pl | en

No.84 kwiecień 2011
John Tu w Krakowie (znowu)

Kraków centrum świata nie jest i nigdy nie był. Niegdyś jedno z większych centrów Europy, od dawna pełni rolę raczej prowincjonalnego, choć niemal milionowego, miasta, dlatego już od dawna nikt, poza historykami, o tym nie pamięta. Drugie, po Warszawie, pod względem ilości mieszkańców, miasto w Polsce (na tym miejscu wymienia się co jakiś czas z Łodzią), była stolica naszego kraju jest dzisiaj nieco sennym, bardzo konserwatywnym, nieco ksenofobicznym, średniej wielkości miastem w Środkowej Europie. Wiem, co mówię – jestem Krakusem, urodziłem się tu i mieszkam, a co więcej – kocham to miasto. Nic na to nie poradzę – wcale nie twierdzę, że jest najlepsze, najpiękniejsze czy coś w tym rodzaju. Wiem, co mu dolega, czego potrzebuje, ale na miłość nie ma rady, ślepa jest i tyle. W każdym razie – Kraków centrum świata nie jest.
Co jakiś czas, na chwilę, staje się jednak centrum audiofilskiego mikrokosmosu, kiedy tylko coś wyjątkowego, unikatowego, premierowego trafia do mnie do testu, albo kiedy spotykamy się w ramach Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego (ostatnie nasze spotkanie opublikował „6moons.com” TUTAJ). Albo kiedy przyjeżdża do nas ktoś wyjątkowy. Takim centrum może się stać każde miejsce na ziemi, pod warunkiem, że zostanie spełniony któryś z powyższych warunków, że zdarzy się coś takiego, jak u nas. Jak się okazuje, najtrudniejsze do zrealizowania jest to ostatnie – WIZYTA.

Tak się jednak składa, że i w tym mamy szczęście do ludzi. Spotykam się w Krakowie dość regularnie z różnymi ciekawymi ludźmi – producentami, dyrektorami, szefami sprzedaży itp. z całego świata. Wystarczy przypomnieć wizyty Fabio Camorani (AudioNemesis i Audio Nautes), Gerharda Hirta (Ayon Audio) czy Kazuo Kiuchi (Combak, Harmonix, relacja TUTAJ). A przecież jedną z ważniejszych osób, z którą się w Krakowie spotkaliśmy jest ktoś z audio związany tylko pośrednio, choć ostatnio mocniej – John Tu.
Na pierwsze spotkanie z Johnem nie byliśmy przygotowani – po prostu „się stało”. Którejś soboty dołączył do spotkania Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego (relacja TUTAJ). I myślę, że nawet jeśli jakoś przyjęliśmy do wiadomości, że słuchamy, rozmawiamy, śmiejemy się z jednym z najbogatszych ludzi świata, właścicielem (i to jedynym) firmy Kingston Technologies, to chyba nie do końca było dla nas to jasne.
Wszystko wyklarowało się, kiedy część z naszych „Towarzyszy” została zaproszona do Johna po to, aby zamontować w jego domu specjalny system Ancient Audio, który powstawał dwa lata, a który został zaprojektowany specjalnie dla niego (relacja z wyprawy – TUTAJ). Bo jeśli ma się okazję przejechać Bugatti Veyron, jednym z samochodów Johna, jeśli jada się w najdroższych restauracjach, kosztuje trufli, pije najdroższe wina, wtedy dociera do człowieka, z kim właściwie ma się do czynienia. Najważniejsze jednak pozostało jedno – z Johnem łapie się znakomity kontakt od razu, bez czasu „przejściowego”, bez potrzeby przezwyciężania jakiś oporów, bez dystansu i tym podobnych. Być może dlatego, że ma on dystans do samego siebie i do własnej pozycji, a może dlatego, że to po prostu dobry człowiek. Nie będą opowiadał o tym, jak i ilu ludziom pomaga, nawet całym wioskom, bo tego John by nie chciał – starannie ukrywa to wszystko przed ludźmi z zewnątrz. Jest bowiem bardzo „prywatnym”, że tak powiem człowiekiem. Wystarczy, że powtórzę – to po prostu dobry człowiek.

Po tym pierwszym wyjeździe do USA chłopcy byli gośćmi Johna jeszcze raz i wtedy zaprosili go do nas, na spotkanie w Krakowie. Trochę to trwało, ludzie w rodzaju naszego przyjaciela z Ameryki właściwie nie mają czasu dla siebie. Wreszcie jednak, któregoś zimnego marcowego dnia dostałem wiadomość: „JEST, szykuj się, za kilka dni będzie w Krakowie!” Tym razem spotkanie miało wyglądać nieco inaczej niż za pierwszym razem, kiedy razem z Johnem słuchaliśmy płyt – tym razem chcieliśmy posłuchać Johna… Tak, to nie literówka – zaraz do tego wrócę. John przyleciał do nas z Warszawy, gdzie wizytował swoją polską centralę. I od razu ujawniła się jego specyficzna, bardzo opiekuńcza cecha charakteru – zamiast po prostu do nas przylecieć, zapakował do wynajętego samolotu kilku swoich najbliższych polskich przyjaciół, a także szefa działu pamięci FLASH, i przylecieli do nas wszyscy razem.
Spotkanie rozpoczęło się od kolacji w restauracji Wentzla na krakowskim Rynku (Rynek 19). Dobra dziczyzna, desery i znakomite wino to jedno. Ważniejsza była jednak chyba rozmowa, jaką prowadziliśmy. John jest bardzo ciekawym rozmówcą – o wielu rzeczach wie więcej, ma informacje z pierwszej ręki, a także zupełnie inne od naszych doświadczenia. Na wiele tematów ma swoje własne zdanie, które potrafi poprzeć ciekawymi, nieraz otwierającymi oczy argumentami.
Przez chwilę rozmawialiśmy też o jego wizycie u nas sprzed lat – wreszcie się przyznał, jak strasznie był wtedy zestresowany i skrępowany, jak bardzo bał się nas , jak mówi „ekspertów, śmietankę audiofilską, która zaprosiła jego, zwykłego człowieka, posadziła przed sprzętem i kazała odpowiadać na trudne pytania”. Trzeba przyznać, że nie dał niczego po sobie poznać …

Rozmawiając z Johnem po raz pierwszy, tak naprawdę rozmawialiśmy jednak nie z właścicielem Kingstona, a z muzykiem – jak kiedyś wspominałem jest on perkusistą, ma własny zespół, z którym regularnie gra. I właśnie to chcieliśmy tym razem wykorzystać – chcieliśmy zabawić się z naszym gościem i umożliwić mu pogranie na bębnach w Krakowie.
I takich miejsc nie brakuje, ale najodpowiedniejszym wydała się nam piwnica mieszcząca Jazz Klub u Muniaka. Z punktu widzenia logistyki jej lokalizacja na ulicy Floriańskiej, niemal dokładnie po przekątnej krakowskiego Rynku, patrząc od strony Wentzla, jest znakomita. Po dobrej kolacji, kilku butelkach piwa dalekie spacery, szczególnie sporo po północy, nie wchodziły w grę… Ważniejsza była jednak osoba gospodarza klubu.
„Wikipedia” nie mówi o nim zbyt wiele. Przeczytamy tam, że Janusz Muniak (ur. 1941) to polski muzyk jazzowy, saksofonista, flecista, aranżer i kompozytor. Że zadebiutował w Lublinie w 1960 roku i w latach 60. i 70. grał z największymi polskiej sceny jazzowej, m.in. z Krzysztofą Komedą (np. Walc z filmu Laterna magica), Tomaszem Stańko (np. na płycie Music For K. (Polish Jazz Vol. 22), Muza XL 0607), Andrzejem Trzaskowskim, Janem Jarczykiem itp. Znajdziemy tam jednak imponującą dyskografię, z której wynika, że Janusz Muniak jest autorem lub współautorem dużej części najważniejszych polskich płyt jazzowych. Jednym słowem – byliśmy w dobrym miejscu.

Lider Janusz Muniak Trio został wcześniej uprzedzony o gościu, nie wyraził sprzeciwu (a przynajmniej głośno go nie uzewnętrznił) i najwyraźniej przygotował się też pod kątem muzycznym. Jego kwintet – saksofon barytonowy, altowy, kontrabas, perkusja, pianino – zagrał bowiem fantastycznie!





Niestety poza liderem i grającym na alcie Marcinem Ślusarczykiem nie znałem żadnego z muzyków i co więcej – o zgrozo!, naprawdę muszę za to przeprosić! – nie znałem żadnego z pozostałych muzyków. A byli młodzi, byli świetni i zamurowało mnie, jak fenomenalnie potrafili znaleźć się w obecności Mistrza. I choć nie po to tam byłem, niejako przy okazji, po raz kolejny, poczyniłem postrzeżenia ważne dla audiofilskiego odsłuchu, takie jak to, że naprawdę trudno wskazać miejsce ustawienia saksofonu „na scenie”, o ile się go nie widzi i że perkusja, jej dynamika raz jest w stanie zakryć wszystko, a dwa, że niesamowicie trudno ją oddać w warunkach domowych i jeszcze, że kontrabas to bardzo cichy instrument. Truizmy, znane każdemu, kto chodzi na nienagłaśniane, albo nagłaśniane z wyczuciem, koncerty jazzowe, ale warte odświeżania.

Przyszliśmy jednak posłuchać, jak gra John i tego byliśmy równie ciekawi. Tym bardziej, że on o tym nie wiedział… A jak się dowiedział, zbladł, kazał sobie podać trzy lufki wódeczki, które szybko wypił i powiedział, że za żadne skarby nie wyjdzie na scenę – „przecież słyszę, jak grają ci ludzie!” – mówił.

Najwyraźniej jednak mamy sporą siłę przekonywania, tym bardziej, że Muniak już go zapowiedział, dlatego John usiadł za garami. Początkowo spięty, z każdą chwilą się rozkręcał. I choć nigdy wcześniej nie grał tego programu, wypadł zadziwiająco fajnie. Tym bardziej, jeśli zważymy, że miał za sobą lot z Warszawy, długą kolację i alkohol we krwi. Najwyraźniej jednak ta mieszanka mu nie przeszkadzała w dobrej zabawie. Bo, przynajmniej my, przed sceną, świetnie się bawiliśmy. No i zespół mu wyraźnie pomagał, forował Johna, co wszystkim wyszło na dobre.

Spotkania z Johnem to zawsze dobra zabawa. Tak było i tym razem. Wiem, że to nie ostatnie z nim spotkanie, bo przecież tuż przed kolacją z nami przeprowadził rozmowę biznesową z panem Jarkiem Waszczyszynem (o sorry – po prostu Jarkiem, tak się jakoś złożyło, że koło północy, po kilkunastu latach „panowania” sobie przeszliśmy na „ty” – można już swobodnie mówić o „kumaniu się”, „kolesiowaniu” itp. – proszę się czuć swobodnie), na którym omawiali kolejne kroki dotyczące odtwarzaczy SDMusA. O pomyśle pisaliśmy w wstępniaku do numeru 79 (TUTAJ), a można go było obgadać z twórcą podczas Audio Show 2010. John jest, prywatnie, współwłaścicielem patentu i jego zapleczem kapitałowym. Myślę, że obecność szefa działu pamięci FLASH też była nieprzypadkowa. Mam nadzieję, że będzie się to rozwijało, może niespiesznie, ale stabilnie. Bo – czy tego chcemy, czy nie – przyszłość audio, także najwyższej klasy, zależy od rynku plików audio, przede wszystkim wysokiej rozdzielczości. A John może być tego częścią.

PLANY

Choć wstępniak zdominowała relacja ze spotkania z Johnem nie mogę nie wspomnieć o tragedii, jaka dotknęła naszych przyjaciół z Japonii. Nie wiem, jak państwo, ale ja mam dość wielkich słów, płaczu itp. Myślę zresztą, że Japończycy ich nie potrzebują, że czuliby się czymś takim zażenowani. Potrzebują natomiast wsparcia w postaci dobrego słowa i potrzebują pomocy materialnej.
Pierwsze zapewniało wiele polskich instytucji i jestem z nich dumny. Także prasa się w to włączyła – przez trzy dni krakowski dodatek „Gazety Wyborczej”, a wiem, że nie tylko on, zamiast charakterystycznego, czerwonego paska koło loga miał czerwone słońce, symbol Japonii. A w środku można było przeczytać zarówno o Japończykach w Polsce jak i o próbie okazania temu narodowi naszej solidarności. Znakomitym wyrazem tego, co myślimy i czujemy okazała się akcja „Żuraw dla Japonii” („Tsuru for Japan”). Jak się okazuje, było to ogromnie dla ludzi STAMTĄD wzruszające, ta „papierowa modlitwa”, i że, jak pisali mi japońscy przyjaciele, nawet tamtejsza telewizja tę akcję pokazała. Zrobiłem tsuru i ja.

To wymiar duchowy. Ważny jest też wymiar materialny. A tu możemy zrobić jeszcze więcej: jak wiadomo, Japonia eksportem stoi i to on jest głównym motorem napędowym ich gospodarki. Możemy im więc pomóc kupując japońskie towary – a tu audiofile mają naprawdę dużo do powiedzenia.

I chyba nie przypadkiem każdy majowy numer „High Fidelity” poświęcony jest urządzeniom z Kraju Kwitnącej Wiśni. Maj to przecież nasze urodziny, w tym roku siódme. Nie wybrałem tego specjalnie, po prostu tak się złożyło. Ponieważ nie wierzę w przypadki, czuję się przez to jeszcze bardziej z Japonią związany. Jak mówię – nie wielkie słowa, nie publiczne cierpienie, a po prostu kilka dobrych słów i wsparcie. Prezentacją urządzeń z Japonii postaramy się dołożyć do tego naszą cegiełkę.

Zaplanowaliśmy:

  • Musica IBUKI - DAC + przedwzmacniacz gramofonowy + wzmacniacz mocy; wyjątkowy system w specjalnej wersji
  • STAX SRS – 4170 – słuchawki + wzmacniacz słuchawkowy
  • CEC TL3 + DA3 – transport CD + przetwornik D/A
  • Acrolink 7N-DA2100 + 7N-DA5100 – interkonekty analogowe
  • TRI TRX-1 + TRX-P6L – przedwzmacniacz + wzmacniacz mocy
  • Air Tight ATM-211 – wzmacniacz mocy
  • Accuphase AC-5 – wkładka gramofonowa
  • Accuphase DP-400/DP-510/DP-600 – odtwarzacze CD i SACD

Jak zwykle plany jedno, a życie drugie, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie, szczególnie, że dostawy z Japonii są teraz bardzo nieregularne.

Wojciech Pacuła
redaktor naczelny



g     a     l     e     r     i     a


Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show