pl | en

No. 120 kwiecień 2014

ReklamaAdvertising

KONCERT W DOMU -
jaka piękna katastrofa!



Matej Isak (“Mono&Stereo”): Is there specific company audio/sound approach or do you tend to be neutral sounding?
Christian Hermeling (MBL): Our main goal is we want the listener to have the same feeling as he would be having during a real concert. Hence we do not concentrate on specific other brands how they produce or engineer. We just listen to real life performances make measurements and listening tests in order to find out how to create the same emotional impact when listening at home as if you were sitting in a concert hall.

www.monoandstereo.com

Wojciech Pacuła („High Fidelity”): Jak muzycy korelują ze sobą muzykę, którą wykonują i jej formę, czyli to, jak brzmi na sprzęcie audio. Czy dużo traci się odtwarzając muzykę?
Marek "Maro" Lewandowski (Audiofeels): Mimo że wielu muzyków może być zadowolonych z albumów, które wydali, to twierdzę że koncert zawsze będzie przeżyciem nieporównywalnym z odtwarzaną płytą; przeżyciem dla tych, którzy są na scenie i dla tych, którzy na nią patrzą. Muzycy zarażają publiczność emocjami, które im towarzyszą podczas występu, publiczność może docenić proces tworzenia muzyki, kompletnego utworu, na żywo.


HighFidelity.pl



Czy pamiętają Państwo jeszcze szał związany z kinem domowym? Trudno nie pamiętać, prawda? Okazało się, że w tani, prosty sposób można zamienić pokój w naszym domu w kino i nigdzie nie wychodząc, nie narażając się na gadających, jedzących popcorn ludzi wokół nas przeżyć film nawet lepiej niż w prawdziwym kinie. Dokładnie w taki sposób ludzie byli okłamywani. Nie mówię, że przez wszystkie, oferujące urządzenia do KD sprzęt firmy, ale przez dużą ich część. A ludzie lubią być oszukiwani.

W Krakowie mówi się, że pierwsze kino domowe na ziemiach polskich przygotował Hans Frank. Ten niemiecki zbrodniarz wojenny, po agresji Niemiec na Polskę, 26 października 1939 został mianowany generalnym gubernatorem na okupowanych terenach Polski, a swoją rezydencją uczynił krakowski Wawel, gdzie w dniu 7 listopada 1939 zamieszkał. To tam, w salach, po których chodzili polscy królowie, rycerze walczący kiedyś z niemieckimi sąsiadami jak równy z równym, organizował prywatne pokazy filmowe.
„Home theater”, albo “home theatre” to pomysł, którego praktyczną realizację w formie, jaką znamy dziś umożliwił najpierw wynalazek Laser Disc, a potem DVD. Chociaż już w latach 50. w USA, kiedy potaniały 8 mm projektory Kodaka, można było wziąć udział w domowych pokazach, to dopiero cyfrowe nośniki wypuściły dżina z butelki. Pozwoliły bowiem odtworzyć w domu całkiem dobrej jakości, wielokanałowy dźwięk.
Żeby doświadczyć dźwięku „surround” potrzeba było kupić odpowiednią elektronikę – odtwarzacz DVD oraz amplituner AV – a także system kolumn, najpierw 5.1, potem 6.1 i 7.1. Kampanie reklamowe i presja społeczna spowodowały, że każdy chciał kino domowe mieć i już. Doszło do tego, że niemal wszystkie pisma audiofilskie zaczęły testować i pisać o tego typu urządzeniach, zapominając o tym, że powstały dla miłośników muzyki, a ci w przytłaczającej większości wciąż słuchali jej w stereo. To był gruby błąd.

Każdy, kto przeszedł przez tę „chorobę” wie, że ‘kino domowe’ z ‘kinem’ ma tyle samo wspólnego, co ‘samochód sportowy’ z Formułą 1. To tylko pewna konwencja – jedno ma w możliwie najlepszy sposób przypominać drugie. Wciąż są to jednak dwie, różne rzeczywistości. Kino domowe bardzo szybko się zresztą zdegenerowało wraz zalaniem rynku tanimi jak barszcz „systemami” all-in-one z Chin.
Dopiero wtedy nastąpiło jakieś przebudzenie – coraz więcej ludzi zaczęło rozumieć, że kino domowe może i jest przyjemnym doświadczeniem, ale prawdziwego kina nie zastąpi. A do tego kompletnie nie potrafi grać muzyki w stereo. I jedynie najdroższe rozwiązania, jak JBL Synthesis są w stanie zastąpić pod względem technicznym salę kinową, a często ją nawet przebić. Z tym, że to wciąż będzie doświadczenie innego typu, niezwiązane ze swoistym doświadczeniem, jakim jest wyjście do kina. Wzrost, a potem upadek idei „kina w domu” napędzany był przez firmy chcące sprzedać jak najwięcej urządzeń. Nic w tym złego – firmy są od zarabiania pieniędzy – jednak fałszywa ideologia, jaka za tym stała nie przetrwała próby czasu. Jak się wydaje, pod wieloma względami jest to podobne do idei „koncertu w domu”, którą lansują firmy sprzedające urządzenia audio.

Na ten koncert czekałam z niecierpliwością. 20 marca w krakowskim Klubie Studio (w miasteczku studenckim) zagrała grupa Crimson ProjeKCt. To oficjalni spadkobiercy King Crimson, grupa mająca pełną aprobatę mózgu legendy rocka - Roberta Frippa (czytaj TUTAJ). W jego skład wchodzą byli muzycy te grupy, znani z jej najlepszych płyt, np. Discipline i dwóch kolejnych „kolorowych” krążków, oraz Thrak: Adrian Belew (wokal, gitary, syntezator gitarowy), Tony Levin (wokal, bas, chapman stick) oraz Pat Mastelotto (perkusja). W czasie trasy koncertowej ProjeKCt powiększył się o trójkę instrumentalistów - Markusa Reutera (gitara dotykowa, przetwornik dźwięków), Julie Slick (bas) i Tobiasa Ralpha (perkusja). Muzycy grają w szóstkę, jako dwa, wymieniające się tria, a także solo. Oprócz utworów z dworu Karmazynowego Króla grupa wykonuje również własne kompozycje, na przykład z płyt grupy Stick Men, z którą gra Tony Levin.

Koncert w Krakowie był fenomenalny. Wprawdzie odległości między rzędami krzeseł były ultra-minimalne, a przede mną, moim synem i przyjacielem usadowili się chłopaki zza naszej południowej granicy i jeden z nich koniecznie chciał siedzieć z rozprostowanymi nogami, to nie przeszkodziło to w niemal ekstatycznym uniesieniu wysłuchać tego, co dobiegało ze sceny. Na usprawiedliwienie Czechów (jak zakładam) można powiedzieć, że swoje lata już mieli, podobnie zresztą jak duża część widowni, więc stawy pewnie mieli nie teges. Ale poza problemami z motoryką ludzie w Studio wykazywali upodobania przystające raczej do gości z włosami do kolan, słuchającymi muzyki, w której stopa perkusji uderza 160 razy na minutę. Szóstka ludzi na scenie (dwie perkusje!!!) zagrała bowiem utwory, zdawałoby się dobrze znane, z ogniem doświadczanym na koncertach grup thrash-metalowych. Chapman stick Tony’ego Levina i bas (fantastycznej, ależ dziewczyna ma power!) Julie Slick dosłownie wgniatały w już i tak rozchybotane krzesełko. Prawdę mówiąc za najmniej udane uważam „pejzaże” (ang. ‘soundscapes’) malowane w wolnych fragmentach przez Markusa Reutera grającego na zaprojektowanej przez siebie gitarze dotykowej U8 Deluxe Touch Guitar. Człowiek jest genialny, fantastyczny, ale wtedy, kiedy jego instrument opowiada coś w większej grupie.

Najważniejsze było to, co w koncercie grupy, którą się kocha, grającej utwory o których się marzy jest podstawą: OBECNOŚĆ. W koncercie oglądanym na żywo stymulujemy bowiem wszystkie nasze zmysły, nie tylko słuch, jak przy słuchaniu, nie tylko słuch i wzrok, jak przy oglądaniu koncertu z Blu-raya. Nic więc dziwnego, że ludzie konstruujący sprzęt audio dążą do tego, aby to doświadczenie przenieść do domu. I tak zwykle ich produkty są reklamowane, jako te, które są w stanie powtórzyć sytuację sceniczną.
Nie wiem, jak to powiedzieć, żeby nikogo nie obrazić, ale to bzdury. Wierzę w to, że takiemu podejściu w przeważającej części przypadków przyświeca szlachetna idea. Taka próba jest jednak z góry skazana na niepowodzenie. Siedząc jakieś cztery metry od kolumn, tzw. „frontów”, a sześć czy siedem od wzmacniaczy basowych doskonale wiedziałem, że nie ma możliwości, aby tę sytuację powtórzyć w warunkach domowych. Na dobre i na złe. Jak bowiem w każdym przypadku, tak i tu coś się zyskuje, a coś traci.
Słuchając muzyki w domu zyskujemy naprawdę sporo. Podczas koncertu Crimson ProjeKCt niemal nie było słychać, co Adrian Belew śpiewa. Gdybym nie znał tych utworów nie miałbym absolutnie żadnego pojęcia o co chodzi. Dźwięk wokalu był zniekształcony, przesterowany i nieczytelny. Podobnie było z linią basu, która miała wprawdzie potęgę i niskie zejście, to jednak czytelność była tylko poprawna (a i to nie zawsze). Nawet gitara dotykowa dawała tylko odległe wyobrażenie o tym, jak ten instrument brzmi. Całość była zbyt głośna, przesterowana i nieczytelna. Ale tak właśnie koncerty rockowe wyglądają i to dzięki temu energia granej na nich muzyki jest tak niebywała.

Wróciwszy przed północą do domu od razu nasunąłem na głowę słuchawki, a na odtwarzacz położyłem Thrak. Rozczarowanie dźwiękiem było ogromne. Mimo że wiedziałem, czego się spodziewać. A przecież nagrania koncertowe są pod tym względem jeszcze gorsze. Powodem tak dużej rozbieżności między wydarzeniem scenicznym i jego rejestracją leży u samych podstaw – w tym, jak koncerty są rejestrowane.
Nagrywając zespoły grające muzykę klasyczną rozmieszcza się na scenie mikrofony i rejestruje dochodzący do nich dźwięk. Najlepsze realizacje korzystają z niewielkiej liczby mikrofonów, a poszczególne ścieżki są na nich minimalnie tylko modyfikowane. Podobnie nagrywa się dużą część koncertów jazzowych. Przy rejestracji koncertów rockowych i części jazzowych wykorzystuje się jednak kompletnie inne techniki. Dźwięk, który słyszymy z kolumn (lub słuchawek) nie ma wiele wspólnego z tym, który słychać na sali. A to dlatego, że choć nagrany przez mikrofony rozstawione przy instrumentach, albo na sali, to traktowany jest w specyficzny sposób. Robi się to w ten sposób, że sygnał z mikrofonów wokalowych, zbierających dźwięk z pieców gitar, a także mikrofonów perkusyjnych jest rozdzielany na dwie linie (właściwie to na trzy, bo dochodzi do tego jeszcze system monitorowania, ale nie w tym rzecz). Jedna idzie do stołu mikserskiego obsługiwanego przez akustyka realizującego koncert, a druga do stołu w pokoju, w którym dokonywana jest rejestracja. Każdy z nich realizowany jest inaczej, tj. z innymi poziomami poszczególnych ścieżek, z innymi pogłosami, barwą, dynamiką itp. Zdarza się wprawdzie, że sygnał do nagrania pobiera się w głównej konsoli, już po zmiksowaniu, ale to rzadkość i efekty zwykle nie są zbyt dobre. Na płycie dostajemy więc inną interpretację tego, co działo się na scenie niż na koncercie. Duża część zespołów dodatkowo czyści ścieżki, poprawiając wokale, gitary, dogrywając nowe instrumenty.

To dlatego próba przeniesienia koncertu do domu jest „próbą czarownicy” – nie ma prawa się powieść. Czyli co – wyrzucamy wszystkie nagrania koncertowe? Można i tak, mam ich niewiele i niezbyt je lubię. Bo wiem, ile tracę. Jest jednak szansa na uratowanie emocji, na próbę wykreowania w domu czegoś „na kształt” koncertu. Ale jedynie pod warunkiem, że nie będziemy oczekiwali „przeniesienia” koncertu do nas do domu (to niemożliwe), ale zgodzimy się na kreację czegoś nowego, autorskiej wizji realizatorów tego, co się wydarzyło w danym dniu. Wtedy ma to sens. Nie będzie oczywiście związanych z tym emocji, bo to nie to samo, co wspólne przeżywanie muzyki, nie ma szans na osiągnięcie porównywalnego ciśnienia dźwięku (głośności), ani tym bardziej jego fizycznego odczuwania. Ale będziemy słyszeli CO człowiek śpiewa i JAK śpiewa. Jest nawet szansa, że uda nam się wykreować dźwięk, który wzbudzi w nas zupełnie nowe emocje, nietożsame z tymi z koncertu, ale będące ich „domowym” odpowiednikiem. Można wtedy odlecieć.

(Podczas koncertu Tony Levin robił zdjęcia, które następnie zamieścił na swoim blogu – jednym z najdłużej działających blogów muzycznych. Na jednym z nich widać i mnie, i mojego przyjaciela – kto nas odnajdzie? Patrz TUTAJ | Za słaba jakość zdjęć przepraszam – ochroniarze przy wejściu odebrali mi sprzęt, twierdząc, że jest „zbyt profesjonalny”, zapominając, że teraz nawet maleńkie aparaty fotograficzne mogą służyć do pracy zawodowej; zdjęcia robione komórką Samsunga Core Duo).

Więcej na: "Heavy Rock"



KONKURS 10/10
ŚWIĘTUJEMY 10-LECIE „HIGH FIDELITY”!

Dokładnie za miesiąc magazyn „High Fidelity” będzie świętował pierwszą dekadę swojego istnienia. Jak już pisałem, pierwszy numer został opublikowany w sieci 1 maja 2004 roku, a sprawdzić to można wchodząc do archiwum z wydań w pierwszej szacie graficznej magazynu TUTAJ. To dla nas niesamowite przeżycie i dowód na to, że coś jednak robimy dobrze – inaczej odwróciliby się od nas zarówno czytelnicy, odbiorca tego, co publikujemy, jak i producenci oraz dystrybutorzy, zainteresowani w tym, aby pismo miało jak najwięcej czytelników. A jest dokładnie odwrotnie, spotykamy się z coraz większą sympatią i zainteresowaniem.

Bardzo chcieliśmy, żeby ten jubileusz przeżyć razem z państwem. A nie ma chyba nic bardziej pasjonującego niż konkurs, w którym można wygrać ciekawe, wartościowe, niepowtarzalne nagrody. Ponieważ jesteśmy magazynem polskim (choć tłumaczonym również na język angielski), postanowiliśmy to podkreślić i podziękować jednocześnie, zapraszając do tego projektu polskich producentów. Poprosiliśmy ich o przygotowanie dla czytelników HF czegoś wyjątkowego – specjalnego, „rocznicowego” egzemplarza swojego produktu, dostępnego tylko w tym jednym momencie, w liczbie 1 szt. (słownie: jedna sztuka). Początkowo chcieliśmy, aby było to 10 produktów na 10-lecie, jednak interesujących propozycji było tyle, że choć konkurs wciąż nazywa się „10/10”, to nagród jest dwanaście – taka licentia poetica w służbie czytelników.
Każdy z produktów poniżej został przygotowany z myślą o osobie biorącej udział w tym konkursie i za każdym stoi konkretny człowiek. Firmy bardzo poważnie podeszły do tej sprawy i zaskoczyły mnie inwencją oraz zaangażowaniem – możecie państwo być pewni, że to nie jest anonimowy produkt. Dlatego też w regulaminie konkursu poprosiłem was o uhonorowanie tego i o spotkanie się z producentem, zrobienie fotki z producentem oraz produktem, który państwo wygraliście. To będzie niepowtarzalna okazja na porozmawianie z człowiekiem, który poświęcił dla was swój czas i pieniądze. Zdjęcia opublikujemy, być może razem z historiami na temat danego produktu, o napisanie których poprosiliśmy ich twórców. Każdy z produktów będzie opatrzony specjalnie przygotowaną tabliczką lub nadrukiem z logo 10-lecia HF i moim podpisem.

Początkowo chcieliśmy dać czytelnikom na przysłanie materiałów tylko 15 dni – to dlatego o konkursie informujemy od kilku miesięcy. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy, że lepiej będzie, jeśli to będzie 1 miesiąc. Dajemy sobie także więcej czasu na ocenę prac – chcemy, aby to było jak najbardziej rzetelne i obiektywne. I jeszcze jedna korekta, tez na plus – można będzie wskazać nie jedna, ale trzy nagrody, z którymi chcieliby się państwo bliżej zaznajomić, wskazując najważniejszą i dwie dodatkowe.

Regulamin konkursu

Konkurs przeznaczony jest dla czytelników „High Fidelity”, którzy w dniach od 1 kwietnia do 30 kwietnia przyślą jedną z trzech, wykonanych przez siebie (lub wspólnie z kimś innym) pracę. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w numerze czerwcowym „High Fidelity”. Najlepsze prace będą wybrane przez jury w składzie: Wojciech Pacuła (przewodniczący), Bartosz Łuczak (grafika) i Andrzej Dziadowiec (teksty). Decyzja jury jest ostateczną i nie ma od niej odwołania. Kierować się będziemy naszym wyczuciem, smakiem i doświadczeniem.

Ci, którzy zdecydują się wziąć udział w konkursie mogą wybierać spośród trzech kategorii:

  • okładka „High Fidelity”: wymyślona przez siebie, w dowolnej technice; logo HF w formacie PDF do pobrania TUTAJ, w JPEG-u TUTAJ;
  • muzyka – przeżycie jedno na milion: tekst, zdjęcie (lub seria zdjęć), praca plastyczna (technika dowolna);
  • sprzęt – przeżycie graniczne: tekst, zdjęcie (lub seria zdjęć), praca plastyczna (technika dowolna).
Prace tekstowe powinny mieć 600 słów +/- 100, w Wordzie, z rozszerzeniem „.doc”. Prace plastyczne (zdjęcia, rysunki itp.) powinny mieć dłuższy bok o rozdzielczości 2000 pikseli i formę elektronicznego pliku JPEG.

Prace proszę przysyłać wyłącznie na adres:

konkurs@highfidelity.pl

Tylko te maile zostaną wzięte pod uwagę podczas oceny. Wysłane na inne adresy mailowe „High Fidelity” zostaną skasowane bez czytania.

UWAGA:
Bardzo ważne jest to, aby prawidłowo zatytułować maila – tylko wtedy będziemy w stanie sprawnie je przyporządkować do odpowiednich nagród. W nagłówku maila musi się znaleźć nazwa urządzenia, o które zamierzacie walczyć oraz imię i nazwisko startującego w konkursie. Przykład:

WOJCIECH PACUŁA, RCM Audio – przedwzmacniacz gramofonowy

Maile wysłane bez wskazania urządzenia nie będą brane pod uwagę. W mailu musi się znaleźć także telefon i adres uczestnika. Dane te potrzebne są jedynie dla producenta, którego produkt dana osoba wygra. Nie zostaną wykorzystane w żaden inny sposób. Po konkursie cała korespondencja zostanie wykasowana z naszej bazy danych.

Zwycięzca zobowiązany jest do wykonania zdjęcia z danym produktem i przesłania go do redakcji „High Fidelity”. Redakcja zastrzega sobie prawo publikowania nadesłanych prac oraz zdjęć zwycięzców. Produkty muszą zostać odebrane u producentów osobiście, chyba, ze zwycięzcą uzgodni z producentem inny sposób dostarczenia wygranej. Koszty przesyłki na terenie Polski pokrywa producent, poza granicami – zwycięzca. Osoby spoza Unii Europejskiej zobowiązane są również do pokrycia cła oraz podatku obowiązującego w kraju zamieszkania zwycięzcy.

Powodzenia!!!


Jestem pewien, że nie możecie się już państwo doczekać. To naprawdę unikatowe rzeczy, w które zostaną włożone serce i pasja danego producenta. To po prostu okazy kolekcjonerskie. Poniżej znajdą państwo listę dwunastu produktów konkursu „10/10”, o które można się będzie starać:

Ancient Audio pracuje nad specjalną wersją aktywnych kolumn Studio Oslo, z granitowymi podstawami, zmienionymi komponentami, być może nawet z innym kablem połączeniowym (wartość – ok. 8000 zł);

Gigawatt myśli nad tym, jak podrasować swój topowy kabel sieciowy LC-3 MK3 1,5 m (wartość podstawowej wersji 990 euro);

Franz Audio Accessories przygotowuje specjalną wersję platformy antywibracyjnej i kompletu (4 szt.) nóżek pod postawione na niej urządzenie;

Abyssound sprezentuje komuś coś wyjątkowego – kosztujący niemal 20 000 zł przedwzmacniacz liniowy w niebanalnym wykończeniu – najprawdopodobniej ze złoconą ścianką przednią;

Ad Fontes, producent gramofonów przekaże szczęśliwcowi pierwszy, unikatowy egzemplarz gramofonu z nowej, jeszcze nieistniejącej serii „Szczeniak”;

Linear Audio Research z kolei pracuje już nad wzmacniaczem hybrydowym – będzie to pierwszy, specjalny egzemplarz, wykonany specjalnie dla nas;

KBL Sound, z którą wymieniłem parę pomysłów, ma dla czytelników HF swoją topową listwę zasilającą, ale w unikatowym wykończeniu (wartość ok. 9000 zł);

Sounddeco - polska marka zestawów głośnikowych, zaproponowała specjalną wersję swoich najchętniej kupowanych kolumn Alpha F2. Przygotowana z okazji jubileuszu High Fidelity para, ma obrazować kunszt stolarski na wysokim poziomie. Kolumny są wykończone unikalnym, egzotycznym fornirem Bubinga z charakterystycznym usłojeniem typu czeczot. Dodatkowo fornir ten został poddany lakierowaniu na wysoki połysk, co jeszcze mocniej podkreśla luksusowy charakter całości. Jest to jedyna wykonana w ten sposób para, dlatego trudno jest oszacować jej wartość rynkową. Przybliżona wartość to około 9 000 zł.”

Divine Acoustic już teraz pracuje nad niepowtarzalną wersją swoich najlepszych kolumn, modelu Proxima 3. Pan Piotr Gałkowski (właściciel, konstruktor) już pracuje nad kompletem w czerwonym lakierze fortepianowym - to będzie jedyna para w tym kolorze, ponad 20 warstw lakieru. Dodatkowo chciałby umieścić na tej parze 3 elementy:
1. Grawerowane laserem logo na 10-lecie na złotych elementach przy głośniku wysokotonowym,
2. Litery HF10 wytłoczone na skórze pod głośnikiem basowym,
3. Logo „High Fidelity” w kolorze oraz logo nagrody Best Product 2013 z tyłu na tabliczce znamionowej. Oprócz tego będą też czerwone worki ochronne na głośniki, zamiast standardowych grafitowych (wartość całości ok. 10 000 zł).

JAG Electronics, wzmacniacz zintegrowany. Właściciel firmy, pan Dariusz Gryglewski mówi, że będzie to jego najświeższa konstrukcja na pojedynczej EL34 w trybie triody, bez sprzężenia zwrotnego. Zostanie wykonany w jednym egzemplarzu w zupełnie nowej obudowie specjalnie na konkurs. Szczegóły nie są jeszcze znane - JAG szykuje niespodziankę odnośnie jego brzmienia i formy.

RCM, przedwzmacniacz gramofonowy Sensor Prelude IC. W torze wniesiono zmiany, a okablowanie sieciowe wykonano z kabla firmy Argentum. Wartość - ponad 9000 zł.

Rogoz Audio, stolik pod sprzęt audio. Będzie to specjalna wersja stolika antywibracyjnego, który firma dopiero co wprowadza do produkcji - z nowej linii wzorniczej zapoczątkowanej modelem 3RP3/BBS. Będzie to stosunkowo duża konstrukcja (to stolik szeroki - dwa poziomy o szerokości 1150 mm), Uczestnik konkursu dostanie egzemplarz w wersji zmodyfikowanej: z wymienionymi elementami zawieszenia BBS. W standardzie są użyte pół-łożyska z czarnego polimeru węglowego, w tej wersji to elementy wykonane ze stopu stali i krzemu NZ3 lakierowanego na czerwony połysk. Takie elementy będą przygotowane jednorazowo - wyłącznie dla tego egzemplarza. Nagroda na pewno będzie atrakcyjna dla jej zdobywcy, bo ten stolik już w wersji standardowej nie będzie tani (ok. 7 kzł).

Myślę, że warto pisać i telefonować do w/w producentów, aby dopytać się o szczegóły.



TYLKO MUZYKA

Diary of Dreams
ELEGIES IN DARKNESS
Accession Records, A137 Limited, “Limited Edition” CD

Płyta w wersji Limited Edition trwa aż 74:44. To dużo, bardzo dużo. Jak staram się przy każdej okazji zaznaczyć, płyta w idealnym świecie miałaby od 31 do 41 minut długości. Jeśliby byłaby dłuższa, powinna być albumem dwupłytowym. W przeciwnym razie dłuży się i nuży. Z Elegies in Darkness, 11. płytą niemieckiej grupy Diary of Dreams jest inaczej. Grająca muzykę określaną jako „darkwave”, albo „post-gothic grupa pod przewodnictwem jej założyciela, Adriana Hatesa nową płytę wydała 14 marca. Album ukazał się dzięki wydawnictwu Accession Records, które – tak się składa – zostało założone i jest prowadzone przez lidera DoD. Podobnie jak w przypadku albumu Ego:X dostępna jest jej wersja podstawowa (Regular Edition) i edycja limitowana (Limited Edition). Ego:X w wersji limitowanej wyglądała spektakularnie. Krótko po jej ukazaniu się przygotowano również dwupłytową wersję winylową. Elegies in Darkness Limited Edition tak wystawna nie jest. To pudełeczko, w którym znajdziemy digipak oraz 36-stronicową książeczkę z artami i słowami piosenek. Od dłuższego czasu książeczki DoD drukowane są na kredowym papierze i wyglądają, jakby były dodatkowo lakierowane. Wygląda to znakomicie, jednak momentalnie eksponuje odciski palców. Może by więc do wersji specjalnych dokładać bawełniane rękawiczki z logo zespołu? Jeśliby rękawiczki miały kolor czarny, zachowana by została ciągłość stylistyczna projektu, a my słuchając płyty i oglądając książeczkę wyglądalibyśmy zawodowo :) Wersja limitowana została opatrzona inną okładką niż zwykła i ma też trzy utwory więcej.

Muzycznie to jeden z lepszych albumów tej formacji. Utrzymujący się w konwencji wypracowanej na albumach Nekrolog 43, (If) oraz Ego:X, przynosi muzykę pełną melancholii, z momentami niemalże epickimi. Utwory zbudowane są najczęściej w ten sposób, że otwierają ją klimatyczne, tajemnicze wstępy, np. grane na fortepianie po to, aby za chwilę przejść do mocniejszego fragmentu, z chórami, mocnymi gitarami i głośniejszą perkusją, a potem znowu się wyciszyć. Gitary nie są przy tym tak jednoznaczne, jak wcześniej – często brzmią inaczej niż się do tego przyzwyczailiśmy.
Szybkie, gęste fragmenty są wcześniej sygnalizowane zmianą nastroju, oczekiwaniem, nie ma więc „uderzenia”, jakie mieliśmy chociażby na EP-ce Panik Manifesto. Materiał jest więc w pewnej mierze przewidywalny, przynajmniej jeśli chodzi o jego strukturę. Bardzo ciekawie wypada jednak to, co ją wypełnia. Hates ładnie balansuje na granicy mroku i melancholii, aranżując utwory wydawałoby się w podobnej manierze, a jednak za każdym razem zaskakując słuchacza. Pomimo swojej długości album jest więc przystępny, nie nuży. Jak zawsze dodatkowe utwory prowokują do pytań. Zazwyczaj nie odpowiadają bowiem klasą utworom z “regularnej” wersji. Nie tym razem - Mythology Of Violence, An Empty House oraz Remedy Mine są doskonałe i stanowią, moim zdaniem, nierozłączną całość Elegies In Darkness. Dla mnie jest to najlepszy album tej grupy od lat.

Myślę, że w wykreowaniu tak gęstego i intensywnego nastroju pomogła wysmakowana produkcja albumu. Płyty DoD bardzo różnią się jakością realizacji. Zdaję sobie sprawę z tego, że zagorzali fani mają inne zdanie, twierdząc że każdy brzmi co najmniej spektakularnie. Prawda jest inna – duża część realizacji Hatesa jest tak bardzo skompresowana, tak bardzo przesterowana, że chaos, jaki następuje w głośniejszych fragmentach jest wręcz niesamowity. Problemem jest też nie do końca transparentna realizacja wokalu lidera DoD – jest schowany w miksie, a mimo to „wyskakuje” z niego co jakiś czas przez zbyt podkreślone sybilanty.
Nie wszystko z tego, co właśnie opisałem na nowym albumie wyeliminowano. Głośne fragmenty, kiedy mamy do czynienia z kumulacją gitar, chórów, basu i perkusji są skompresowane, a przez to jaśniejsze i nie tak głębokie, jak być powinny. Dotyczy to przede wszystkim sekcji perkusji, a dokładniej – werbli i kotłów. Nie przeszkadza to jednak w dobrym odbiorze muzyki. A to dlatego, że brzmienie całości jest głębokie, z bardzo dobrą grą planami i barwą. Dawno na albumie tej grupy nie słyszałem tak dobrego fortepianu. Najlepiej wypadają spokojniejsze fragmenty. Są gęste i po prostu ładne. Dobrze wówczas operuje się przestrzenią, z elementami w przeciwfazie dającym wrażenie dźwięku dookólnego. Bas nie schodzi bardzo nisko. Jego średni i wyższy zakres są jednak dobrze nasycone i dynamiczne. Dobrze wypełniają więc od dołu środek. Wysokie tony są delikatne i mają sensowną „wagę”, nie są cienkie, tj. nie „cykają”.
Podoba mi się ta realizacja, pomimo jej ograniczeń,. Wolałbym, aby przy masteringu używać mniej kompresji, żeby wokal Hatesa był wyraźniejszy i miał odpowiedni wolumen, z nieco ciepłą sygnaturą. No i przestrzeń mogłaby być gęstsza, a scena głębsza. Wszystkiego jednak mieć nie można. Tu i teraz dostajemy album, który jest chyba najlepiej zrealizowaną płytą tej grupy.

Spis utworów:
01:  Malum 4:53
02: the Luxury of Insanity 5:57
03: StummKult 4:53
04: Dogs of War 5:26
05: a day in December 4:12
06: a dark embrace 6:33
07: the Game 3:53
08: Dream of a Ghost 5:37
09: Daemon 6:00
10: House of Odds 11: the Battle 5:27
12: die Gassen der Stadt 3:16
Extra
13: Mythology of Violence 4:15
14: an empty house 4:30
15: Remedy mine 5:28

Jakość dźwięku: 7-8/10

ReklamaAdvertising

Kim jesteśmy?

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Audio”, „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dĽwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do paĽdziernika 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.
"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.
Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.
"High Fidelity" od lat współpracuje z innymi pismami, zarówno polskimi, jak i amerykańskimi („EnjoyTheMusic.com”, „Positive-Feedback Online”) oraz niemieckimi („HiFiStatement.net”). Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com".

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

Foto

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZˇDZEŃ WYKONYWANE Sˇ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM