pl | en

No. 126 październik 2014

MUSIC ON VINYL
Jak czarna płyta podbiła świat

BACK IN BLACK

łyta winylowa na dobre wróciła. Jeśli ktoś tego jeszcze nie zauważył, to najwyraźniej kompletnie nie interesuje się muzyką, nic nie wie o młodych ludziach, nie zwraca uwagi na zmiany w designie ani nie rozumie zmian zachodzących w społeczeństwie. Jednym słowem: jest kompletnie odłączony od tego, co „tu i teraz”. Co więcej, nie kultywując jednocześnie przeszłości. Bo płatek winylu jest mostem pomiędzy „starym” i „nowym”; z jednej strony jest artefaktem przeszłości, związanym z nostalgią za „lepszym”, a z drugiej ultranowoczesnym odbiciem nurtów muzycznych, płynących obok głównego, ale też wyraźnie odrębnych.

Dla świadomego, doświadczonego audiofila sprawa jest jasna: topowe gramofony to wciąż najlepszy sposób odtwarzania muzyki w warunkach domowych. Jeszcze lepszy jest magnetofon szpulowy, ale tylko jeśli mamy dostęp do taśm będących kopiami niskich generacji taśmy-matki. Przegrywanie na taśmę materiału z płyty LP, a tym bardziej CD, nie ma żadnego sensu. Nawet transfer z pliku DSD jest dla mnie wątpliwy. Uważam, że nagrania powinny być odtwarzane w formacie, w którym zostały zarejestrowane. Może to idealistyczne podejście, ale trudno, audiofilizm to idealizm w czystej postaci.

W rezurekcji winylu najważniejszą rolę odegrali DJ-e, czyli część mainstreamu (nawet jeśli uważają inaczej). To oni obudzili w młodych ludziach świadomość „analogowego brzmienia”, kojarzonego powszechnie z „ciepłym”, „ludzkim”, „miękkim”, „przyjemnym” dźwiękiem. To nie są określenia z prasy branżowej audio, a z gazet i radia, słyszę je za każdym razem, kiedy o „nowym” medium wypowiadają się muzycy. Od razu wiadomo, że nie mają pojęcia o tym, o ile więcej winyl daje, ale kierunek jest dobry, intencje szlachetne. To ważne, ponieważ są oni kreatorami mody, z którą mamy w tym momencie do czynienia, mody na „czarną płytę”.

Warto o tym pamiętać, kiedy słuchamy wypasionych, wypieszczonych reedycji winylowych z takich firm, jak Analogue Productions, Mobile Fidelity, Audio Fidelity, ORG (Original Recordings Group), Pure Pleasure Records i innych, mniejszych wydawnictw. To nie one stoją za znaczącą większością sprzedanych płyt, są – jak cała nasza branża – firmami perfekcjonistycznymi i jako takie działają w niszy. Stanowią one punkt odniesienia, to jasne, wyznaczają kierunki i pokazują, co da się zrobić. Przytłaczającą większość płyt, które kupują obecnie melomani, młodzi ludzie i nostalgicznie nastawione „starszaki”, przygotowują jednak duże firmy, które jeszcze do niedawna uważały, że sprzedać można tylko i wyłącznie nośniki cyfrowe.

MUSIC ON VINYL

Będąc wczoraj w Saturnie, wielkopowierzchniowym sklepie RTV z działami: komputerowym, z książkami, grami komputerowymi, patelniami i miniwieżami, przebiegłem palcami po okazałym, zajmującym sporo miejsca regale, na którym wyeksponowano płyty winylowe. To miejsce, w którym można znaleźć najwięcej tytułów, nawet z tak limitowanych edycji, jak te przygotowywane specjalnie na Record Store Day. Obecność czarnej płyty w sklepie nastawionym na masową, szybką sprzedaż w niskich cenach jest dla mnie absolutnym fenomenem. Nie chodzi przecież o ukryte wstydliwie koperty z niemodną technologią, a stanowiące perłę w koronie, prestiżowe stanowisko, definiujące cały dział muzyczny. W czasach, w których półki na płyty CD skracają się z każdym dniem w tempie wykładniczym, to rzecz wręcz niebywała.
Jeśli przypatrzymy się bliżej wystawionym tam płytom, zobaczymy, iż większość z nich nosi nalepkę „Music on Vinyl”. Nieznana w „złotych latach” analogu marka jest obecnie jednym z największych na świecie, jeśli nie największym, dostarczycielem i promotorem czarnych płyt.

Historia zaczyna się w połowie lat 50. Jak w książce Passion For Vinyl pisze Robert Haagasma, bracia Casper i Will Slinger byli miłośnikami jazzu. Zazwyczaj kupowali swoje płyty w sklepie płytowym Glorie, w starym centrum Amsterdamu. To tam zaprzyjaźnili się z pracującym w sklepie Johnem Visem. W wyniku ich rozmów powstał pomysł, aby wystartować ze swoją własną firmą wydawniczą. Artone wystartowała w 1956 roku, ze sloganem „C’est l’Artone qui fait musique”, czyli (w wolnym tłumaczeniu) „(Ar)tone robi muzykę”. Początkowo płyty tłoczone były w Niemczech, jednak pod koniec lat 50. wybudowano własną tłocznię.

W połowie lat 60., w dużej mierze dzięki zatrudnionemu do zarządzania wytwórnią Peterowi Bouwersowi, firma gwałtownie się rozrosła i oprócz lokalnych artystów zaczęła wydawać również muzyków zza Wielkiej Wody. Została wówczas największą niezależną wytwornią w Holandii. Artone pozyskała licencje od ABC Paramount, Cameo-Parkway, Hickory, Chess, Motown, Reprise, Roulette i CBS Records. Miała więc w swoim portfolio zarówno małe firmy, jak i gigantów. Kiedy w 1966 roku kupiono własną drukarnię, można było całą produkcję wykonać pod jednym „dachem”.

To były czasy, w których CBS Records rosło w siłę. Naturalnym ruchem było więc wykupienie udziałów w Artone, do czego doszło w 1966 roku. Trzy lata później ten gigant, wydający m.in. Boba Dylana, The Byrds, Janis Joplin, Simona & Garfunkela i innych, wykupił Artone na własność. Artone pozostała nazwą wytwórni (nie firmy wydawniczej), jednak zniknęła ona z radarów w latach 70. W latach tych firma doświadczyła kolejnego potężnego wzrostu, miała nawet swoją własną flotę ciężarówek. W tym samym czasie tłocznię w Haarlem, dzielnicy Amsterdamu, w której Artone miało swoją siedzibę, wybrano na „najlepszego producenta CBS w Europie”. W krótkim czasie okazała się najlepszym producentem płyt CBS w ogóle, wyprzedzając dwie tłocznie w USA i, bardzo trudną do pobicia, tłocznię w Japonii.

Późne lata 70., dzięki takim artystom, jak Miles Davis, Paul Simon, Neil Diamond, a lata 80. dzięki Bruce’owi Springsteenowi i Michaelowi Jacksonowi okazały się dla holenderskiej filii CBS, noszącej wówczas nazwę CBS Grammofoonplaten, jeszcze lepsze. Album Thriller Jacksona sprzedał się w niewyobrażalnej dzisiaj liczbie 110 milionów egzemplarzy, z czego 35 milionów wytłoczono w Haarlemie. Tłocznia wysyłała wówczas w świat około 50 000 000 krążków rocznie. Lata prosperity zakończyło pojawienie się płyty CD. Choć nie od razu było to widoczne i początkowo wielu nie wierzyło, że format ten zdobędzie szersze uznanie.

W 1988 roku firmę CBS kupił Japoński koncern Sony. Jak pisze Robert Haagasma, chodziło nie tylko o zmianę loga na płytach. Nowy właściciel był przecież współwłaścicielem patentu na Compact Disc. Peter Bouwens mówi, że oczywiste dla niego było, że dawna Artone zacznie tłoczyć płyty CD. Zmiana wydawała się naturalna i nieunikniona.
W tym momencie zdarzyła się jednak rzecz trudna do przewidzenia – zdarzył się Austriak, Otto Zich, mający dobre kontakty z lokalnymi władzami, który w tym czasie kilkakrotnie podróżował do Japonii, aby przekonać Sony, że tylko on jest w stanie zapewnić tłoczenie płyt cyfrowych na najwyższym poziomie. Sprawa rozegrała się błyskawicznie. Za opcją „austriacką” głosował amerykański przedstawiciel Sony w USA, Dick Asher, zaś opcję „holenderską” popierał przedstawiciel firmy w Europie, Bob Summer.
Na spotkaniu z zarządem Sony Bob pojawił się z pustymi rękami, bo zapomniał kontraktu, pokładając zaufanie w wartości, jaką stanowiła potężna, doświadczona firma wydawnicza. Z kolei Dick przyjechał z gotowym kontraktem i – jak się później okazało – „dziurą w ziemi”: nie miał ani miejsca, ani ludzi, ani tym bardziej doświadczenia w tłoczeniu płyt. Dyrektorzy Sony szybko podjęli decyzję i dali klucze do swojego skarbca człowiekowi, który był przygotowany do podpisania kontraktu tu i teraz. I nie zawiedli się. Otto okazał się znakomitym przedsiębiorcą i prowadzona przez niego firma szybko rozwinęła się w największą tłocznię tego typu w Europie i jedną z największych na świecie. Do dzisiaj większość srebrnych dysków, jak i płyt SACD, pochodzi z Austrii, wystarczy sprawdzić laserunek na wewnętrznej stronie krążka. A dawny Artone został skazany na upadek.

W latach 90. Sony nie wiedziała, co zrobić ze swoją holenderską tłocznią. I tak, jak wcześniej nieszczęściem zdarzył się Otto Zich, tak wówczas na szczęście przydarzył się (to od: „dar”) Tom Vermeulen, jeden z największych odbiorców tłoczonych w Haarlemie płyt. Wraz z Marcelem Nothdurfem i Omca Vastgoedem w 1998 roku podpisali z Sony kontrakt i stali się właścicielami całej wytwórni. I tak, 1 czerwca 1998 roku narodziła się firma Record Industry.
Założenie firmy związanej z winylem wydawało się wówczas bezsensownym pomysłem, wszystko wskazywało bowiem na to, że CD będzie jedynym formatem konsumenckim. W Passion for Vinyl czytamy jednak, że Ton Vermeulen miał w rękawie asa – w kontrakcie firma Sony zobowiązała się, że swoje czarne płyty będzie tłoczyła w Amsterdamie. Miał też przekonanie co do tego, że sprzedaż będzie rosnąć, dokładnie odwrotnie niż przedstawiciele Sony. W wydawanym przez siebie corocznym sprawozdaniu koncern przewidywał, że w 2000 roku można będzie sprzedać na całym świecie jakieś 10 milionów czarnych płyt. W rzeczywistości sprzedano ich od 200 do 250 milionów (w zależności od źródła). Czarny krążek został bowiem uratowany przez DJ-ów i 12” płyty EP.

I wszystko było dobrze, holenderska tłocznia spokojnie sobie pracowała. Niestety, po jakimś czasie część świata klubowego przeszła na pliki, a produkcja winyli zaczęła maleć. Nie załamało to jednak właścicieli RI. Po kilku słabszych latach Ton wraz z holenderskim dystrybutorem Bertusem otwarli w roku 2008 w ramach Records Industries swoją własną wytwórnię o nazwie Music For Vinyl wierząc, że to jest odpowiedź na ich potrzeby. Założenie własnej firmy wydawniczej okazało się strzałem w dziesiątkę, w sam jej środek, i spowodowało lawinowy wzrost zamówień dla tłoczni.

Firma od początku nastawiona była na wydawanie reedycji płyt Sony Music, Universal, Warner i kilku innych. Tłoczenie odbywa się na maszynach mających nieraz kilkadziesiąt lat, utrzymywanych jednak w dobrej kondycji. Płyty ukazują się w kilku seriach, takich jak: „Classic Album”, “Available For The First Time On Vinyl”, „Exclusively Remastered”, jak i „New Album” – to nagrywane współcześnie płyty, których winylowa edycja ukazuje się równocześnie z cyfrową. Oprócz klasycznych czarnych płyt, Music On Vinyl proponuje również tłoczenia na kolorowym winylu i przezroczyste. Wydawane są również limitowane, indywidualnie numerowane edycje dla kolekcjonerów.

Niewielkie, specjalistyczne firmy zajmujące się reedycjami klasycznych albumów, o których mówiłem na początku, to sól tej ziemi. Proponują perfekcyjnie przygotowane, fantastycznie brzmiące płyty, które od lat dostępne są za dziesiątki i tysiące dolarów np. na ebayu. To jednak kropla w morzu potrzeb i kosztowny sposób na utrzymywanie pasji, jaką jest słuchanie muzyki z czarnych krążków.
Music On Vinyl proponuje coś nieporównywalnie większego, a mianowicie podtrzymanie całej branży. Liczba oferowanych przez nią płyt jest ogromna, a ich ceny nie są wygórowane. Żeby móc coś takiego robić, trzeba zrezygnować z rzeczy, które są dla wytwórni podstawą, trzeba korzystać z gotowych remasterów, tłoczyć z plików cyfrowych, mniejszą uwagę zwracać na perfekcyjną zgodność okładki i wklejki z oryginałem. Skala, o jakiej mówimy, nie pozwala jednak na nic innego. Takie życie.

W Passion For Vinyl, z której czerpałem pełnymi rękami, Robert Haagsma zajął się uhonorowaniem firmy Record Industry; książkę recenzowałem TUTAJ. Chcąc ją przybliżyć czytelnikom „High Fidelity”, zadałem Robertowi kilka pytań, na które odpowiedzi znajdą państwo poniżej. Dopełnieniem tej historii są też wywiady z Anouki Rijnders i Erikiem Guillotem, odpowiednio: szefową sprzedaży w Music On Vinyl oraz szefem marketingu w Record Industry. Kodę tworzą recenzje kilku wybranych płyt, pochodzących z różnych serii, oraz Drugim okiem, opinia na temat reedycji płyty Alan Parsons Project, pióra Bartka Pacuły, 20-latka, przedstawiciela młodego pokolenia.

www.recordindustry.com



ROBERT HAAGSMA | Passion For Vinyl
Redaktor, autor

Skąd ci przyszło do głowy, że winyl może być interesującym tematem?
W ostatnich kilku latach obserwujemy comeback winylu. I całkowicie rozumiem, dlaczego. Wiele rzeczy straciło widzialną powłokę, ze względu na downloading: książki, filmy i muzyka. Wciąż jest jednak sporo ludzi, którzy są gotowi zapłacić za muzykę, ale chcieliby w zamian coś fajnego: płytę winylową. Dla wielu z nich odtwarzanie LP, możliwość wzięcia do ręki okładki, naprawdę dokłada się do aktu słuchania muzyki. Są tacy, którzy mają mnóstwo wspomnień powiązanych z konkretnymi winylami. I właśnie tę miłość i pasję chciałem uchwycić. I chodzi nie tylko o kolegów kolekcjonerów, ale także o ludzi, którzy pracują z winylem profesjonalnie, np. muzyków, właścicieli sklepów płytowych, szefów firm wydawniczych, inżynierów i designerów. Każdy z nich ma własną historię, a to mnie niesamowicie ciekawi.

Jaki jest największy grzech winylu?
Moim zdaniem największym jego problemem są wysokie ceny. Niektóre płyty kosztują po 25 euro, co jest dla mnie niedorzeczne. Nie lubię też w reedycjach kiepskich tłoczeń i reprodukcji słabej jakości. Ale musze też powiedzieć, że wiele firm wypuszcza super towar. Rzadko kiedy muszę zwrócić płytę ze względu na błędne wykonanie.

Czy ten trend, mam na myśli wzrost, jest czymś stałym, tak będzie w przyszłości? Kiedy to się skończy?
Renesans, o którym mówimy, trwa od jakiś pięciu czy sześciu lat, myślę więc, że to coś więcej niż trend. To naprawdę istotne, żeby młodzi miłośnicy winylu zainwestowali w dobry gramofon i nauczyli się, jak obchodzić się z płytami, jak je czyścić i przechowywać. Jeśli tego nie zrobią, zrodzi się w nich frustracja wywołana delikatną naturą winylu i wielu z nich powróci do mp3 i streamingu. Co powiedziawszy, mogę zapewnić, że branża związana z winylem jest w dobrej kondycji. Ludzie zawsze będą obdarowywali muzykę miłością. No i przecież w wielu z nas siedzi kolekcjoner. Winyl jest perfekcyjnym produktem kolekcjonerskim.

Co myślisz o cyfrowej rewolucji i plikach wysokiej rozdzielczości? Czy to nasza przyszłość?
Tak, to przyszłość. Niewielka grupa miłośników muzyki pozostanie wierna winylowi. Ludzie masowo wybierają Spotify i inne serwisy internetowe. I to będzie się pogłębiało. CD z kolei jest na wylocie i to bliskim.

Przygotowujesz może nową książkę?
W tej chwili nie. Możliwość pracowania nad taką książką, jak Passion For Vinyl, była czymś wyjątkowym, ale tego typu praca zabiera mnóstwo czasu. Jestem jednak pewien, że powstanie więcej książek…

Podrzuć proszę dziesięć albumów, które czytelnicy „High Fidelity” powinni kupić tu i teraz. Uff, trudny wybór, ponieważ nie wiem, jakiej muzyki twoi czytelnicy słuchają. Pozwól, że podam przykłady z różnych rodzajów muzyki:

  • Lata 60., rock “garażowy”: 13th Floor Elevators, Psychedelic Sounds of…
  • Lata 60., rock psychodeliczny: The Zombies, Odessey and Oracle
  • Folk: Fairport Convention, Liege & Lief
  • Wczesny hard rock: Black Sabbath, Black Sabbath
  • Rock progresywny: King Crimson, In the Court of the Crimson King
  • Świetny rock z Holandii: Golden Earring, Moontan
  • Punk: Ramones, Ramones
  • Reggae: The Congo’s, Heart Of The Congo’s
  • Metal: Slayer, Reign In Blood
  • Awangarda/Post metal: Ulver, Messe I.X-VI.X

Na jakim systemie słuchasz muzyki?
Mam trzy gramofony: Linn LP12, Linn Axis i Thorens TD 160B. Do tego wzmacniacz Densena, różne przedwzmacniacze gramofonowe (np. Primare), magnetofon kasetowy Nakamichi, odtwarzacz SACD Sony SCD 777 ES, kolumny Amphion Xenon, kable Siltecha i Van den Hula.

Jak myślisz, czy jakość dźwięku jest ważną częścią wyrazu artystycznego danej płyty?
TAK. Wiem, że wielu ludzi się z tym nie zgodzi, ale moim zdaniem jakość dźwięku dokłada się do przeżycia emocjonalnego. To smutne, jeśli ludzie słuchają muzyki na iPhone’ach lub na stereofonicznej taniźnie. To jak oglądać film przez brudne okulary. Kiedy słucham dobrze wytłoczonej płyty Franka Sinatry, muzyk naprawdę wchodzi do mojego pokoju. Stare, oryginalne tłoczenia Blue Note mają podobne działanie. To płyty, które zapierają dech w piersi pięknem muzyki, miłością i umiejętnościami zaklętymi w nagraniu. Jestem w stanie rozpoznać dobrą kompozycję na tanim radyjku, ale żeby naprawdę cieszyć się muzyką, potrzebuję do tego wysokiej jakości dźwięku.

passionforvinyl.com



ANOUK RIJNDERS | Record Industry
Sales Manager

Opowiedz pokrótce historię Record Industry.
Record Industry rozpoczęła pracę w 1998, założona przez Tona Vermeulena, który kupił fabrykę od Sony Music. Tom był wówczas właścicielem kilku firm wydawniczych, zajmujących się muzyką dance, a Sony chciało zakończyć produkcję płyt winylowych. Oczekiwania obydwu stron okazały się zbieżne i tak powstała Record Industry.

Skąd wziął się pomysł na Music For Vinyl?
MOV to wynik współpracy między Bertusem i Record Industry, to związany z winylem label, który powstał pięć lat temu. Zaczęło się od klasycznych tytułów z katalogu Sony, ale teraz ogromnie się rozrosło do ponad 1000 tytułów pochodzących z kilku dużych i mniejszych wytwórni.

Kto podejmuje decyzje dotyczące tłoczenia konkretnych tytułów?
Jeśli chodzi o MOV, decyzje podejmuje cały zespół, często zainspirowany prośbami klientów.

Jak trafiłaś do RI?
Zanim w 2000 roku podjąłem pracę w Record Industry, już od kilku lat znałem Tona. Miał w fabryce mnóstwo zajęć i zapytał mnie, czy bym mu nie pomógł w biurze. Nie miałem zamiaru zostać tam zbyt długo, moje wykształcenie obejmuje tworzenie filmów dokumentalnych i programów telewizyjnych. Po 14 latach wciąż jednak tu jestem… Z winylem świetnie się pracuje i kocham fabrykę i wszystkich moich kolegów.

O wykształceniu już wspomniałaś…
No tak, jak już wspomniałem, przychodzę z telewizji. Ale muzyka była moją pierwszą miłością, moją pierwszą pracą było stanowisko sprzedawcy w sklepie z CD i od bardzo młodego wieku słuchałem w domu muzyki, kupując swoje własne płyty.

Record Industry ma swoje własne tłocznie, a kto jest odpowiedzialny za nacinanie lacquer disc?
RI jest prywatną firmą i ma swoje własne maszyny tłoczące (33 sztuki!), studio do nacinania masterów, jak i studio masteringowe. Tuż obok mamy własne studio do wykonywania DMM (Direct Metal Master), a nieopodal dział galwanizacyjny, pakownię i maszynę do koszulek ochronnych. W tym samym budynku mamy drukarnię, ściśle powiązaną z Record Industry.

Czym wasza tłocznia różni się od innych? A tłoczone przez was winyle?
Jak już mówiłem, niemal wszystko robimy samodzielnie, u siebie, pod jednym dachem – za wyjątkiem produkcji woreczków PVC. Nie ma zbyt wiele – jeśli w ogóle – tłoczni, które mogłyby powiedzieć o sobie coś takiego. Naszymi mocnymi punktami jest jakość produkcji i prosty sposób sprzedaży w sklepie internetowym. Ludzie odpowiedzialni za kontrolę jakości sprawdzają płytę testową, zanim jeszcze gotowe jest ostateczne tłoczenie. Kontrola jakości dokonywana jest także pomiędzy poszczególnymi procesami.

Jak to wygląda w liczbach – ile płyt tłoczycie, jak ta liczba się zmienia z roku na rok?
W poprzednim roku wytłoczyliśmy 4 miliony płyt, rok wcześniej 3,5 miliona. Zakładamy, że w tym roku wytłoczymy pomiędzy 4,5 i 5 milionów płyt.

Uważasz, że firmy związane z winylem mają przed sobą przyszłość?
O tak. Winyl jest formatem, który zostanie z nami przez wiele lat. Ludzie potrzebują fizycznego produktu, a dodatkowo winyl ma dużą wartość, przynajmniej w porównaniu do CD czy pliku. Jest także obiektem kolekcjonerskim i produktem, z którym są związane emocje, czymś realnym, co można posiadać. No i w świecie audiofilskim/hi-fi winyl jest znacznie bardziej ceniony niż CD.

ERIK GUILLOT | Music On Vinyl
Marketing Manager

Wojciech Pacuła: Powiedz proszę parę słów o reedycji płyt Depeche Mode.
Erik Guillot: Pomysł na naszą reedycję katalogu Depeche Mode wyszedł od zespołu i ich wytwórni. Chodziło o wydanie materiału na płytach 180 g z wysokiej klasy winylu („virgin vinyl”). Zdecydowali się na to, ponieważ znani jesteśmy z wysokich standardów tłoczenia.

Czy korzystaliście z tych samych masterów, co edycja z 2008 roku?
Tak, to ten sam master, co w reedycji z roku 2008. Lacquer disc dla każdego z tytułów nacięty został w Haarlemie, Record Industry, przez Rinusa Hooninga, specjalistę od nacinania z 40-letnim doświadczeniem, pracującego dla CBS-u, firmy tłoczącej niegdyś płyty w tym samym miejscu.

Powiedz proszę, jak wyglądał proces przygotowania płyt.
Po otrzymaniu z wytwórni plików audio z materiałem (w tym przypadku były to pliki cyfrowe 24-bitowe, o częstotliwości próbkowania 192 kHz) Rinus wykonał testowe tłoczenia w technice DMM (Direct Metal Mastering), po czym my, a potem wydawnictwo (zapewne również członkowie zespołu) przesłuchaliśmy je pod kątem oceny jakości dźwięku. Jeśli cokolwiek w takim próbnym tłoczeniu lub nacięciu jest nie tak, robimy wszystko od nowa. Jeśli tłoczenie jest zatwierdzone przez wszystkie strony tej operacji, rozpoczynamy tłoczenie płyt z winylu („mould”), przy użyciu negatywów z metalowego dysku naciętego przez Rufusa (z „górami” w miejsce „dolin”), gdzie „góry” matrycy tłoczą rowek z sygnałem. Co jakiś czas sprawdzamy kopie, czy nie doszło do jakiś błędów. Płyty są następnie automatycznie pakowane w plastikowe koszulki i chłodząc się czekają na zapakowanie.

W tym czasie drukowane są okładki, w przypadku Depeche Mode to okładki typu „gatefold” (rozkładane). Drukowane są również inserty. Kiedy płyty są wystarczająco schłodzone, wsuwane są przez maszynę w okładkę, wraz z insertem, owijane folią i naklejane są „stickery”, po czym całość pakowana jest w ochronne pudełka gotowe do wysyłki.




Chet Baker Sextet
CHET IS BACK!

RCA Victor/Music On Vinyl
MOVLP1046, “Classic Album”, 180 g LP (1962/2014)

Nagrany w 1962 roku w Rzymie, w studiach RCA album Chet is Back! powstał przy udziale muzyków sesyjnych z Europy. Wśród nich znaleźli się: Bobby Jaspar (saksofon, Belgia), Rene Thomas (gitara, Belgia), Amedeo Tommasi (fortepian, Włochy), Benoit Quersin (kontrabas, Francja), Daniel Humair (perkusja, Szwajcaria). Na albumie znalazły się utwory oryginalne, jak Ballata in forma di blues Amedeo Tommasiego, i standardy, np. Well, You Needn't Theleniousa Monka, Pent Up House Sonny’ego Rollinsa czy Barbados Charliego Parkera. Na reedycji kompaktowej z 2003 roku dodano cztery bonusowe utwory nagrane wraz z Ennio Morricone w tym samym roku. Reedycja winylowa MOV bazuje na wydaniu oryginalnym.

Brzmienie jest dokładne i czyste. Na uwagę zasługuje bardzo niski szum przesuwu. Materiał oryginalny nie ma w sobie zbyt wiele ciepła i zostało to dobrze pokazane. Nic nie jest wyostrzone ani rozjaśnione, tyle że waga przekazu nie jest ustawiona tak nisko, jak z niektórymi remasterami AAA. To nagranie monofoniczne, dlatego tak ważne jest, że dźwięk poszczególnych instrumentów ma zachowany własny charakter, wyróżnia się spośród innych. Powtórzę: bardzo dobry transfer, którego słucha się komfortowo.

Jakość dźwięku: 7/10



Thelonious Monk
MISTERIOSO (recorded on tour)

Columbia/Music On Vinyl
MOVLP1017, “Classic Album”, 180 g LP (1965/2014)

Płyta Misterioso jest albumem zespołu Thelonious Monk Quartet i wydana została w 1958 roku przez wytwórnię Riverside. Była ona przełomem w trwającym przez ponad rok trudniejszym czasie, który artysta przechodził będąc rezydentem klubu muzycznego Five Spot Café w NY. W 1958 roku powrócił i 7 sierpnia nagrał tam płytę, na której towarzyszyli mu: perkusista Roy Haynes, kontrabasista Ahmed Abdul-Malik oraz saksofonista tenorowy Johnny Griffin.

W 1965 roku firma Columbia wydała Misterioso (recorded on tour), z materiałem zarejestrowanym podczas tour z lat 1963-1965. Monkowi towarzyszyli w nim Charlie Rouse, Larry Gales lub Butch Warren (zamiennie) na kontrabasie, Ben Riley lub Frank Dunlap (zamiennie) na perkusji. Nie wiadomo dokładnie, skąd pochodzą poszczególne nagrania, ponieważ podane na okładce miejsca poddawane są w wątpliwość. Album nosił oznaczenie CL 2416, miał czerwoną wklejkę Columbia 360º z białymi literami i dwoma strzałkami. Materiał wydany został jako monofoniczny. Producentem był Teo Macero.

Kolejna płyta MOV, której brzmienie jest bardzo czyste i niepodbarwione. Przekaz jest szybki i bardzo dynamiczny. Trudno mówić o cieple, ale absolutnie nie da się też nic powiedzieć o wyostrzeniu. Powiedziałbym nawet, że barwa blach na tej płycie jest bliższa temu, jak ten instrument słychać na żywo, niż z wielu „audiofilskich” tłoczeń i nagrań. Jest szybki atak, dźwięczne podtrzymanie. Różnicę można wychwycić jedynie przy opadaniu dźwięku: niektóre tłoczenia MoFi i Analogue Productions, a także duża część oryginalnych wydań, pokazuje nieco bardziej „mokre” tło, ma dłuższe i bardziej miękkie wybrzmienia.
Scena dźwiękowa jest szeroka i głęboka. Ten ostatni wymiar zasługuje na szczególne uznanie. Jeśli materiał jest zbyt mało rozdzielczy, scena jest spłaszczana, jednowymiarowa. Płyty MOV tego błędu nie popełniają. I jeszcze raz: niski szum przesuwu oraz znikome trzaski powodują, że płyty słucha się w prawdziwym komforcie.

Jakość dźwięku: 7-8/10



Elvis Costello & The Attractions
ALL THIS USELESS BEAUTY

Warner Bros./Music On Vinyl
MOVLP1137, “Classic Album”, 180 g LP

All This Useless Beauty, siedemnasty album w dorobku Elvisa Costello, angielskiego artysty i piosenkarza, wydany został przez Warner Bros. 14 maja 1996 roku na płycie Compact Disc. Album doszedł w wielkiej Brytanii do 28. miejsca list przebojów, a w USA, na liście Billboard 200 do miejsca 58. Był to jednocześnie ostatni album, jaki Costello nagrał dla Warner Bros. (po nim była jeszcze składanka) i ostatnie spotkanie z zespołem The Attractions. Aż sześć utworów zostało wydanych w UK i USA na singlach.

Słuchając po sobie dwóch poprzednich płyt, albo nawet czytając o nich, można było zakładać, że i to wydawnictwo będzie brzmiało czysto, dokładnie, a jego barwa będzie bazowała na mocnym środku i górze. I rzeczywiście: dźwięk jest czysty, szum przesuwu niski, a trzaski minimalne. Brzmienie jest jednak dość ciepłe i nieco zawoalowane. Trudno mówić o prawdziwej rozdzielczości i selektywności, do jakiej przyzwyczailiśmy się słuchając wydawnictw z muzyką klasyczną i albumów jazzowych. Tak brzmią albumy z muzyką rockową z tego okresu i nic na to nie poradzimy. Przekaz jest zrelaksowany i przyjemny. Najważniejszy jest środek pasma, z zaznaczeniem głębi głosu i niskiej części fortepianu. Odzywające się skrajnie w kanałach gitary są mięsiste i gęste, mimo że niezbyt selektywne. Bardzo przyjemna reedycja o dźwięku, który zachęca do odsłuchów. Tym bardziej, że płytę tę polecał czytelnikom „High Fidelity” John Marks, redaktor magazynu „Stereophile” (czytaj TUTAJ).

Jakość dźwięku: 7/10



Alan Parsons
THE TIME MACHINE

CNR Music B.V./Music On Vinyl
MOVLP1010, 2 x 180 g LP (1999/2014)

“Available For The First Time On Vinyl | Limited Edition on Transparent Vinyl”
“Individually Numbered | No. 000060”

Zawarty na płycie The Time Machine materiał jest przez Music On Vinyl wydany na winylu po raz pierwszy; poprzednio dostępny był tylko w postaci płyty Compact Disc. Na płycie, trzecim solowym wydawnictwie Alana Parsonsa wydanym oryginalnie w 1999 roku, towarzyszą mu goście: Tony Hadley (Spandau Ballet), Colin Blunstone, Máire Brennan (Clannad) oraz Beverly Craven. The Time Machine to concept-album, z tematem osnutym wokół podróży w czasie oraz pamięci.

Winyl został wydany jako podwójny album, w rozkładanej okładce. Wydawnictwo należy do ekskluzywnej serii z materiałem dostępnym na winylu po raz pierwszy, wytłoczonym na przezroczystym winylu 180 g i indywidualnie numerowanym. Jego nakład jest limitowany. Premiera miała miejsce 14 lipca 2014 roku.
Podobnie jak opisywana obok płyta Clannad, tak i ta wydaje się w wersji winylowej mieć znacznie więcej sensu niż na płycie CD. Brzmienie jest czyste, ma ładnie ustawioną barwę i świetną przestrzeń. Najważniejsza jest płynność, z jaką dochodzi do nas muzyka, i świetnie utrzymany rytm, w przypadku The Time Machine jeden z ważniejszych faktorów. To bardzo dobra edycja.


Jakość dźwięku: 7-8/10



Clannad
NÁDÚR

ARC Music Produductions/Music On Vinyl
MOVLP908, “New Album”, 180 g LP (2013)

Nosząca tytuł Nádúr (irl.: "natura") to pierwsza od 1989 roku płyta irlandzkiej, rodzinnej grupy Clannad, na której wystąpiło pięcioro jej oryginalnych członków: Moya Brennan (Máire Ní Bhraonáin), Ciarán Brennan (Ciarán Ó Braonáin), Pól Brennan (Pól Ó Braonáin), Noel Duggan (Noel Ó Dúgáin) oraz Pádraig Duggan (Pádraig Ó Dúgáin). Zabrakło jedynie Enyi (Eithne Ní Bhraonáin), która odeszła już w 1981 roku, rozpoczynając tym samym solową karierę. To również pierwsza nowa płyta studyjna grupy od 1997 roku, od albumu Landmarks, czyli duże wydarzenie.
Płyta została wydana w formie cyfrowej 20 września 2013 roku. Trzy dni później na rynku była też jej winylowa wersja, przygotowana przez Music On Vinyl. Wydano ją w ramach serii „New Album”, na 180-gramowym winylu, w rozkładanej okładce i z insertem w postaci niewielkiego plakatu.

Doskonale pamiętam pierwszy odsłuch tej płyty, w postaci pliku, i towarzyszący mu niesmak. Nie chodziło przy tym o muzykę, która jest bardzo przyjemna i nie nuży jak kilka poprzednich krążków Clannad. Problemem był dźwięk, bardzo skompresowany, a chwilami sztucznie ożywiony, niemal przesterowany.
W tym przypadku wersja winylowa jest dla mnie jedyną sensowną. Brzmienie uzyskane przez MOV jest czyste, z dobrze dobraną barwą, ładną dynamika, bez cienia problemów, jakie słyszałem z płyty CD i pliku. To nowe nagranie, cyfrowe, ale naprawdę przyjemne.

Jakość dźwięku: 6-7/10



Sade
STRONGER THAN PRIDE

EPIC/Music On Vinyl
MOVLP1042, “Exclusively Remastered”, 180 g LP (1988/2014)

Stronger Than Pride jest trzecim albumem artystki, znanej pod imieniem Sade. Oryginalnie wydany w 1988 roku był czymś w rodzaju sequela albumu Diamond Life, który trzy lata wcześniej sprzedał się w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Na płycie znalazły się hity singlowe, numery 1 z listy Billboardu: Paradise i Love Is Stronger Than Pride, a album w wielu krajach pokrył się platyną.

Tak się składa, że reedycje tej płyty, równocześnie, przygotowały firmy Music On Vinyl oraz Audio Fidelity. Każda z nich ma osobny master i została przygotowana nieco inaczej. MOV korzystała z remasteru dokonanego na potrzeby edycji cyfrowej, nacinając lacquer disc z plików wysokiej rozdzielczości. Edycja amerykańskiej firmy Audio Fidelity została przygotowana przez cenionych masteringowców: Kevina Gry i Momchila Zaneva w Coherent Audio. Płyta wytłoczona została na 180 g „Pure Virgin Vinyl”, czyli tak samo, jak wydawnictwo MOV. Płyta Audio Fidelity ma limitowany nakład. Dzięki uprzejmości Kim, opiekunki Platinum Club, do którego należę, otrzymałem egzemplarz o numerze 0033. Niestety, nie ma nigdzie informacji o tym, z jakiego materiału płyta została wytłoczona. Zakładam jednak, że z analogowego, o czym świadczy napis na wklejce płyty: „Analogue Pressing”.

Będąc przy poligrafii wspomnijmy o sporych różnicach między wydaniami. Okładka MOV jest pojedyncza, z insertem. Audio Fidelity przygotowało okładkę rozkładaną („gatefold”), umieszczając wewnątrz dokładnie ten sam materiał, który był wcześniej na insercie. Okładki różnią się kolorami: MOV jest intensywna, wyraźniejsza, głębsza, natomiast AF bardziej pastelowa, spokojniejsza. Zupełnie inne są natomiast wyklejki: MOV przygotowało replikę oryginalnej wyklejki, a AF zaproponowało ładny, nowy projekt wyklejki.

Różnice pomiędzy tłoczeniami są wyraźne i powielają to, co mówiłem o okładkach. MOV przygotowało dynamiczną, mocną wersję. AF przygotowało dźwięk, który z jednej strony jest spokojniejszy i gładszy. Instrumenty i głosy są bardziej plastyczne. Blachy są mocne, a bas wyraźniejszy. Równocześnie jednak częściej słychać w głosie Sade sybilanty. Wiem, że tak było słychać oryginalne tłoczenie.
Prawdę mówiąc nie jest to różnica, która skazywałaby MOV na niebyt. Absolutnie nie – to bardzo dobra reedycja i mogę sobie wyobrazić melomanów, dla których właśnie ona będzie bardziej atrakcyjna. Ostatecznie, jeśli musiałbym decydować, wybrałbym wersję Audio Fidelity, ale z wahaniem. Jeśli z kolei miałbym już wydawnictwo MOV, nie kupiłbym wersji z USA.

Jakość dźwięku:
Music On Vinyl – 7-8/10
Audio Fidelity – 8/10



Tekst: Bartosz Pacuła

Alan Parsons
I ROBOT. Legacy Edition

RCA Records/Music On Vinyl
MOVLP888, 180 g LP (1977/2013)

Alan Parsons to artysta niedoceniony. Był inżynierem dźwięku nominowanym do statuetki Grammy za Dark Side of the Moon Floydów (to właśnie on wymyślił słynne zegarowe intro do Time), jako inżynier dźwięku pracował także z Beatlesami (Abbey Road). Na dodatek współtworzył znakomitą grupę The Alan Parsons Project, która na swoim koncie ma znaczące sukcesy komercyjne i artystyczne. Największym z nich (pod względem jakości muzycznej) bez wątpienia jest płyta I Robot z 1977 roku. Był to drugi krążek tej grupy, a także koncept album, którego fabuła luźno krążyła wokół powieści Isaaca Asimova o tym samym tytule. Ponad 35 lat po wydaniu tej płyty doczekaliśmy się wreszcie jej wznowienia z prawdziwego zdarzenia. Całość została wydana w ramach prestiżowej serii Legacy Edition i oprócz nowego remasteru przyniosła także drugą płytę z dodatkowymi utworami, różnymi miksami tych starych, a także z zapisem reklam radiowych promujących ten album.

35 lat to dużo czasu, w świecie nowych technologii to wręcz kilka epok. Gdy więc zasiadałem do porównywania dwóch wersji winylowych, oryginalnego wydania Arista oraz nowej, wznowionej przez firmę Music On Vinyl, zdawałem sobie sprawę, że dźwięk po prostu MUSI być zupełnie inny.
I Robot w wersji oryginalnej zagrał naprawdę bardzo przyjemnie. Nie charakteryzował się co prawda specjalnym bogactwem detali, a tu i ówdzie, szczególnie w dole pasma, mógł zagrać lepiej, pełniej, ale całość naprawdę mi się podobała. Przynajmniej do czasu, gdy na moim gramofonie nie wylądowała wersja zremasterowana. Szybko okazało się, czego tak naprawdę brakowało tej pierwszej i co można było w sposób wyraźnie lepszy zrealizować. Po pierwsze, nowe wydanie I Robot charakteryzuje się znacznie szerszym pasmem, na czym szczególnie skorzystała góra - pojawiły się tam zupełnie nowe dźwięki, których w starej wersji po prostu mi brakowało. Dźwięk stał się także większy: wszystko było teraz bombastyczne, ogromne i potężne. Jednak zdecydowanie największym „zwycięzcą” okazał się dla mnie bas – w poprzedniej wersji matowy, wypłowiały, tutaj zaś wyraźny, żywiołowy i energetyczny. To właśnie dół pasma zrobił najlepszą robotę, a jego pozytywna zmiana wpłynęła także na resztę: całość nagle stała się żywsza, z lepszym drivem i mocą.

Nowy remaster spodobał mi się, ponieważ brzmienie, które oferuje, jest znacznie bliższe mojemu sercu – duże, z potężną dawką energii, znakomitym środkiem i fantastycznym, dobrze zarysowanym dołem. Na dodatek było w nim znacznie więcej detali i smaczków, dzięki czemu nawet dla mnie, czyli osoby dobrze zaznajomionej z całą dyskografią grupy Parsonsa, słuchanie po raz kolejny I Robot mogło być świeże, zaskakujące oraz ciekawe. Warto jednak dodać, że jeżeli ktoś preferuje muzykę podaną spokojniej, bez szczególnej nachalności czy (dla niektórych) „jazgotliwości”, to remaster ten nie będzie dla niego. Pozbawi się co prawda kilku miłych rzeczy w dźwięku, zachowa za to spokój ducha.

Jakość dźwięku: 8/10

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Audio”, „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

enjoythemusic linia positive-feedback linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM