymiarach 12” x 12” z niesamowitą okładką albumu. To zdecydowanie najładniej wydany album w tym zestawieniu. Tidal oferuje stream FLAC 16/44,1.

DŹWIĘK

Głos Lorde został zarejestrowany w podobny sposób, jak Nadii Reid (o której za moment), chociaż to kompletnie odmienne stylistyki. Chodzi o to, że jest zdjęty blisko i mocno skompresowany. Na Melodramie jest jednak wsparty dodatkową obróbka, która powoduje, że jest znacznie bardziej interesujący. Jest blisko nas, mocno zakotwiczony w przestrzeni między głośnikami. Słychać sybilanty, nie są wygładzone, być może więc, że na stosunkowo jasnych systemach mogą być zbyt mocne. Ale brzmienie jako całość jest mocno rozciągnięte w dół, basu tu nie brakuje. Posłuchajmy na przykład Hard Feelings/Loveless, a usłyszymy ładny, niski i gęsty bas o miękkim charakterze.

Ocena brzmienia jest utrudniona, ponieważ właściwie każdy kawałek brzmi nieco inaczej. Jeśliby jednak generalizować można by powiedzieć o dobrej produkcji, ciekawych rozwiązaniach aranżacyjnych i dźwięku, który będzie pasował do dużych sal. Dostajemy bowiem przestrzenną, wieloplanową realizację o dużym rozmachu. W wysokiej klasie systemie też zabrzmi nieźle, choć szału nie będzie. WP

Jakość dźwięku: 6/10

NADIA REID
Preservation

Basin Rock

Nośnik: TIDAL
Premiera: 3.03.2017

MUZYKA

Przyznam się szczerze, że obecności tego albumu na drugim miejscu listy „Mojo” nie potrafię zrozumieć. Po intensywnych rozmyślaniach na ten temat potrafiłem dojść jedynie do takiej konkluzji, że to zwykły błąd w systemie, anomalia, które nie powinna się nigdy wydarzyć, a której mimo to jesteśmy świadkami. Preservation to bowiem album tak bardzo nieszczery, jak to tylko możliwe. A w dodatku śmiertelnie nudny. Po jego odsłuchaniu zacząłem tęsknić do geriatrycznych panów z Black Country Communion.

Twórczość Nadii Reid miała być (jak mi się wydaje) czymś w rodzaju intymnej podróży do prywatnego świata artystki. Mamy więc tutaj ogniskowo brzmiącą gitarkę, łzawy wokal i niewiele więcej. Niestety całość jawi mi się nie jako szczere dzieło stworzone z potrzeby serca, ale doskonale przemyślany produkt, sztucznie stworzony z myślą o osobach, które bardzo chciałyby cierpieć na depresję, bo to „romantyczne”. Ale, być może, mylę się i niesłusznie oskarżam tę artystkę o ohydne praktyki tego typu. Jest przecież szansa, że ona naprawdę wierzy w to co robi, w swoją misję, w muzykę. Tym gorzej dla niej, ponieważ jest to muzyka po prostu… nijaka. BP

WYDANIE

Płyta Preservation Nadii Reid ukazała się 3 marca 2017 roku, osiemnaście miesięcy po jej debiucie z 2015 roku. Nagrania dokonano w marcu 2016 roku w The Sitting Room w nowozelandzkim Lyttelton Harbour. Wiadomo też, że realizatorem nagrań, inżynierem miksującym i masteringowcem, jak i producentem płyty był Ben Edwards. Płyta została wydana na krążkach Compact Disc oraz 180 g LP. Tidal oferuje stream FLAC 16/44,1.

DŹWIĘK

Długie pogłosy, zwielokrotniony i rozłożony w planach i między kolumnami wokal – to główne wyznaczniki tego albumu. Mogłoby się wydawać, że gitara i wokal powinny być proste do nagrania, nawet jeśli dodamy do tego gitary elektryczne, bas i perkusję. Chyba jednak nie – głos Nadii Reid jest jasny i nie ma w ogóle głębi. Ta wydobywana jest przez nałożenie kilku ścieżek, ale nie zmienia to ogólnego odbioru. To dość jasna realizacja, w której najważniejsza wydaje się chęć eterycznego „uniesienia” brzmienia w sposób, do jakiego kiedyś przyzwyczaił nas w latach 80. zespół Cocteau Twins. Niestety dźwięk jest przez to równie słaby. WP

Jakość dźwięku: 6-7/10

SZA
Ctrl

Top Dawg Entertainment/RCA Records

Nośnik: TIDAL
Premiera: 9.06.2017

MUZYKA

Ctrl (należy wymawiać: „control”) to debiutancki album artystki o pseudonimie SZA (właściwie: Solána Imani Rowe). Chociaż artystka na scenie muzycznej aktywna jest już od kilku lat (będąc precyzyjnym: od 2012 roku), to dopiero niedawno zrobiło się o niej naprawdę głośno. I to właśnie za sprawą Ctrl, który skupił uwagę krytyków muzycznych i fanów muzyki spod znaku R&B i (neo) soulu. Czytając kolejne niezwykle pozytywne recenzje na temat tej płyty nie mogłem nie wyobrażać sobie dzieła kompletnego, redefiniującego same podstawy tego typu grania. Niestety rzeczywistość jest dużo mniej frapująca.

W teorii krążkowi Amerykanki niczego nie brakuje. Mamy tutaj gęsty klimat, czarną kulturę w najlepszym wydaniu i prawdziwe emocje, które jest w stanie zapewnić tylko soul. Ctrl nie był jednak w stanie skupić mojej uwagi na dużej. Z czasem zaczął mi się jawić jako wydmuszka – bajecznie piękna na zewnątrz, ale pusta w środku. SZA co prawda dwoi się i troi, żeby słuchacz pozostał je wierny do końca albumu, nie można też odmówić jej szczerości w tym, co robi, jednak całości czegoś – w moim odczuciu – zabrakło. Być może wpływ ma na to brak spójnej wizji uprawianej muzyki (wystarczy rzucić okiem na pokaźną listę producentów, którzy maczali palce przy tym krążku), która z jednej strony chciałaby być lekka, niemalże nastoletnia, z drugiej zaś prezentować trudy prawdziwego życia?

Wysokie miejsce i szum, który zrobił się wokół artystki dziwi mnie tym bardziej, że w tym samym roku genialny album wydała Kelela. Polecam odpalić go sobie w wolnej chwili – i to nie tylko dla intrygującej (chociaż nie jestem pewien czy to dobre słowo) okładki. Wystarczy wklepać Take Me Apart, by przekonać się, jak można nagrywać nowoczesne albumy R&B. BP

WYDANIE

Płyta Ctrl ukazała się 9 czerwca 2017 roku i wydana została przez Top Dawg Entertainment i RCA Records. Prace nad debiutanckim albumem SZA rozpoczęły się już w 2014 roku w studiach TDE Red Room w kalifornijskim Carson, jednak swój finał miały dopiero trzy lata później. Jak czytamy w materiałach firmowych, była to realizacja analogowa, w gdzie do tworzenia różnych dźwięków używano kabli „włączanych i wyłączanych tak, aby uzyskać pożądany efekt”. Co więcej, decyzje dotyczące konkretnego utworu podejmowane były przez artystkę w momencie nagrywania i uzależnione były od jej nastroju, pory dnia itp. Prasa opisała ten proces jako „freestyle method”.

W ciągu trzech lat SZA nagrała blisko dwieście utworów. Po wejściu do studia wypróbowywała wraz producentami kolejne, decydując na miejscu, czy są warte dalszego eksperymentowania i obróbki. W trakcie tych prac piosenkarka słuchała utworów okupujących pierwszą czterdziestkę list przebojów z wielu lat, z naciskiem na lata 40. i 80. i decydowała, czy jej piosenki mają podobny nastrój, bit itp. Nieocenioną pomocą w tym powolnym procesie był Rick Rubin, legenda tej branży, pracująca dla takich artystów, jak Beastie Boys, Adele, AC/DC, Red Hot Chilli Peppers, Metallica i inni. Pomógł on oczyścić utwory z niepotrzebnego ornamentowania, długich pogłosów, nadmiernej produkcji.

Płyta została wydana na krążku Compact Disc oraz na dwupłytowym LP. Cześć nakładu Long Play wydana została na kolorowym, niebieskim winylu, oraz półprzezroczystym, zielonym. Tidal oferuje stream FLAC 16/44,1.

DŹWIĘK

Choć otwierający album Supermodel to przede wszystkim dość wysoko ustawiony głos artystki naprzeciwko nas, z podkładem krążącym wokół naszej głowy i przemieszczającym się między głośnikami, już w Love Galore dostajemy niski, mocny bit. Bas schodzi głęboko i jest bardzo punktowy. Można za jego pomocą sprawdzić, co w naszym pokoju wpada w drgania :) Tak zresztą jest i w kolejnych utworach. Wokal jest skompresowany i ma wysoko ustawiony akcent, ale nie jest wyostrzony. Został poddany różnorakim zabiegom i często – jak w Go Gina słychać go wokół nas. To klasyczna produkcja korzystająca z sampli i elektroniki kreującej założone brzmienie. Duża kompresja i brak wypełnienia środka i wysokiego basu powodują, że całość brzmi nieco jednostajnie. WP

Jakość dźwięku: 5/10

Podsumowanie

Podsumowanie będzie krótkie, bo nie ma za bardzo o czym mówić. Zgadzamy się obydwaj co do tego, że nie bardzo rozumiemy kierunku w którym zmierza muzyka promowana przez wytwórnie, ponieważ wśród wszystkich albumów jedynie te Kendricka Lamara i LCD Soundsystem mają realną wartość muzyczną, ze wskazaniem na rapera. Pod względem dźwiękowym również, pozostałe albumy są nagrane źle lub bardzo źle, niektóre wręcz dramatycznie źle. Lord wyróżnia się niebywale wysmakowanym dizajnem albumu, ale na tym jej przewagi się kończą.
Mamy jednak nadzieję, że udało się nam pokazać przekrój przez muzykę o jakiej się obecnie pisze, mówi i jaką się gra w radiostacjach. I nawet jeśli wśród wszystkich przebojów – przypominamy, że mówiliśmy jedynie o zdobywcach 1. i 2. miejsca! – znajdą państwo dla siebie jeden album, to było warto. Ale generalnie – beznadzieja! BP | WP

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM