pl | en

No. 100 sierpień 2012

SETKA DLA WSZYSTKICH!!!

Setka po raz pierwszy
Pisze - Jaromir Waszczyszyn

„Setka” ma swoje poczesne miejsce w kulturze, zwłaszcza słowiańskiej. Jesteśmy chyba jedynym narodem, dla którego 5 x 100 gram to jest pół litra, a nie pół kilo. „Szefuniu, jeszcze jedną setkę poproszę” niejednokrotnie było jedyną skuteczną komendą uśmierzającą ból istnienia.

Oczywiście, jako cywilizowani Europejczycy możemy wszystko kłaść na karb systemu liczbowego, w którym żyjemy. 10 czy 1000 to dla nas okrągłą liczba (tylko informatyk pożycza nie 1000 zł, ale 1024 dla równego rachunku ). Najlepszym przykładem takiego magicznego liczenia był rok 2000, przepowiadany jako zagłada cywilizacji poprzez fatalną zmianę daty w systemach komputerowych. Ile szkoleń, badań, okopów, programów „antymilenijnych” i nic. 2000 istnieje wyłącznie w naszej wyobraźni.

„Setka” jest jednak liczbą szczególną, jest bowiem progiem, którego niełatwo przeskoczyć. Przecież „Sto lat!” życzymy większości jubilatom – tylko niewielu wiek ten udaje się osiągnąć. Setka na drodze też jest osiągnięciem sporym – dla każdego kierowcy moment szczególnej emocji, zwłaszcza osiąganej pojazdem z epoki minionej, na drodze powiatowej numer dwieście siedem. Niedowiarków odsyłam do „Octavia leti setku”, zwłaszcza w wersji oryginalnej. Dystans 100 mil też wydawał się gigantyczny, szczególnie po drodze bitej, wysypanej poniemieckimi gwoździami, bez wymiany koła zapasowego. Stąd „Stomil” przenosił nabywcę produktu przemysłu gumowego w krainę jakże niedoścignionej trwałości.

„Setka” jest progiem, z którego widać bezapelacyjnie, jak ważny był jakiś wynalazek dla całej cywilizacji. 100 lat samochodu, samolotu, telefonu uświadamiało nam wpływ tych innowacji na nasze codzienne życie. Dla nas, rasowych audiofilów właśnie minęło 100 lat triody i płyty gramofonowej. Bez tego muzyka pozostałaby wyłącznie domeną chwili bieżącej i ograniczonego audytorium. Czy Marconi, Lee de Forest, Berliner przypuszczali, że ich wynalazki dadzą czwórce kudłatych wyrostków z Liverpoolu większą popularność od Jezusa? Z ich Iskry Bożej korzysta też nota bene frakcja przeciwna, równie pokudłacona , życząca Rodakom, aby z kolei Jezus był chętniej słuchany od Madonny.

„Setka” dla wydawnictw ma inną prędkość. Stu lat dożywają tylko nieliczne czasopisma i to w formie zmumifikowanej. Tutaj atutem jest błyskawiczne reagowanie na rzeczywistość. Setny numer „Gazety Wyborczej” obwieszczał, że demokracja w Rzeczypospolitej jest nieodwołalna, setny numer „Byte” na trwałe zagnieździł komputery pod strzechą.

Tak więc moi mili, setne wydanie „High Fidelity” to jest okazja do świętowania. Śledzik, grzybki, wódeczka mierzona setkami, okolicznościowe wystąpienia delegatów, laurki i akademia ku czci odbędą się w formie nieco innej, choć całkiem przyjemnej. Pewnie spotkamy się w gronie wiernych Rycerzy Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego przy lampce wina, kilku płytach i kontrowersyjnym temacie (kable głośnikowe układane wschód-zachód versus północ-południe). Życzeń bez liku, w formie słownej, pisanej i czytanej.
Bardziej istotne jest to, czym dla polskiego (a i światowego) środowiska audio maniaków jest "High Fidelity"? Jak ważne? Chyba jest z nim tak jak z radiem - ano spróbujmy sobie wyobrazić, że go nie ma...

Z najlepszymi życzeniami,
Jarek Waszczyszyn – Ancient Audio

Setka po raz drugi
Pisze - Wojciech Pacuła

Okrągłe rocznice były, są i będą. I będą też celebrowane. To po prostu okazja do przypomnienia sobie jak to, czy tamto się zaczęło, dlaczego, kto i gdzie. Żeby miały sens muszą też przyglądać się przyszłości, inaczej będą celebrowała swój własny uwiąd.
Setny numer wydania każdego magazynu (nie gazety codziennej, bo to żadne osiągnięcie...) jest czymś szczególnym. Oznacza bowiem, że pismo działa od ponad ośmiu lat - jeśli jest miesięcznikiem - i że najwyraźniej znalazło swoje miejsce na rynku. Jeśli się przy tym wciąż rozwija, a nie walczy desperacko o przetrwanie, tym większe powody do radości.

Patrzę na "High Fidelity" jak na swoje dziecko, powołane do życia wbrew wszystkiemu, co się działo dookoła, na bazie osobistego przekonania, że warto i że pismo w Sieci ma sens. Dziewięć lat temu wcale nie było to takie pewne, a w Polsce w ogóle nie do pomyślenia.
Pismo powstało z inspiracji mojej żony. W połowie 2003 roku, widząc, że nie mam zbyt wiele do roboty, że pisanie do "Audio", do którego właśnie przeszedłem zajmuje mi znacznie mniej czasu niż pisanie do mojego poprzedniego magazynu audio, chorzowskiego "Sound & Vision", rzuciła kiedyś, że może bym zrobił coś w Necie. Do dziś nie wiadomo na pewno, skąd jej się to wzięło - żona utrzymuje, że to Duch Święty, że natchnienie, ja skłaniam się do inspiracji "Gazetą Wyborczą" i cyklem artykułów - jak się wówczas wydawało - futurystycznych... Jakby nie było, ziarno zostało posiane.
I tu zaczęły się schody. Żadna z osób, z którymi rozmawiałem, ani graficy, ani programiści nie wiedzieli o czym do nich mówię. Choć pokazywałem im amerykańskie, także w tym czasie startujące pisma internetowe, nie rozumieli, czym różnią się od siebie portal, wortal i pismo. Nie wiedzieli też, jak to ma wyglądać. Mimo że precyzyjnie, tak mi się przynajmniej z perspektywy czasu wydaje, wykładałem im o co mi chodzi.
Zajęło mi dłuższą chwilę, zanim znalazłem kogoś, kto w ogóle się podjął ryzyka przygotowania layoutu, loga, kto spróbował wykombinować, jak to ma wyglądać. Marcin Chmura okazał się upartym człowiekiem i po kilku miesiącach przyniósł mi pierwszy obraz tego, jak mogłoby to wyglądać. Ale zajęło nam dalsze kilka miesięcy dopracowanie czegoś, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się banalnie proste. Z pierwszym numerem "High Fidelity" wystartowaliśmy 1. kwietnia 2004 roku, z premedytacją wbijając się w dzień Prima Aprilis.

"High Fidelity" miało się różnić od tego, co było wówczas w sieci. Od początku, tak to sobie wymyśliłem, miało być PISMEM, MAGAZYNEM, MIESIĘCZNIKIEM. Wybijam to wersalikami, bo do dziś nie wszyscy rozumieją, że to po prostu magazyn, taki sam, jak drukowane, tyle że wydawany w Internecie. Tak zresztą mam napisane na decyzji o rejestracji pisma, jaka wydał Krakowski Sąd Okręgowy, ze zgodą na wydawanie i dystrybuowanie pisma w Internecie, a także na ew. jego druk.
Początki były więcej niż skromne i bardzo hobbystyczne. Zajęło mi ponad rok, zanim pismo zaczęło na siebie zarabiać, tj. na grafika i utrzymanie serwera, domeny itp. Z domeną to zresztą osobna sprawa - tytuł wymyśliłem w 2003 roku, chcąc nawiązać do pięknej tradycji amerykańskiego pisma "High Fidelity", wydawanego w od kwietnia 1951 roku do lipca 1989. Pismo następnie - co za bezsens! - zmieniło tytuł na "Stereo Review", a następnie na "Sound and Vision". Jakby nie było, tradycje były wspaniałe. Jakie było więc moje zaskoczenie, kiedy szukając domeny okazało się, że www.highfidelity.pl jest wolne! A mogłoby się wydawać, że wszystkie tego typu domeny powinny być dawno wykupione.
Do innych rzeczy trzeba było czasu, np. do pomysłu na pierwszą okładkę, która ukazała się wraz z numerem 12. w kwietniu 2005 roku, a więc w pierwszą rocznicę powstania pisma. Bo okładka w Internecie właściwie nie funkcjonuje. Stosują ją pisma internetowe wydawane w formie złożonego pdf-u, jak (dla mnie mistrzowskie jeśli chodzi o layout, grafikę itp.), amerykańskie "TONEAudio", które wydało właśnie swój 47. numer, jednak pisma wydawane tak, jak "High Fidelity" już nie. I choć nie wiem, jak to odbierają czytelnicy, to mnie to bawi, okładka wciąż jest dla mnie bardzo ważną, integralną częścią pisma.

Jak mówię, od początku miało to być pismo, wydawane w cyklu miesięcznym. Miesiąc to jednak bardzo długi okres, szczególnie w Internecie, dlatego zdecydowaliśmy, że wstępniak, spis treści i część artykułów będą publikowane 1. każdego miesiąca, a reszta artykułów 16. Okazało się to dobrym pomysłem, choć przez wiele lat ludzie na początku każdego miesiąca pisali maile z zapytaniem, dlaczego część artykułów im się nie otwiera...
Marcin Chmura, który nie mieszkał w Krakowie, szybko zdobył wiele różnych zleceń i "High Fidelity" zaczęło mu ciążyć, tj. zajmowało zbyt wiele czasu. Nie pamiętam, kiedy to było, ale chyba gdzieś koło 2006 roku, kiedy dołączył do nas Bartosz Łuczak, zakładający właśnie wtedy swoją własną firmę Piksel Studio. I okazał się współpracownikiem, o jakim inni mogą tylko pomarzyć. To on jest autorem obecnego wygładu pisma, z 2009 roku.
W ogóle uważam, że mam szczęście do ludzi. Nie jest tak sielankowo, jak będzie - jak zakładam - w Raju, ale jest lepiej niż bardzo dobrze. Bo przecież dobrze trafiłem także z pierwszym autorem poza mną publikującym w magazynie, Krzyśkiem Kalinkowskim, a także z drugim w kolejności, piszącym do dzisiaj Markiem Dybą, dziennikarzem polskiej edycji drukowanego magazynu "Hi-Fi Choice". Dodam, że Krzysiek był też pierwszym tłumaczem w piśmie. Potem dołączył do niego Marek, a następnie jego obowiązki przejął Andrzej Dziadowiec, który się tym zajmuje do tej pory.

Kolejny ruch do przodu był możliwy właśnie dzięki Bartkowi - 1. października 2006 roku opublikowaliśmy pierwszy numer "High Fidelity" w języku angielskim (czytaj w Archiwum). Od początku miałem bowiem takie przekonanie, że zamykanie się na własnym podwórku nie ma sensu, że audio nie zna granic i że nawet kanały dystrybucyjne sprzętu audio, narodowe kanały, prędzej czy później będą musiały ulec modyfikacji. I że to, czego pisma drukowane nie są w stanie zrobić, pismo internetowe jak najbardziej.
Jak się okazuje, miałem rację - dopiero obecność na światowym rynku audio dała "High Fidelity" pozycję, jaką ma dzisiaj. Obserwuję z przykrością, że pismo jest znacznie lepiej znane poza Polską. Nie, żeby u nas było źle, sami wiecie, jak to wygląda, nie ma potrzeby się chwalić, ale jadąc, dla przykładu, do Monachium na wystawę High End widzę to w reakcjach ludzi na moją plakietkę, moją twarz, na polski język. Potwierdza to zresztą statystyka wejść - w tej chwili więcej niż połowa z 35 000 czytelników HF to ludzie zza granicy, z całego świata. Nie ma chyba kraju, poza Chinami, nie mam pojęcia dlaczego, z którego nie mielibyśmy regularnych czytelników.
Polska pozostaje jednak dla mnie numerem jeden - ostatecznie stąd jesteśmy i tutaj mieszkamy, płacimy podatki itp. I wydaje się, że owa popularność i zainteresowanie, jakie wzbudzamy za granicą, wraca do nas wzmocnione przez polskich czytelników, dystrybutorów, producentów.

Pomaga temu, naprawdę pomaga!, obecność "High Fidelity" w magazynie "6moons.com". Nie pamiętam dokładnie, jak to się zaczęło, ani kiedy, ale musiało to być gdzieś po 2008 roku. Chyba po prostu napisałem do Srajana Ebaena, naczelnego tego pisma, wówczas mieszkającego na Cyprze, przedstawiając siebie i pismo i pytając o możliwość współpracy. Srajan od razu się zgodził, za co mu jestem ogromnie wdzięczny.

Ustaliliśmy, że co miesiąc wybrane przez niego artykuły będą się ukazywały także u niego, w ramach "syndykatu" (wywiad ze Srajanem do poczytania TUTAJ). To był dla nas ogromny skok! "6moons.com" miało wówczas ponad 100 000 czytelników i niemal 1 000 000 wejść (teraz to, odpowiednio, 250 000 i 2 000 000), co wyniosło nas w zupełnie nowe rejony i pozwoliło, tak naprawdę dopiero wtedy, zaistnieć na międzynarodowym rynku wydawniczym. Odbyło się to też z korzyścią dla samych produktów i ich producentów - decydując się na test w HF dostają na pewno jeden test, w języku polskim, bardzo prawdopodobne, że także w języku angielskim (ze względów finansowych jesteśmy w stanie tłumaczyć 6-7 artykułów miesięcznie) i prawdopodobne, że w "6moons.com" - trzy w jednym, czy to nie więcej niż COŚ?

Wróćmy jednak do Domu. Jak się okazało, jednym z ważniejszych punktów na mapie "High Fidelity" okazały się sprawozdania ze spotkań Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego. Patrząc do Archiwum spotkań, a jeszcze lepiej do spisu umieszczonego w sprawozdaniu z #80 pt. Gerhard Hirt i jego S-3 (Ayon Audio) nietrudno zauważyć, że artykuły z krakowskich spotkań zaczęły sie pojawiać na łamach HF dopiero od #30 (było to spotkanie poświęcone kolumnom Nuvo firmy Eryk S. Concept, czytaj TUTAJ). Jak widać, nie nazywało się to jeszcze nawet 'Krakowskie Towarzystwo Soniczne', nazwę wymyśliłem dopiero jakiś czas później, a było po prostu sprawozdaniem ze spotkania, choć przeprowadzonego ze wszystkimi szykanami, co późniejsze.
Skąd się w ogóle wziął taki pomysł? Nie wiem, czy jeszcze państwo pamiętają cykl artykułów pisanych przeze mnie do "Audio", wydawanych pod wspólnym tytułem "Audioszołek"? Nazwę wymyślił Andrzej Kisiel, naczelny "Audio", a spotkania miały skanalizować to, o czym od jakiegoś czasu z nim mówiłem, moją wewnętrzną potrzebę przeprowadzania spotkań, w czasie których można by cie pochylić nad jakimś zagadnieniem, pośmiać się wspólnie, porozmawiać, posłuchać muzyki, napić wina, czy piwa. Ładnie się to wszystko rozwijało, "Audioszołki" regularnie pojawiały się na łamach pisma. Ponieważ wszystko się jednak kiedyś kończy, jakoś samo z siebie wyszło tak, że wydawca "Audio" przestał być nimi zainteresowany.
Ale przecież miałem już zgraną załogę, wyćwiczony tryb postępowania (metodologię), szkoda by to było tak zostawiać. Postanowiłem więc, że będziemy to kontynuować. I tak było. Spotkania odbywały się raz, dwa razy w miesiącu, choć już bez zdjęć, bez myśli o publikacji. Aż do spotkania z Erykiem. Pomyślałem wówczas, że czemu by nie opisać tego na łamach HF? A nuż to kogoś zainteresuje... Reszta jest historią - wymyśliłem nazwę, policzyłem, która to była z kolei impreza po zaprzestaniu publikacji "Audioszołków" i poszło...
Niedługo bedzie 85. relacja KTS-u, łatwo więc wyliczyć, że za niecałe dwa lata będziemy mieli kolejną "setkę", która zbiegnie się jakoś tak z 10-leciem istnienia "High Fidelity". A zaczęło się od pomysłu mojej żony...

Cóż można jeszcze dodać? O polityce pisma wielokrotnie mówiłem, powtórzę więc tylko, że sami wybieramy urządzenia do testu, a jeśli się nie sprawdzają, to je odsyłamy bez testowania. Zdarza sie to zaskakująco często. Taki podwójny filtr pozwala nam wydobyć z rynku to, co najciekawsze, pod czym możemy sie podpisać. Nie testuję słabszych rzeczy, bo mnie to nudzi. Audio zająłem się z pasji, a nie po to, żeby zaciskać zęby... Myślę, że podobnymi przesłankami kieruje się Marek Dyba.
Bo muzyka i jej perfekcyjne odtworzenie to nasza miłość, to coś, co nas nakręca, co daje energię do życia. Można więc mówić o błogosławieństwie, dzięki któremu robię to, co kocham i w dodatku mi za to płacą. To układ idealny. Poznaję fantastycznych ludzi, uczę się, słucham muzyki. Jest pięknie...

A co w przyszłości? Tego nikt nie wie na pewno. Osiem lat naszej działalności pokazuje, że Sieć to kierunek, w którym wszyscy zmierzają. Że choć fizyczny obiekt wciąż jest czymś pożądanym - sam czytam kilka drukowanych pism audio miesięcznie, z czego bardzo się cieszę (a tak przy okazji - w lipcu nastąpiła zmiana właściciela, najstarszego polskiego pisma audio, "Audio - Video". Od września pismo będzie wydawane przez firmę Audio-Project, której właścicielem jest Filip Kulpa, wieloletni naczelny AV. Filipie - życzę wszystkiego dobrego!!!) - to jednak informacji ludzie szukają w Internecie. I kropka.
Co jeszcze? Ano 1. lipca rozpoczęła się moja współpraca z kolejnym gigantem internetowego audio, a mianowicie amerykańskim magazynem "Enjoy the Music.com", gdzie będę publikował oryginalne (wcześniej nigdzie nie publikowane) testy polskich urządzeń. Na pierwszy ogień poszła platforma firmy PAB, do poczytania TUTAJ. Pismo to ma podobny zasięg, jak "6moons.com", tj. około 250 000 czytelników, choć ma nieco inny profil - zainteresowanych odsyłam do wywiadu z naczelnym pisma, Stevenem Rochlinem TUTAJ. Rozmawiam też z jeszcze innym wydawcą, ale co z tego wyjdzie - w tej chwili trudno powiedzieć.

Mam nadzieję, że to krótkie przypomnienie kim jesteśmy i skąd pochodzimy spodobało się państwu, że przeczytaliście coś nowego, czego wcześniej nie wiedzieliście. Chciałbym z całego serca wszystkim Wam podziękować za wsparcie w ciągu tych wszystkich lat, za pomoc, za dobre słowa. Jak zwykle, proszę o jak najczęstsze klikanie na banery reklamodawców, na zapoznawanie się z ich ofertą itp., bo to nie są utrapione muchy, ale państwa i nasi dobrodzieje, że tak powiem. Pismo nie jest bowiem bezpłatne - to Wy nic nie płacicie, płacą za nie reklamodawcy. Jeżeli mógłbym was o cos prosić, to o drobną wdzięczność w stosunku do nich - wystarczy kliknąć i już... Bo przecież nie wiadomo, jak to się wszystko skończy - w Internecie mamy do czynienia z kolejną rewolucją, a obecne trendy wskazują, że duża część materiałów w nim zawartych, materiałów prasowych, będzie płatna. Czy to się uda - nie wiem. Chciałbym jednak, żeby "High Fidelity" jak najdłużej, jeśli nie zawsze, pozostało pismem dla państwa dostępnym za darmo. Do tego potrzebni są jednak, muszę do tego wrócić, reklamodawcy.
Chciałbym podziękować tym samym Wam wszystkim - czytelnikom, współpracownikom, sympatykom, producentom, dystrybutorom, salonom audio, reklamodawcom, za te 100 wydań. Myślę, że z tego, co udało się nam w tym czasie zrobić możemy być wszyscy dumni!!! I mam takie wewnętrzne przekonanie, że to dopiero początek, że dopiero teraz zaczyna się prawdziwe życie!

Wojciech Pacuła
redaktor naczelny

Setka po raz trzeci
Pisze - Jakob Gorski

Essen, 24. lipiec 2012

Szanowny Panie Wojciechu!
Szanowna redakcjo "High Fidelity" highfidelity.pl!

W przeddzień ukazania się 100. numeru
waszego wspaniałego magazynu składam
całemu zespołowi
podziękowania za dzielenie się z nami
posiadaną wiedzą techniczną, za wyrozumiałość
w odpowiedziach na niejednokrotnie powtarzające się pytania,
a przede wszystkim za dzielenie się z nami miłością do muzyki.

Proszę nie zrażać się - na szczęście chyba nielicznymi-
złośliwymi, osobistymi przytykami w wypowiedziach z Polski
czy z zagranicy.
Przyznaję, że to przykre, ale Waszą wiedzą udowadniacie
stale swoją wyższość. Tak trzymać!

Na dalsze, przynajmniej, 100 wydań "High Fidelity" życzę wiele
pomyślności w waszej pracy oraz szczęścia w życiu osobistym.

Z górniczym pozdrowieniem Glückauf
z dalekiej Nordrhein Westfalen
Jakob Gorski



Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia enjoythemusic linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM