pl | en

No. 159 Lipiec 2017

The Beatles: SGT. PEPPER'S LONELY HEARTS CLUB BAND - Anniversary Edition
W pięćdziesiątą rocznicę wydania

wywiadzie udzielonym magazynowi „Mojo” Giles Martin – syn George’a Martina – opowiedział anegdotę o swoim ojcu. Na zadane mu pytanie „czy kiedykolwiek dopuścił do siebie myśl, że nie jest dobry z muzyki” ten miał odpowiedzieć: „Nie… zawsze myślałem, że jestem świetny”. To chyba magia otaczająca szóstego Beatlesa sprawia, że jego słów nie traktujemy jako przejawu arogancji, ale jako niepodważalny fakt. Podobnie jest z samymi Beatlesami, o których można mówić co się chce, ale nie można zapomnieć o nich i ich wkładzie w rozwój muzyki rozrywkowej.

Najważniejszym elementem ich artystycznej spuścizny okazał się ich ósmy album studyjny zatytułowany Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band i o nim chcieliśmy tym razem opowiedzieć, korzystając z tego, że został on niedawno wydany w nowej, „rocznicowej” wersji, z materiałem zmiksowanym na nowo przez wspomnianego Gilesa Martina. Artykuł podzieliliśmy na dwie główne części: rys historyczny oraz opis nowego wydawnictwa, przede wszystkim dźwięku wersji Compact Disc. Zdecydowaliśmy się na recenzję wersji cyfrowej, ponieważ remaster został przeprowadzony w tej domenie; wersja LP jest w tym przypadku nośnikiem wtórnym. Część pierwszą przygotował Bartosz Pacuła, redaktor naczelny portalu MusicToThePeople.pl, a drugą Wojciech Pacuła, naczelny magazynu „High Fidelity”. Dobrej lektury!

NA POCZĄTKU BYŁO…
Tekst: Bartosz Pacuła

Wydany 1 czerwca 1967 roku album Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band niemal natychmiast zmienił oblicze sceny światowej muzycznej, wytyczając kierunek, którym będą udawały się następne pokolenia artystów, od Led Zeppelin i Pink Floyd, przez Metallicę i Guns N’ Roses, na Maroon 5 czy Coldplay skończywszy. Siatka tych połączeń jest zresztą dużo szersza i nie sposób byłoby jej przedstawić nawet w osobnym artykule. Niezależnie jednak co myślimy o tym dziele Czwórki z Liverpoolu, jest to kamień milowy dla popu i rocka, „najbardziej wpływowy album Beatlesów”, jak zauważa sam Paul McCartney.

Firma Pro-Ject przygotowała specjalne edycje swoich gramofonów, upamiętniające Wielką Czwórkę.

Jednak nikt przed wydaniem Sgt. Pepper’s… (w Polsce krążek ten jest znany, za co winić należy radiowców, jako Sierżant Pieprz) nie mógł zdawać sobie sprawy z wpływu, jaki wywrze on nie tylko na scenę muzyczną, ale i popkulturę w ogóle. To właśnie on wyniósł Beatlesów na wyższy niż dotychczas poziom i walnie przyczynił się do budowania ich legendy najlepszego zespołu rockowego wszechczasów. Ani ich wcześniejsze dokonania, ani późniejsze nie miały tej samej siły przebicia, nawet najbardziej dojrzały muzycznie (i – moim zdaniem – najlepszy w ich dorobku) album Abbey Road. Ósme studyjne dzieło Brytyjczyków było czymś, co zdarza się raz na kilkadziesiąt, może nawet kilkaset lat. Kamieniem milowym. Przełomem. Dotykiem Boga. Oto historia jego powstania.

Historia

Rok 1966 stanowił dla Beatlesów nową jakość. Grupa Johna Lennona i Paula McCartneya nie dawała już koncertów, które – z uwagi na coraz bardziej rozhisteryzowane tłumy – stawały się wyzwaniem ponad siły. Pociągnęło to ze sobą dwie kluczowe dla zespołu zmiany. Pierwsza z nich, jakże trywialna, polegała na zwiększeniu ilości wolnego czasu, który muzycy mogli poświęcić czy to na wypoczynek, czy na komponowanie, czy też szukanie duchowych uniesień w religiach i filozofii Wschodu. Muzycy różnie wykorzystywali ten czas; dla przykładu, John Lennon w październiku tego roku wydał dwie książki: In His Own Write oraz A Spaniard in the Works.

Gramofon Pro-ject w „barwach” Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band.

Jeszcze ważniejsze okazało się uwolnienie Beatlesów od wymogów komponowania „pod publiczkę”. Nareszcie mogli zrzucić ograniczający ich gorset, który zmuszał ich do tworzenia muzyki nadającej się do grania na żywo. Od tego momentu mogli zamknąć się w studiu i wykorzystać jego możliwości w 100%, potraktować to miejsce jako kolejny – bardzo rozbudowany i oferujący niemal nieograniczone możliwości – instrument. Mogli tym samym jeszcze bardziej zacieśnić współpracę z Georgem Martinem, „piątym Beatlesem” i osobą, która miała niebagatelny wpływ na ich rozwój artystyczny.

Pierwszym dojrzałym owocem tej nagłej wolty w karierze Brytyjczyków był album Revolver. Chociaż z perspektywy czasu nie robi tak dużego wrażenia, chociaż to naprawdę znakomita płyta, był dla słuchaczy niemałym szokiem. Wyraźnie dało się wyczuć radość, którą Beatlesi czerpali z podążania w nieznane, eksplorowanie nowych kierunków rozwoju muzyki. Lennon i spółka oderwali się także od potrzeby postrzegania swoich krążków jako prostego zbioru przebojów; od tego momentu mieli unikatową możliwość spojrzenia na album jako całość, dzieło koherentne, kompletne od A do Z. Nawet okładka Revolver różniła się niemal od wszystkiego, co w tamtych czasach królowało na pólkach sklepowych.

Tym samym, jak słusznie zauważa biograf Beatlesów – Philip Norman, Beatlesi „znaleźli się w takiej sytuacji, że musieli przyćmić konkurentów, których sami sobie stworzyli”. Rywalizowali nie tylko z innymi artystami, którzy szybko zaczęli kopiować ich rozwiązania, ale przede wszystkim sami ze sobą. Ich następne dzieło musiało być większe i wspanialsze pod każdym możliwym względzie, iść tak daleko, jak nie szedł jeszcze nikt.

Singiel Strawberry Fields Forever/Penny Lane wydany z okazji Record Store Day 2017 – już z nowym remiksem.

Swego rodzaju poligonem ćwiczebnym stały się dwie piosenki, które ostatecznie zbudowały bodaj najlepszy singiel w historii rocka: Strawberry Fields Forever Johna Lennona i Penny Lane Paula McCartneya. Na 7-calowej płytce udało się im zamieścić fantastyczne kawałki, które nie tylko świetnie radziły sobie same i, szczególnie w wypadku kompozycji Johna, jednocześnie przesuwały kolejne granice w technice studyjnej, ale także korespondowały ze sobą w ramach większego tworu. Warto nadmienić, iż oba te utwory miały początkowo wejść w skład długogrającego albumu, ale ostatecznie do tego nie doszło (o czym wspomnę za chwilę).

Od śpiewania o swoich dziecięcych latach (bo o tym obie te piosenki są) do koncepcji fikcyjnego zespołu, której szefem miał być tytułowy Sgt. Pepper była jednak daleka droga. O wszystkim, jak to często bywa w życiu, zadecydował czysty przypadek. Tak tę historię relacjonuje Paul McCartney: „Znajdowałem się na pokładzie samolotu z Malem Evansem, gdy ten poprosił mnie, żebym podał mu sól i pieprz (ang. salt and pepper – przyp. red.), a ja usłyszałem, że mówi ‘Sgt. Pepper’. […] Moja wyobraźnia pracowała do końca podróży”. W ten oto sposób Beatlesi zmienili swoją pierwotną koncepcję, mającą być odpowiedzią na płyty Pet Sounds Beach Boys i Freak-Out The Mothers of Invention, polegającą na nagraniu zbioru swego rodzaju pocztówek z dzieciństwa. Od teraz liczył się tylko Sgt. Pepper i jego orkiestra.

Muzyka

O skali zmian, jakie zaszły w sposobie pracy Beatlesów między rokiem 1963 i wydaniem płyty Please Please Me a 1967 i Sgt. Pepper’s… najlepiej świadczą pieniądze związane z tymi projektami. Debiutancki długograj Fab Four został zarejestrowany w jeden dzień, a koszt tego przedsięwzięcia wyniósł 400 funtów; z kolei beatlesowskie opus magnum wymagało wyłożenia ponad 25 000 (!) funtów i poświęcenia czterech miesięcy wytężonej pracy. Był to jednak wyjątkowy okres (jeszcze przed śmiercią menagera Beatlesów, Briana Epsteina), w którym współpraca Lennona, McCartney’a i Harrisona była nie tylko możliwa (czego nie będzie można powiedzieć już dwa lata później), ale i nieprawdopodobnie stymulująca i owocna. Cały zespół rzucił się w wir kreowania cyrkowego, momentami odpustowego klimatu. Inspiracją mogło być niemal wszystko, od XIX-wiecznych plakatów cyrkowych, przez muzykę kataryniarzy, po LSD.

Z tym narkotykiem związana jest zresztą najsłynniejsza piosenka pochodząca z tej płyty, czyli Lucy in the Sky With Diamonds. Utwór ten stanowi swego rodzaju hymn hipisowskich lat 60., gdzie wolna miłość i swobodne eksperymentowanie z szerokim wachlarzem używek były na początku dziennym. Warto zaznaczyć, że Lennon konsekwentnie zaprzeczał takiej interpretacji, wskazując tutaj na swojego syna Juliana jako główne źródło inspiracji; młody Julian Lennon miał bowiem pokazać mu rysunek zatytułowany Lucy—in the sky with Diamonds. Jego bohaterką była koleżanka z klasy Juliana, Lucy O’Donell, w której dzieciak był zakochany.

Tam, gdzie John poszukiwał „mandarynkowych drzew i marmoladowego nieba”, Paul widział okazję to zmierzenia się, najlepiej w sposób radosny – jak to miał w zwyczaju, z otaczającą go rzeczywistością. Nic też dziwnego, że jego kawałki są zdecydowanie bardziej przyziemne i podejmują tematy o bardzo „codziennej” wymowie. Dla przykładu, w jednej z najpiękniejszych piosenek o starości (mowa tu oczywiście o When I’m Sixty Four) Paul prowadzi dialog ze swoją drugą połówką, zastanawiając się co będą robili, gdy dobiją tytułowej liczby lat.

Mimo tych różnic – bo jak można porównywać frywolność Lovely Rita z obłąkańczym klimatem Being for the Benefit of Mr. Kite? – powstawał, kawałek po kawałku, album, który był zaskakująco spójny. Tylko Ringo Starr, wykazując się typowym dla siebie brakiem rozeznania w sytuacji, nie za bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje: „Kiedy skończyliśmy oryginalną piosenkę o sierżancie Pepperze, zarzuciliśmy cały ten pomysł z orkiestrą wojskową. Po prostu nagrywaliśmy kolejne utwory”.

Na osobny akapit zasługuje zamykający całość kawałek A Day in the Life. Jak zauważa cytowany już Philip Norman, piosenka ta „była rezultatem tak bliskiej współpracy Johna i Paula, jaka nie przydarzyła im się od początków beatlemanii”. Co ciekawe, kompozycja ta stanowi tak naprawdę połączenie dwóch zupełnie odmiennych utworów; jeden – ten bardziej ponury – należy przypisać Johnowi, drugi zaś – rzecz jasna o pogodnym wydźwięku – Paulowi.

Najważniejszą częścią tego kawałka okazała się jednak coda; epickie zwieńczenie epickiego przedsięwzięcia, „dźwięk narastający od niczego do końca świata” według zamysłu Lennona. George Martin uzyskał ten efekt w bardzo prosty, lecz genialny sposób: kazał grać orkiestrze symfonicznej bez żadnych nut – mieli zdać się, poza niewielkimi wytycznymi, na swoje przeczucie. Całość zakończyć miało potężne uderzenie w fortepian, które następnie było nagrywane do oporu, tj. tak długo, jak tylko się da. Zabawnym jest fakt, że współautor tego dzieła, Paul McCartney, dopiero przy okazji prac nad rocznicową reedycją Sgt. Pepper’s… dowiedział się, że jest to akord zagrany w E, nie zaś – jak do tej pory myślał – w C.

Grafika

Jednak od czasów Revolver dla Beatlesów albumem nie była tylko muzyka, ale i jego warstwa graficzna. Nic więc dziwnego, że i w tym względzie postanowili przebić wszystko, co do tej pory było widziane w popie i rocku. Okładka projektu Petera Blake’a i Jann Haworth na podstawie pomysłu McCartney’a miała przedstawić fikcyjną orkiestrę Sgt. Peppera (tj. Beatlesów), za którą znalazł się tłum ludzi, imitowany przez tekturowe i woskowe figury. Główną grupę postaci wybrali rzecz jasna sami Beatlesi i tylko Ringo, jak zwykle, wymigał się od roboty, deklarując, że „wszystko co wybiorą inni będzie mu pasowało”. Swoje trzy grosze dorzuciły też inne osoby.

Cała ta instalacja została następnie sfotografowana przez Michaela Coopera (lub – jak donosi magazyn „Mojo” w wydaniu z czerwca tego roku – Nigela Hartnupa), trafiając ostatecznie do ścisłego kanonu art-popu. Co ciekawe, początkowo okładka nie wzbudziła zachwytu wśród decydentów, tj. szefostwa EMI, którzy obawiali się wielomilionowych pozwów. Ostatecznie przystano na ten odważny krok, nakazując tylko usunięcie z kolażu Ghandiego.

Dla równowagi, jak po latach wyjaśnił McCartney, zdjęcie użyte w środku rozkładanej okładki wydania winylowego („gatefold”) było tak proste, jak to tylko możliwe. Beatlesi wpatrują się na nim w kamerę, starając się przeszyć wzrokiem patrzącego na fotografię. Co prawda siedzą w swoich fantazyjnych strojach, jednak znajdują się na jednolitym kolorystycznie tle. Nawet ich pozy nie są w żaden sposób wyszukane; Czwórka z Liverpoolu jest bardzo zrelaksowana, niemal znudzona. Ich jedynym zadaniem jest dotrzeć do widza, za pośrednictwem aparatu fotograficznego i przez niego. Świadomy wybór akurat tego zdjęcia świadczy o tym, jak doskonale Beatlesi „zaprojektowali” swoje najważniejsze dzieło. Tutaj nie ma miejsca na przypadek w żadnym, nawet najdrobniejszym elemencie.

6 czerwca tego roku opiniotwórczy magazyn „Rolling Stone” poinformował o aukcji, podczas której można było nabyć część beatlesowskiego kolażu; mowa tu o figurce Bobby’ego Breena, pochodzącego z Kanady aktora i piosenkarza, który największe tryumfy święcił w dzieciństwie (czytaj TUTAJ). Został on umieszczony zaraz nad lewym ramieniem George’a Harrisona. (W porządku – dam wszystkim czas na sięgnięcie po okładkę i odnalezienie go. Już? – Jeśli tak, to możemy iść dalej). Jej organizatorzy spodziewają się zysku nawet do 70 000 dolarów. To dobitnie pokazuje, jak wielką estymą cieszy się Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band – album, który na zawsze zmienił oblicze rocka.

Niestety właśnie ze względu na swoją reputację ludzie zbyt często podchodzą do niego czołobitnie, słysząc go, ale nie słuchając. Jego rocznicowa wersja autorstwa Gilesa Martina jest znakomitą szansą na zmianę tego stanu rzeczy. Bo w pierwszej kolejności Sgt. Pepper’s… to po prostu dawka genialnej i ponadczasowej muzyki. Dziś możemy śpiewać „it was fifty years ago today”, licząc, że nasi potomkowie z równą przyjemnością będą wykrzykiwać te same słowa, zmieniając tylko liczby na większe, i większe, i większe…

Czytaj dalej

  • Hunter Davies, The Beatles, Kraków 2013
  • Philip Norman, Szał! Prawdziwa historia Beatlesów, Bielsko-Biała 2013
  • Michael Seth Starr, Ringo, Kraków 2016
  • Steve Turner, Beatles ’66. The Revolutionary Year, New York 2016
  • „Mojo”, nr 283, czerwiec 2017

REMIKS/REMASTER
Tekst: Wojciech Pacuła

Box z Japonii, w którym płyta Sgt. Pepper's… wydana została na krążkach SHM-CD

Portal Discdogs.com w artykule poświęconym albumowi Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band grupy the Beatles listuje 594 różnych jego wydań, we wszystkich dostępnych formatach. Nawet jeśli niektóre się powtarzają, a część to wydania pirackie, ta liczba jest przytłaczająca. Całą tę spuściznę da się jednak podzielić na kilka mniejszych grup: wydania LP, wydania CD i pozostałe. Te pierwsze to: oryginalne wydania LP, reedycje LP z masterem analogowym oraz reedycje z masterem cyfrowym. Te drugie: pierwsze remastery cyfrowe z roku 1987 (słowa ‘remaster’ używam w kontekście tego pierwszego wydania na CD z ostrożnością, ponieważ był to po prostu nowy master cyfrowy) i Remaster 2009 (09.09.2009) – teraz dochodzi do tego nowa płyta, której materiał możemy roboczo określić jako Remaster 2017, chociaż jest czymś więcej.

Remaster/remiks, czyli o co chodzi?

Na początek powiedzmy dwa słowa o ‘REMASTERZE’, tj. czym on jest i czym różni się od ‘REMIKSU’. Czyli – taka jest logika tych działań – powiedzmy o ‘MASTERZE’. MASTER to ostatnia faza przygotowania materiału muzycznego przed jego wysłaniem do tłoczni. Inżynier dźwięku określa pauzy między utworami, ustawia utwory w odpowiedniej kolejności, a także pracuje nad dźwiękiem starając się wydobyć jak najwięcej z materiału, który dostał do obróbki. Na końcu konwertuje materiał do postaci 44,1/16 na potrzeby wydania CD, a jeśli pracuje w domenie analogowej na potrzeby wydania LP wysyła taśmę-master do studia nacinającego acetat. W niemal wszystkich przypadkach mastering dokonywany jest na materiale stereofonicznym.

Kiedyś wyglądało to inaczej, tj. mastering był częścią wcześniejszego etapu produkcji, tj. MIKSU. A MIKS to w przypadku dźwięku stereofonicznego działanie polegające na przejściu z taśmy wielokanałowej multi-mono do dwóch kanałów (stereofonicznych). Dzisiaj, ze znanych mi dźwiękowców, jedynie Jacek Gawłowski jednocześnie miksuje i masteruje materiał, chociaż kiedyś była to norma. Z kolei RE-MASTER, remaster, remastering, to proces polegający na wykonaniu nowego masteru, tj. korekty wcześniejszego masteru. Zazwyczaj obejmuje to odszumianie, korektę barwy, dynamiki, fazy, korektę ubytków taśmy („drop-outów”) itd. W taki właśnie sposób w 1987 roku przygotowano niemal cały katalog The Beatles z myślą o wydaniu CD. Poza dwoma płytami: Help oraz Rubber Soul.

Wydania japońskie z 1998 roku, zawierające master wykonany w 1987.

Jak wiadomo, George Martin nie lubił miksów z epoki, uważając, że były wykonane zbyt szybko, a przez to bez wystarczającej staranności (zespół i Martin uważali nagrania monofoniczne za wzorcowe wydania). Na potrzeby pierwszego remasteru na nowo zmiksował (zremiksował) więc te dwa albumy.

Wrócił do czterościeżkowych taśm-matek (multi-mono) i za ich pomocą wykonał nowy miks. Ponieważ cofnął się o jeden krok dalej niż przy remasterze, nie pracował na starym masterze, a wykonał zupełnie nowy. Chociaż jest to znacznie głębsza ingerencja w brzmienie, także w artystyczny wyraz muzyki, zazwyczaj i tak używa się w takim przypadku pojęcia „remaster”. Dodajmy, że obydwie płyty otrzymały nowy miks z rąk George’a Martina oraz Geoffa Emericka, inżyniera odpowiedzialnego za dźwięk części płyt Wielkiej Czwórki (za: Sam Inglis, Remastering The Beatles. Guy Massey, Paul Hicks & Steve Rooke , soundonsound.com October 2009, (dostęp: 26.06.2017)

Kolejna okazja do remiksu nadarzyła się w roku 2006. 20 listopada tego roku (w USA 21 listopada) ukazał się album Love. Zawierał on nowe miksy 26 utworów autorstwa George’a Martina oraz jego syna Gilesa Martina. Martin został poproszony przez dwóch żyjących członków kwartetu z Liverpoolu, Ringo Starra i Paula McCartneya, oraz dwie wdowy, Yoko Ono Lennon i Olivię Harrison, o zrobienie eksperymentalnych miksów nagrań zespołu na potrzeby Cirque du Soleil – do przedstawienia o tym samym tytule, wystawianym w teatrze Mirage w Las Vegas przez tę słynną grupę cyrkową.

Kiedy przygotowywano materiał do Remasteru 2009 zdecydowano się jednak skorzystać ze stereofonicznych taśm-matek, w tym dwóch nowych miksów z 1987 roku, o których mówiliśmy. Nie podjeto więc wyzwania zremiksowania całego katalogu. Jak mówił Paul Hicks, członek ekipy, która w studiach Abbey Road przygotowała nowy remaster „mówimy generalnie o tym, co George Martin, Norman Smith oraz Geoff Emerick uważali za mastery i wydobycie z nich jak najlepszego dźwięku” (za: dz. cyt.). Zremiksowano za to materiał dźwiękowy, który ukazał się jako podkład do gry komputerowej The Beatles: Rock Band.

Remiksując Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band

Jak widać, nie jest to pierwszy krążek The Beatles który został na nowo zmiksowany. Po raz pierwszy mamy jednak do czynienia z tak dużymi zmianami. Nawet album Love traktowany jest jako coś dodatkowego, równoległego do właściwej spuścizny. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (Anniversary Edition) jest czymś zupełnie innym – odpowiedzialny za nowy miks i co za tym idzie mastering Giles Martin wszedł w materię dźwiękową tak, jakby była ona miksowana po raz pierwszy. W rozlicznych recenzjach i felietonach ta zmiana perspektywy znalazła się w centrum uwagi dziennikarzy. I dobrze, tak miało być.

Japońskie wersje wydawnictwa na płytach CD z 2009 roku, z nowym remasterem.

Materiał ten otrzymujemy na podstawowym, jednopłytowym wydawnictwie CD. Nie należy jednak zapomnieć, że celem było nie tylko zaprezentowanie tego albumu w sposób, w jaki dzisiaj rozumiemy „stereo”, ale także oczyszczenie materiału dźwiękowego, jak również przedstawienie dodatkowego materiału. Dla tych, którzy chcieliby się z nim zapoznać przygotowano wersję Deluxe: Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band 2 Deluxe CD (Anniversary Edition). Na drugim krążku umieszczono 18 dodatkowych utworów, z czego 13 to wcześniej niepublikowane, alternatywne wersje utworów z albumu.

I jest wreszcie wydawnictwo, które zbiera wszystko, co udało się z tej okazji przygotować: Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band 6 Disc Super Deluxe (Anniversary Edition). Poniżej znajdą państwo jego dokładny opis, teraz powiedzmy tylko, że wersja japońska – i tę pokazujemy – zwiera płyt Compact Disc w wersji SHM-CD. Osobną ofertą jest wersja winylowa, nacięta z cyfrowych plików hi-res.

Japońskie wersje wydawnictwa na płytach SHM-CD z 2014 roku, z Remasterem 2009.

Poniższa część artykułU składa się z dwóch części: UNBOXINGU sześciopłytowej, japońskiej wersji tego wydawnictwa oraz ODSŁUCHU wersji Long Play oraz Compact Disc. W części odsłuchowej dotyczącej CD porównaliśmy ze sobą nowe wersje Compact Disc i SHM-CD, a także starsze wersje CD – europejską i japońską, zawierające dźwięk zremasterowany w 2009 roku przez George’a Martina. Najważniejszy odsłuch dotyczył jednak porównania: starej (2009) i nowej (2017) wersji SHM-CD w wersji stereo. Jako wydanie kontrolne przyjąłem japońską, stereofoniczną wersję Toshiba-EMI Limited z 11 marca 1998 roku (ze starym cyfrowym remasterem) do której – ciekawostka – wstęp napisał (ten!) Mark Lewinson. Płyty odsłuchiwane były za pomocą dwóch odtwarzaczy CD; Ancient Audio Lektor AIR V-edition oraz dzielonego systemu Chord Blu Mk II + DAVE. Przed odsłuchem płyty były demagnetyzowane w urządzeniu Acoustic Revive Disc Demagnetizer RD-3.

Porównywane płyty

• Remaster 1987:
- Apple | Parlophone/Toshiba-EMI TOCP-51118, CD (1967/1998)
• Remaster 2009:
- Apple | Parlophone 38241928, Enchanced CD (1967/2009)
- Apple | Parlophone/EMI Records Japan TOCP-71048, CD (1967/2009)
- Apple | Parlophone/USM Japan UICY-76973, SHM-CD (1967/2014)
• Remaster 2017
- Apple | Parlophone/Universal Music Group 5745530, „Anniversary Edition”, CD (1967/2017)
- Apple | Parlophone/Universal Music Group UICX-75226, „6 Disc Super Deluxe (Anniversary Edition)”, SHM-CD (1967/2017)

UNBOXING: Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band 6 Disc Super Deluxe (Anniversary Edition)

Box wygląda imponująco. Okładkę wykonano w technice trójwymiarowej, poszczególne postaci z których złożono obraz wydają się więc żyć, poruszać, nie są płaskie – a do takiej właśnie, tj. płaskiej prezentacji, jesteśmy przyzwyczajeni. Trójwymiarowa okładka jest naklejona na tekturowy kołnierz z którego wyciągamy właściwe pudło. Podobnie jak wydane kiedyś przez Rhino reedycje płyt winylowych Johna Coltrane’a „Atlantic 45 RPM Master Series”, tak i to opakowanie jest zaadaptowanym reprintem pudełka analogowej taśmy-matki. Jest znacznie grubsze od oryginalnego pudełka, ale nadruki na przedniej i tylnej stronie to skany oryginalnego opakowania. Zachowano nawet zeskanowany obraz taśmy, za pomocą której w oryginale przyklejono kartkę z opisem.

Box zawiera aż sześć płyt: cztery krążki CD i po jednym Blu-ray i DVD:

CD 1: Nowy stereofoniczny miks albumu.

CD 2&3: 33 dodatkowe nagrania z sesji studyjnych, w większości poprzednio niewydawanych i po raz pierwszy zmiksowanych z sesyjnych czterościeżkowych taśm; utwory zostały ułożone chronologicznie zgodnie z datami ich rejestracji. Znalazły się tu również nowy miks Penny Lane oraz pochodzący z 2015 roku miks Strawberry Fields Forever.

CD 4: „Direct transfer” oryginalnego miksu mono, a także singli Penny Lane (promocyjny singiel wydany w USA) oraz Strawberry Fields Forever. Znajdziemy tu również wczesne monofoniczne miksy utworów She’s Leaving Home, A Day In The Life oraz Lucy In The Sky With Diamonds; ten ostatni został skasowany z taśmy-matki z 1967 roku, na szczęście odnaleziono go podczas prac przygotowawczych do wydania rocznicowego.

Blu-ray & DVD: Nowe miksy wielokanałowe 5.1 całego albumu oraz Penny Lane przygotowane przez Gilesa Martina oraz Sama Okellego oraz pochodzący z 2015 roku miks Strawberry Fields Forever (BD: DTS HD Master Audio & Dolby TrueHD, DVD: Dolby Digital & DTS). Jest tam również stereofoniczna wersja hi-res PCM 24/96 plus Penny Lane oraz Strawberry Fields Forever (2015).

Sekcja wideo: zremasterowany film promocyjny do Strawberry Fields Forever, Penny Lane oraz A Day In The Life plus The Making of Sgt. Pepper - odnowiony, wcześniej niepublikowany film dokumentalny z wywiadami McCartneya, Harrisona i Starra oraz zdjęcia z sesji nagraniowej wykonane przez George’a Martina, nadany przez telewizję w 1992 roku.

Płyty umieszczono w okładce identycznej z rozkładaną okładką płyty winylowej. Każda płyta CD ma nieco inną okładkę typu mini LP – na trzech dodatkowych CD jest ona zmienioną wersją, z wyróżnionymi innymi postaciami centralnymi; na okładkach płyt wizyjnych zamieszczono dwie wersje nadruku z bębna „zespołu”. To wydanie japońskie, więc płyty zostały włożone nie bezpośrednio do tekturowych kopert, a najpierw do antystatycznych przezroczystych woreczków.

W boxie znajdziemy także czarno-biały plakat zapowiadający koncert zespołu Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band, duży plakat kolorowy powtarzający postaci Beatlesów z okładki, elementy do wycięcia, obecną jedynie w wydaniu japońskim dioramę do własnoręcznego montażu oraz artbook z historią powstania albumu, wieloma zdjęciami, w tym skanami rękopisów piosenek oraz zdjęciami oryginalnych pudełek analogowych taśm.

DŹWIĘK

Bardzo trudno będzie oddzielić wrażenia estetyczne związane z przearanżowaniem poszczególnych elementów na scenie przed nami od tych związanych z jakością dźwięku. Dobrym na to przykładem jest otwierający płytę utwór tytułowy. Publiczność jest w nim umieszczona naprzeciw nas, w półokręgu, a nie nieco przesunięta w lewą stronę, jak wcześniej. Perkusję słychać teraz z lewej strony wraz z gitarą rytmiczną, a gitara solowa umieszczona jest w prawym głośniku. Głosy solowe ulokowane są przed nami i dopiero chórki rozkładają się w panoramie.

Podobne zmiany, tj. tej samej kategorii, usłyszymy w kolejnym utworze pt. With A Little Help With My Friend. Głos ulokowany został dokładnie pośrodku, bas umieszczono z prawej strony, a gitarę solową z lewej. W starszej wersji wokal był po lewej stronie, a nieco dalej z lewej, głęboko na scenie chórki. Rozpoczynający utwór Lucy In The Sky With Diamonds instrument w nowej wersji przechodzi z kanału do kanału. I tak można bez końca. Opis wszystkich zmian sekunda po sekundzie pozostawiam więc lepiej do tej pracy przygotowanym, tym bardziej, że naszym celem jest ocena jakości dźwięku.

Zanim do tego przejdziemy powiedzmy jednak, że zmiany dokonane przez Gilesa są – jak dla mnie – trafione i potrzebne. Główne płaszczyzny na których pracował to panorama (scena dźwiękowa), barwa oraz intensywność (namacalność). Jeśli chodzi o panoramę, to wreszcie mamy do czynienia z prawdziwym albumem stereofonicznym, na którym słychać takie bogactwo działań aranżacyjnych i produkcyjnych, o którym można było wcześniej przeczytać, ale które w pewnej mierze umykało w odsłuchach. Barwa jest w dużej mierze podobna do tej, którą znamy z „Remasteru 2009”, tj. jest dość jasna, ale nie za jasna, a dźwięk ma mocne oparcie w basie. Co łączy się z namacalnością – żadna wcześniejsza wersja nie dawała tak bliskiej perspektywy i tak pełnego obrazowania instrumentów i wokali, jak ta. To pełnokrwiste, gęste przedstawienie.

Remaster 2009 vs Remaster 2017
SHM-CD vs SHM-CD & CD vs CD

Co powiedziawszy dochodzimy do sedna tej części recenzji. Uważam, że Remaster 2017 jest o wiele lepszy od starszego. Jest bardziej treściwy i ma lepiej uchwycony balans tonalny. Instrumenty mają bardziej trójwymiarowe body i są mocniejsze, lepiej zaznaczają się w miksie. Największe zmiany dotyczą jakości wysokich i niskich tonów. Skraje pasma są bardzo selektywne, ale przy tym gładsze i mniej jednowymiarowe niż w ‘2009’. Ten ostatni brzmi trochę jakby podkręcono kontur, zapominając czasami o wypełnieniu. Słuchana równocześnie wersja z remiksem pochodzącym z 1987 roku (moje wydanie ukazało się w roku 1998) ze starym remasterem była jeszcze gładsza i jeszcze cieplejsza i – prawdę mówiąc – przy obydwu nowych remasterach trochę mi tego brakowało.

Ale, jak zwykle, nie ma nic za darmo. Dlatego z przyjemnością wysłuchałem najnowszej wersji (2017), ponieważ jest bardzo spójna i opowiada realne historie. O ile mnie pamięć nie myli, idzie to w podobnym kierunku jak to, co słyszałem podczas odsłuchu kopii taśmy-matki podczas wystawy Audio Video Show 2015. Analogowa taśma z oryginalnym miksem i oryginalnym masterem brzmiała niebywale organicznie i tego nie udało się powtórzyć na żadnym wydaniu – ani z tamtego okresu, ani nowych cyfrowych. Ale tak to już jest – zarówno LP, jak i CD, pliki itp. to tylko pewne przybliżenie tego, co jest na oryginalnej taśmie-matce. I dotyczy to wszystkich wydawnictw, nie tylko Sgt. Pepper’s…

Remaster 2017 jest też mniej szklisty niż Remaster 2009. Kiedy we wrześniu 2009 roku otrzymałem do recenzji sampler z nowo wówczas wydanymi wersjami wybranych utworów początkowo zachłysnąłem się ilością informacji, jakie udało się wydobyć. Nagrania z japońskiego wydania z 1998 roku wydawały się w takim porównaniu ciemne i mało rozdzielcze. Z czasem, kiedy przyzwyczaiłem się do nowej wersji, doceniłem spokój i organiczność tego, co George Martin zrobił w latach 80. Teraz wiem, dlaczego – Remaster 2017 jest równie selektywny jak ten z 2009 roku, ale jest też w pewien naturalny sposób miękki. Wersja ‘2009’ jest w takim porównaniu dość płytka, jakby „cienka”.

Można to usłyszeć przyglądając się niskim tonom. Ilość basu w obydwu wydawnictwach z XX wieku wydaje się podobna i w 2009 roku była to ważna, dobra zmiana. Tam było to jednak nieco mechaniczne podbicie dołu, a teraz mamy do czynienia z mocniejszą „obecnością”. Efekt niby podobny, a tak naprawdę odbiór kompletnie inny. Nowa wersja jest przez to bardziej naturalna, „ludzka”. Starsza, dla kontrastu, bardziej mechaniczna, płytka. Dotyczy to także sposobu ukazywania wokali – teraz są one gęstsze, bardziej trójwymiarowe i lepiej łączą się z pozostałymi instrumentami, w pewien sposób przywracając organiczność remasteru z 1987 roku.

Remaster 2017: CD vs SHM-CD

Z ciekawością wysłuchałem też różnic pomiędzy regularnym wydawnictwem z Europy i japońskim wydaniem SHM-CD (Super High Material CD). Przypomnę, że SHM-CD to płyta Compact Disc, tyle że przygotowana w nieco inny sposób niż regularne wydanie. Zamiast zwykłego polikarbonatu (przezroczystego plastiku) używa się na niej dwóch warstw – zewnętrznej z polikarbonatu oraz wewnętrznej z materiału wykorzystywanego do produkcji ekranów LCD. Dzięki temu, że ma on płynną postać, a po naświetleniu ekstremalnie szybko się zestala, lepiej wypełnia pity wytłoczone w metalu (aluminium). Skutkuje to mniejszą ilością błędów odczytu.

O tym, że proces tłoczenia płyt CD nie jest „przezroczysty” dla dźwięku można się przekonać porównując w studiu masteringowym plik PCM 16/44,1 oraz gotową płytę CD. Można też porównać krążek Master CD-R z płytą CD – różnice są duże, a czasem szokująco duże. Każdy sposób poprawiający precyzję wykonania płyty CD jest więc godny uwagi. SHM-CD to jedna z lepszych metod, ale szkoda, że nie dostaliśmy wersji Platinum SHM-CD, wyrafinowanej wersji tej pierwszej.

Nie powinno więc dziwić, że różnice pomiędzy standardowym wydaniem Sgt. Pepper’s… i jej wersją SHM-CD są klarowne. Już o nich powiem, jednak od razu chciałbym zaznaczyć, że z jakiegoś powodu różnice te są mniejsze niż w takim samym porównaniu pomiędzy dwoma wersjami Remasteru 2009. Ale do rzeczy – wersja europejska jest płytsza i ma wyżej ustawiony punkt ciężkości. SHM-CD wydaje się więc głębsza i gęstsza. Ma mocniej zaznaczaną trójwymiarowość brył, a przez to panorama przed nami jest bardziej namacalna, wszystkiego jest więcej. SHM-CD prezentuje wysokie tony w większym bogactwie harmonicznych, co z kolei powoduje, że bas jest lepiej różnicowany. Ogólny wniosek z takiego porównania jest taki: SHM-CD jest bardziej organiczne i dostajemy z nim więcej informacji przy jednocześnie ciemniejszym dźwięku.

PODSUMOWANIE

Różnice pomiędzy dwoma wydaniami nowego remasteru są wyraźne i jeśli mógłbym wybierać, to bez wahania wybrałbym wersję SHM-CD. Ale też przez jakiś czas, zanim dotarł do mnie japoński box, słuchałem wersji europejskiej i niczego mi w niej nie brakowało. Remaster 2017 jest bowiem niesamowicie satysfakcjonujący i starsza wersja z 2009 roku nie ma przy nim szans. Jedynie najstarsze wydanie w tym zestawie, japońskie wydanie z 1998 roku, oferuje coś, czego później już nie było: koherentność. Wersje ‘2009’ i ‘2017’ są rozdzielcze, selektywne, wyraźne, a jednak idą w tym tak daleko, że czasem potrzebna jest odtrutka w postaci pierwszego cyfrowego remasteru.

Co by jednak nie mówić, płyta Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band z nowym miksem i masterem jest fantastyczna! Nie wszystko da się poprawić, bo kolejne ścieżki były dogrywane i miksowane w czasie sesji nagraniowych, a Gil Martin miał dostęp do finalnej, czterościeżkowej wersji roboczej. Myślę jednak, że wydobył z niej mnóstwo muzyki, a o to przecież chodzi. Brawo!

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia enjoythemusic linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM