KRZĄTANINA
Czyli jak testować, żeby nie zwariować
ZASTANAWIAJĄC SIĘ NAD TYM, czym się z państwem podzielić w związku z, przypadającą 1 maja, 22. rocznicą powstania HIGH FIDELITY, pomyślałem o powodach, dla którego nasz magazyn powstał – o testowaniu. A kiedy się nad tym zastanowiłem, dotarło do mnie, że moje podejście od tamtego czasu zmieniło się, i to zmieniło znacząco. Już nie tyle TESTUJĘ, co krzątam się. Bardzo mi to odpowiada… Poniższy tekst jest właśnie o tym.
»«
”
TEST: 1. «zestaw punktowanych pytań lub zadań sprawdzających czyjąś wiedzę, inteligencję itp.; też: taki sprawdzian» ‖ 2. «próba, której poddaje się urządzenie, produkt, preparat itp. w celu sprawdzenia jego składu, właściwości i działania; też: to, co służy do przeprowadzenia takiej próby» Słownik Języka Polskiego PWN
NIEDAWNO MOJA CÓRKA zapytała mnie, jaką jedną książkę, gdybym musiał wybierać, poleciłbym jej do przeczytania. Chodziło o to, że umówiła się ze znajomymi, że w jej grupie typu „wataha” każdy z nich poleci innym swoje typy, do czego dobiorą też rekomendacje od znajomych i rodziny. Powstała w ten sposób lista, dla każdego inna, miałaby być podstawą ich wakacyjnych lektur.
Nie namyślając się długo sięgnąłem na półkę znajdującą się po prawej stronie systemu audio. Gdzieś między Music and Audio: A User Guide to Better Sound Marka Waldrepa, szefa wydawnictwa AIX Records, a Compact Disc Roberta Barry’ego, pozycję z serii „Object Lessons” wydawnictwa Bloomsbury, stały sobie trzy niewielkie książeczki Jolanty Brach-Czainy, a wśród nich Szczeliny istnienia. Dlaczego tam? Zapewne ze względu na format identyczny z monografiami płytowymi brytyjskiego Bloomsbury. Dlaczego Szczeliny…? Aby to wyjaśnić potrzebna będzie nieco dłuższa opowieść.
Kiedy zacząłem co nieco rozumieć ze złożoności kultury, zachwyciły mnie jej eksklamacje. To znaczy wytwory ponadprzeciętne, wybitne, wręcz pomnikowe. No, jakby tu powiedzieć, ogromniaste. Panował wówczas zresztą sprzyjający temu klimat. Na studiach polonistycznych szalał postmodernizm, a Michał Paweł Markowski, wówczas jeszcze przez habilitacją, prowadzący ćwiczenia z poetyki dla mojego roku, a dzisiaj profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, błysnął tłumaczeniami i interpretacją myśli Jacquesa Derridy.
Ten francuski filozof wprowadził na stałe do obiegu krytycznego takie pojęcia jak „dekonstrukcja” i „dekonstruktywizm”, opisujące podejście filozoficzne i zbiór pojęć, odnoszących się do wielości możliwych interpretacji i odczytań języka i wytworów kultury. Zwracał uwagę na to, co sam tekst i język podkreśla jako istotne, ale także to, co pomija. Wszyscy się Derridą pasjonowali, chyba nikt go tak naprawdę nie czytał, a jeszcze mniej rozumiało. Poza, jak się wydaje, Markowskim (na portalu Lubimy czytać stoi: „Chyba nie ma w Polsce lepszego „derridoznawcy” niż Markowski”).
Chodzi o to, że to było dzieło monumentalne i w pewien sposób – tak to wówczas czytaliśmy – totalne. Zmieniało o 180 stopni perspektywę, z której podchodzono do literatury i w pewien sposób antycypowało pojawienie się postprawdy i współczesnego internetu z zakodowanym w jego DNA dążeniem do relatywizacji wszystkiego w celu monetyzacji każdego, dowolnego punktu widzenia. Wydawało się być odpowiedzią na wszystkie pytania, choć w przewrotny sposób, mówiąc: „nie ma jednej odpowiedzi, być może nie ma żadnej, wszystko zależy od interpretacji”.
‖ JOLANTA BRACH-CZAINA, Szczeliny istnienia
Zaraz potem przyszedł czas na kolejnych gigantów krytyki postmodernistycznej i ponowoczesnej, których czytaliśmy na zajęciach z Ryszardem Nyczem ze szczotek do przygotowywanej przez niego antologii przekładów tekstów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, z takimi nazwiskami jak: Jurgen Habermas (Modernizm - niedokończony projekt), Jean-Francois Lyotard (Odpowiedź na pytanie: co to jest postmodernizm?), Richard Rorty (Postmodernistyczny liberalizm mieszczański) czy Jean Baudrillard (Precesja symulakrów), żeby poprzestać na najbardziej oczywistych przykładach.
Ależ to były emocje, cóż to były za dyskusje! Myślę, że nie do końca to wszystko ogarnialiśmy, na polskim gruncie wszystko to wciąż było nowością. Może dlatego byliśmy tak niefrasobliwi w formułowaniu sądów. Jednak potęga tych myśli, ich karkołomna konstrukcja i dalekosiężne wnioski, a przede wszystkim niesamowity wpływ, jaki miały na kulturę, zarówno popularną (Matrix Wachowskich jest w całości transpozycją myśli Baudrillarda o symulakrach), jak i – tak zwaną – „wysoką”, pozostawił we mnie mocny odcisk, coś jak „pieczątkę przydatności”.
Nic więc dziwnego, że kiedy z rodziną jechaliśmy do nowych miejsc, chciałem zobaczyć to, co tam jest największego, najwspanialszego. Jadąc do Pragi najważniejszy był Most Karola i Hradczany, w Kopenhadze ważniejszy był most nad Sundem i Park Tivoli niż Muzeum Thorvaldsena, a w Mediolanie opętała mnie myśl o natychmiastowym odwiedzeniu Tre Torri (Trzech Wież) w dzielnicy CityLife i zobaczeniu potężnych wysokościowców, znajdujących się jeden obok drugiego, autorstwa Aratę Isozakiego, Zahy Hadid oraz – wówczas jeszcze w budowie – Daniela Libeskinda. A to dlatego, że miałem wówczas zajawkę na dzieła ikoniczne, megaarchitekturę, architektów-celebrytów, architekturę „star” (ang. starchitecture).
Z czasem się to zmieniło. Mógłbym powiedzieć, że „przeszło mi”, ale nie o to chodzi, żeby się czegoś wypierać czy umniejszać. Po prostu przyjąłem, że to wspaniałe osiągnięcia, koniecznie trzeba je zobaczyć, ale są one tylko czymś w rodzaju oszołomień, wykrzyknień, skoro już to padło, a nie mówią zbyt wiele o rzeczywistości. I są, ostatecznie, nużące w swojej przewidywalności. Na szczęście z czasem nauczyłem się czegoś, co – przywołana na początku – Brach-Czaina nazwała „krzątactwem”. Poświęcony mu esej zaczyna w ten sposób:
”
Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach. Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne wydarzeń niezwykłych, których oczekujemy o często nadaremnie – może więc decydować o wszystkim. Ma wymiar drobny. Częstotliwość dużą. Jest niezauważalna. (…)
Obawiam się, że niełatwo przyjdzie mi wyjaśnić, jak można coś postrzegać jako niezauważalne. Jednak nie mogę zrezygnować z tego paradoksalnego stwierdzenia.
⸜ JOLANTA BRACH-CZAINA, Szczeliny istnienia, Warszawa 2018, ss. 67, 73.
Ta krzątanina jest, być może (postmoderna wciąż żyje), czymś najważniejszym. Być może to ona pozwala mi testować i wciąż się tym cieszyć. Budzimy się, wstajemy, myjemy się, jemy śniadanie, wychodzimy do pracy – tak w kółko, mówi filozofka. Obieramy ziemniaki – jak czytamy za chwilę – każdy z osobna, ale żadne z tych działań nie ma sensu egzystencjalnego samo w sobie. Nabiera je dopiero wspólnie z innymi, właśnie jako coś najważniejszego, co zajmuje nam niemal całe życie. Spotkania z „niezwykłym” są jedynie mgnieniem oka.
‖ „Najmniejszy budynek w Warszawie”, jak jest reklamowany – budynek u zbiegu ulic Długiej i Freta w Warszawie, o powierzchni zaledwie 12 m², właśnie wyremontowany, mieszczący Galerię Sztuki Sakralnej jednego dzieła • zdj. mat. pras. Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków
Jak w swoich zapiskach notuje Ludwig Wittgenstein, austriacki filozof zajmujący się przede wszystkim językiem i logiką, wybitny matematyk i niedoszły inżynier, w czasie służby wojskowej na statku Goplana cumującym pod Wawelem: „Najlepiej pracuje mi się obecnie podczas obierania ziemniaków. Zgłaszam się do tej roboty na ochotnika. Jest dla mnie tym samym, czym dla Spinozy było szlifowanie soczewek”. (za: Anna Arno, Do Pana kieruję moje milczenie). To wtedy powstały zalążki Traktatu logiczno-filozoficznego.
To, jak dla mnie, wciąż była przyszłość. Jednak po latach spędzonych z „aktami strzelistymi”, że nawiążę jeszcze do „wież” w Mediolanie, zaczęły mnie one trochę męczyć. Swoją, powtórzę, przewidywalnością i pustym „środkiem”. To znaczy tym, co we mnie uruchamiały, a czego nie. „Nuda” – za dużo powiedziane, to wciąż wspaniałe spotkania. Z czasem jednak coraz mniej „nawołujące” mnie do siebie. W stronę, która autorka Szczelin… usankcjonowała na bazie akademickiej, a w rezultacie i w popkulturze, dryfowałem więc samoistnie.
Spotkanie z pełnym zapisem tej filozofii życia, najpierw we wspomnianym zbiorze, a później w Błonach umysłu, było więc dla mnie jak dotarcie do domu pod wieczór, kiedy jestem zmęczony i mam ochotę rzucić się na łóżko i spać. A przecież wcześniej coś tam o Brach-Czainie słyszałem, coś czytałem – nigdy jednak na tyle uważnie, żeby zrozumieć, że pisze ona również o mnie i mojej pracy: dokładnie tym samym torem szybowało moje podejście do testowania.
Pierwsze spotkania z urządzeniami służącymi do odtwarzania muzyki są przeżyciem niezapomnianym. Kodują się w nas niebywale mocno, jak wszystko z czym związane są duże emocje. Także kolejne etapy przyswajania dobrego dźwięku, bo tego trzeba się nauczyć, wypalają w naszych głowach „markery”. Przeżywałem to wszystko podwójnie – raz jako audiofil (odbiorca), a dwa jako autor recenzji (twórca). I przez długi czas – nie będzie zaskoczenia – ekscytowałem się przede wszystkim ikonami audio, rzeczami rzadkimi, drogimi, niezwykłymi, niepowtarzalnymi. Po prostu – zajebistymi.
Im więcej wiedziałem, im lepiej to wszystko rozumiałem, tym łatwiej było mi pisać o audio, tym więcej przyjemności z tego czerpałem. Nie musiałem już się spinać, nie było potrzebne „wysokie C”. Choć hiperbolizacja jest nieodłączną częścią krytyki, czy – ogólniej – recenzowania, starałem się, i wciąż staram, nie popadać w skrajności, w histerię („najlepsze na świecie”, „zmiotło wszystko z planszy”, „niech inne się schowają”). Ta, wraz z rewanżyzmem i chciwością, są zarezerwowane dla internetowej blogosfery. Chciałem państwu tego oszczędzić, ponieważ, na dłuższą metę, jest niezwykle nużącym i ostatecznie odstręczającym działaniem.
Żeby móc swobodnie słuchać kolejnych produktów, bez względu na ich cenę, musiałem również nauczyć się je oceniać po tym, jak na mnie działały. Metodologia testów – rzecz święta, bez tego ani rusz. To testy bazujące na obserwacji, czyli podstawowym sposobie doświadczania, ale i one mają swoją logikę i rytm. Każdy z recenzentów wypracowuje je i dopieszcza po swojemu i u każdego przynoszą one przez to nieco inne rezultaty – jak w życiu. Podanie parametrów mierzalnych, a to się narzuca w takim momencie, jest fajne, miłe, ale nic nie mówi o samym produkcie, raczej o kierunkach, w których chciał je pchnąć konstruktor.
‖ Nie jest tak, że high-end mnie nie kręci, absolutnie nie! Po prostu podchodzę do tego ze spokojem. A jednak… W sobotę, niedługo przed publikacją testu, podczas mojej sobotniej włóczęgi, odwiedziłem krakowskie „Tre Torri”: wieżę Bazyliki Mariackiej, Wieżę Ratuszową oraz najnowszy adres tego typu: SkyBar w Unity Centre. Bo duże też jest piękne.
|
Nota bene, przypomina mi się w tym momencie coś, co przez lata na studiach, a potem przez kolejne lata własnej edukacji powracało z regularnością obrotów pulsara: wiedza o tym, że to nauki humanistyczne są tymi „szerszymi” i że nauki techniczne są niezwykle ograniczone. Problemem jest, co oczywiste, konieczność zrozumienia tego, jak działa mózg czy język i wyobraźnia – rzeczy na studiach technicznych często nieobecne, czasem wręcz tępione. A bez tego nie da się niczego wyjaśnić. Rozmowa z zagorzałym, zamkniętym na „nowe” technikiem jest więc często, tak mam i ja, i wielu innych humanistów, jałowa.
Nie chodzi mi przy tym o deprecjonowanie inżynierii – to niebywale ważna część badań i życia. Problemem jest przekonanie tych, którzy ją uprawiają o jej wszechwiedzy i prymarności. Złośliwie, ale niech będzie, jestem człowiekiem, przywołam słowa Wittgensteina dotyczące jego przyszłości. Anna Arno w najnowszej mikrobiografii filozofa notuje: „(Filozof) oczekiwał że profesor (Bernard Russell, jego mentor – red.) zdecyduje o jego dalszej drodze: Wittgenstein kazał mu zawyrokować, czy jest idiotą i ma się poświęcić inżynierii, czy może jednak jest coś wart i powinien uprawiać filozofię”. Fajne, prawda?
Wracając do rzeczy o których piszę: krzątanina jest tym, co ratuje mnie przed obłędem powtórzeń. Codziennie, analityczne słuchanie muzyki i odsłuchy sprzętów, po kilka godzin, przez tyle lat, to prosta droga do wypalenia. I spłycenia obserwacji. Aby tego uniknąć, wypracowałem zarówno przywołaną metodologię, jak i zdecydowałem się podchodzić do tego małymi krokami. Żadnych wykrzyknień i omdleń. Drobne poprawki, próby, przyglądanie się dźwiękowi w spokoju i bez napięcia. Nie, że obojętnie – dokładnie odwrotnie, z pełnym zaangażowaniem. Ale nie przez krótką chwilę i w szale, a spokojnie, przez dłuższy czas.
Duża w tym rola intuicji. Rzecz przez technosferę nierozumiana, a przez to wyśmiewana, dla chyba wszystkich ludzi mających coś do zaoferowania, w tym większości wynalazców, podstawowa. Intuicja wykazywana zarówno wobec obiektu zainteresowania – kabla, wzmacniacza czy co tam akurat wypakowałem i czym się zajmuję – jak i wobec czytelnika. Bo, ostatecznie, wszystko to ma się sublimować w postaci tekstu. Tekstu, który da czytelnikowi obraz testowanego produktu.
Sięgam po książkę, którą właśnie dzisiaj dostałem na imieniny, zbiór esejów Krystyny Czerni zatytułowany Cisza i zgiełk obrazów. W przedmowie mówi ona o swojej metodzie związanej z opisem malarstwa:
”
W czasie «czynności dochodzeniowych» prowadzę rozpoznanie, szukam pomocy – stąd dużo tu cytatów, konfrontacji z opinią innych. Decydujący jest jednak pierwszy moment: wzruszenie. Dopiero potem przychodzi refleksja i ciekawość: dlaczego właściwie to zrobiło na mnie takie wrażenie? Kolejność jest zawsze taka sama: najpierw ufam intuicji, później szukam motywów dla jej potwierdzenia. I dowiaduję się nierzadko zaskakujących rzeczy. (s. 7)
Do testów można podejść bardzo technicznie i raportować poszczególne cechy odnosząc się do jakiejś, przyjętej przez siebie lub pożyczonej z innych dziedzin krytyki, skali. To zawsze jest porównanie, nie ma czegoś takiego jak „obiektywny punkt odniesienia”, nawet jeśli mówimy o pomiarach (i wcale nie odwołuję się, po raz kolejny, do postmodernizmu).
‖ Właściwy punkt odniesienia daje niezwykły spokój wewnętrzny
Przy odrobinie dobrej woli i dużym doświadczeniu da się spostrzeżenia z odsłuchów zawęzić do zrozumiałego dla wszystkich i dobrze wypozycjonowanego konsensu. To znaczy da się wypracować metodę, która będzie miała powtarzalne wyniki, a te będą zrozumiałe i użyteczne dla czytelników, którzy znają „język” używany w prasie spejalistycznej. Jeszcze prościej: tak aby wiedzieli, czy to produkt dla nich, a jeśli tak, to czego się po nim spodziewać.
Żeby to się udało, żeby się nie znudziło i żeby nie zwariować, że nawiążę do tytułu, konieczny jest dobry słuch – do tego, co jest ważne. Jon Fosse, norweski noblista z 2023 roku, w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” tak mówi o swoim podejściu do rzeczywistości:
”
Nasłuchuję, a potem staram się zapisać to, co usłyszałem. I staram się zrobić to najlepiej, wykorzystując całą moją wiedzę o literaturze i języku. Niemniej kluczowe jest nasłuchiwanie. Podążam za intuicją, przy czym intuicja to coś więcej niż wyczucie języka. Zresztą może „intuicja” to nienajlepsze słowo. Intuicja pochodzi z wewnątrz mnie, a tu mamy do czynienia z czymś innym. Zamiast o intuicji, wolę mówić o konieczności.
⸜ JON FOSSE, WOJCIECH BONOWICZ, To, co piszę, nie pochodzi ze mnie, „Tygodnik Powszechny”, nr 14, 1-7 kwietnia 2026, s. 25.
Testując, opierając się na porównaniach, szukam prawidłowości. To dlatego tak istotny jest system odniesienia, ponieważ to on nadaje testom kształt. W tym sensie, że wszystkie uwagi, określenia, opisy mają sens właśnie w odniesieniu do tego, jak brzmi system referencyjny – SYSTEM MASTER. Staram się, jak najczęściej, pisać o moich wyborach i dźwięku, ponieważ jest to wyjątkowo ważne i pozwala czytelnikom zorientować się, w którym kierunku muszą sami skierować. System odniesienia daje mi wewnętrzny spokój, pewność, kotwiczy mnie w „tu i teraz”. Dlatego tak rzadko się zmienia.
Początkujący audiofil, a każdy audiofil „zaawansowany” był kiedyś początkującym, ma skłonność do przeszacowywania zalet i wad produktów audio. To jak sinusoida o dużym skoku i stromych wznoszeniu. Wykorzystują to szarlatani internetowi, podbijając te emocje i zamieniając je – wraz z algorytmami big-techów – na uwagę i pieniądze. A przecież w większości wypadków dopiero kombinacja zalet i wad daje konkretny wynik i to ten wynik jest ważny, a nie jego składowe.
Co z tego, że kolumny wspaniale czysto grają wysokie tony, jeśli nie mają nasyconego środka? Jakie ma znaczenie, że bas nie jest do końca kontrolowany, kiedy przekaz jest niezwykle „bebechowy” i namacalny, po prostu – wiarygodny? Żeby móc testować przez długi czas konieczne jest więc wyrobienie w sobie umiejętności ogólnego spojrzenia i oceny. To działanie bez pośpiechu, spokojne.
„Nasłuchiwanie” o którym mówił Fose ma w działalności recenzenta także drugi wymiar – w stronę czytelnika. Z czym docieramy do miejsca, w którym muszę się państwu do czegoś przyznać: nie za bardzo interesuje mnie to, co mówią inni. Żeby to, co robię miało sens i spójność w dłuższym przedziale cenowym muszę mieć swoje własne zdanie i się go trzymać. Szukam wszystkich możliwych źródeł informacji, jednak raczej w dziedzinie opisu niż interpretacji. Ale – wszystkich, jakie jestem w stanie znaleźć. A kiedy już je znam, staram się opisać produkt z możliwie wielu stron.
‖ Tego typu zdjęcia znają państwo na pamięć – system „master”, z którego korzystam; daje mi on niezwykły komfort i spokój
Dlatego też piszę długie teksty. Dlatego też korzystam z wielu źródeł. To z tego powodu nie upraszczam przekazu. Staram się, aby był on możliwie bogaty i treściwy. Upraszczanie w znakomitej większości jest bowiem redukcjonizmem, podawaniem pozorów mających sprawiać wrażenie konkretu. Być może właśnie dlatego słyszę, a słyszę to od dnia „zero” i pierwszego tekstu opublikowanego w „High Fidelity”, że piszę „poezję”, że piszę „trudno”, że piszę „dłużyzny”. Rozumiem te emocje, naprawdę. Są one jednak, jak mi się wydaje, chybione. Mówią więcej o ludziach, którzy je eksponują niż o mojej pisaninie.
Mimo to – piszę długie teksty. Zdrowe podejście do tematu wymaga bowiem ode mnie uczciwości – wobec siebie i wobec czytelników. Każe mi traktować ich poważnie, a nie jak przygłupów. Nawet jeśli czegoś nie rozumieją teraz, to – zakładam – zrozumieją kiedyś i wrócą do danego tekstu z wykrzyknieniem: „Aha! – To o to chodziło!”. Upraszczanie przekazu jest, jak dla mnie, idiotyczne i szkodliwe. Tak działa infosfera w internecie, w którym ponad połowa to boty, a druga połowa jest sterowana przez algorytmy. A te dążą z jednej strony do wzbudzania emocji, a z drugiej do namiastki wiedzy. Co prowadzi, w końcu, do spłycania wszystkiego.
To jak z różnicą między informacją i komunikacją. Dominique Wolto w książce pod tytułem Informacja i komunikacja podkreśla, że tylko ta druga jest jakościowa i dotyczy relacji. Autorka artykułu Sukces w epoce zaniku marzeń wyjaśnia to w ten sposób:
”
(Wolton) pokazuje też, jak media systematycznie w trakcie rozwoju technologicznego przesuwały tę granicę w stronę informacyjną. Tym samym przy okazji rzuca nową perspektywę na to, jak można myśleć o sukcesie – w kontekście zarówno przesytu informacyjnego, jak i zaniku komunikacji (…) Podkreślał rolę krytycznego myślenia w kontekście rosnącej dezinformacji (…).
⸜ ANNA CIEPLAK, Sukces w epoce zaniku marzeń, „Znak”, kwiecień 2026, s. 6-7.
Czyli – komunikacja z czytelnikiem, a nie narzucanie mu swojej wizji, rozmowa, a nie monolog. Jak to się ma do tego, co powiedziałem wcześniej? To, że nie bardzo przejmuję się tym, co mówią inni, że mam swoje zdanie, nie przeszkadza mi w słuchaniu i w powolnym, drobnym, krztątaninowym, ale jednak stałym włączaniu uwag i spostrzeżeń czytelników w to, co robię. Nie od razu, nie w całości, ale jednak. Zawsze przy tym z czujnym nasłuchiwaniem tego, co mi mówi intuicja. A ta mówi – wracam do języka testów – że poezja jest najszerszym kanałem komunikacyjnym.
Wymaga wiedzy, wrażliwości i odpowiedniego nastawienia, a przede wszystkim zrozumienia jej języka. Ale to ona, czy też tego typi sposób mówienia, umożliwia najbardziej precyzyjny opis dźwięku. Porównania, metafory, figury retoryczne – to wszystko jest dla mnie ważne. Żeby nie powtarzać w kółko czterech prostych komunikatów, a do tego sprowadziłaby się realizacja postulatów „antypoezji” w języku audio, teksty muszą się od siebie różnić. Mimo że mówią o (niemal) tym samym. Dla mnie byłoby nie do zniesienia, gdybym nie mógł się nimi posługiwać.
‖ Figurą, która z czasem mnie do siebie przekonała jest Mama Muminka; w przeciwieństwie do narcystycznego Włóczykija, naiwnego egoisty Muminka czy nieobecnego duchem Taty Muminka, jest ona ostoją dla wszystkich, co zawdzięcza ciągłej krzątaninie
Poza tym nie będę udawał, że nie umiem czegoś, co umiem i że nie wiem o czymś o czym wiem. Mam konkretne wykształcenie, wrażliwość i wiedzę. Podstawowa uczciwość wobec czytelników wymaga, abym do nich sięgał. Udawanie przed państwem „prostaczka”, „swojego chłopa”, „może prostego, ale fajnego” mogłoby się przełożyć na większe zasięgi, byłoby jednak obraźliwe, a dla mnie osobiście niezwykle męczące. Sięganie po duże nazwiska, zjawiska i poglądy ma służyć lepszemu zrozumieniu tego, o czym piszę – to nie jest ćwiczenie z erudycji. Nie robię tego.
Test jest więc dla mnie, podsumowując to, co napisałem, spotkaniem z nieznanym. Za każdym razem równie ekscytującym, za każdym razem innym, a przecież tak do siebie podobnym. Podchodzę do tego metodycznie, ze spokojem, nie oglądając się na nikogo. A jednocześnie otwierając szeroko oczy i uszy na to, co ludzie mają do powiedzenia. Kieruję się wiedzą, intuicją i ciągle się uczę. Sięgam po cytaty, aby każdy mógł sam sprawdzić, czy „dobrze prawię”. Nie udaję kogoś, kim nie jestem. Szanuję czytelników i siebie. Krzątam się.
»«
I TAK TO JEST z moim testowaniem. Robimy to tyle lat tylko dlatego, że czujemy po drugiej stronie ekranu ludzi życzliwych oraz kibicujących nam w naszych staraniach. Dziękujemy pięknie wam wszystkim za ostatnie dwadzieścia dwa lata, prosimy o kolejne. Mamy nadzieję, że audio jest dla państwa wciąż równie pasjonujące i zaskakujące jak dla nas i że daje wam równie wiele radości. DZIĘKUJEMY. ‖ WP
WOJCIECH PACUŁA
redaktor naczelny
|