pl | en

No.81 styczeń 2011
Na co komu kabel?

Testując produkty audio z każdego przedziału cenowego, szczególnie przez dłuższy czas, po jakimś czasie zapomina się, jak to było na początku. A na początku był… chaos. Niewiele ze swoich początkowych kroków, jak mówię, pamiętam. Na zawsze pozostaną ze mną, co oczywiste, pewne momenty „progowe”, czy „inicjacyjne”, kiedy w nagłej epifanii, jakimś takim oczarowaniu doznawałem obecności czegoś zupełnie nowego, całkowicie nowej perspektywy, po prostu, kiedy słyszałem dźwięk, który mnie poruszył na tyle, że stał się swego rodzaju stopniem. Bo uważam, że osłuchanie, wrażliwość na dźwięki i – co chyba najważniejsze – umiejętność zwerbalizowania tego (to, co poza językiem jest bardzo słabo dostępne), zinterpretowania i oceny przychodzi z czasem i przypomina mozolne pięcie się po kolejnych stopniach piramidy. Tego typu wrażliwość przychodzi bowiem zarówno ze strony genetyki, czyli osobniczych predyspozycji melomana, a także od szkolenia tej umiejętności, ciągłego uczenia się. I chyba ten drugi element jest najważniejszy.

Zakładam przy tym, że istnieje coś takiego, jak „dźwięk absolutny”, ideał, do którego wszyscy zmierzamy. Jak już kiedyś pisałem, to tylko ideał, wspólna idea, której realizacja różni się w zależności od tego, kogo zapytamy i czego od sprzętu oczekujemy. Jeśliby bowiem założyć, że świat audio w całości to coś w rodzaju przywołanej piramidy, to widać, że do celu można dojść różnymi drogami, nawet przeciwstawnymi, o ile zawierają się w jej powierzchni (czyli – idziemy którymś z jej boków). To rzecz, o której co jakiś czas mówię przy okazji testów – np. kiedy wskazuję na to, o jakiej klasie sprzętu mówimy i przypominam produkt mający inny charakter, ale należący do tej samej klasy, co testowany. Bo do celu można dojść różnymi drogami, pod warunkiem, że wiemy, gdzie idziemy i nie pobłądzimy. Myślę, że to, co napisałem jest jasne. Nie aż tak jasne jest jednak to, co się z tą bryłą łączy – jeśli państwo pamiętają piramidę Cheopsa, wiecie, że jej wierzchołek wygląda nieco inaczej niż pozostałe powierzchnie, jak gdyby został na całość nałożony, jakby pochodził z innej budowli. W audio też jest coś takiego, jak „fałszywy wierzchołek”, coś w rodzaju przestrzeni nieokreślonej, w której poruszamy się z daleko posuniętą niepewnością. Choć teoretycznie wierzchołek powinien być idealnie widoczny, bo takim „dźwiękiem absolutnym”, punktem odniesienia jest dźwięk na żywo, przede wszystkim dźwięk niewzmocnionych instrumentów akustycznych i głosu, to w praktyce to miraż, za którym gonimy, a który nie do końca należy do naszego świata. Czy ktoś z państwa zastanawiał się, w jaki sposób odtworzyć w domu orkiestrę symfoniczną? Z jej właściwymi rozmiarami i z natężeniem dx wieku, jaki się w czasie tutti osiąga? Albo jak oddać koncert rockowy tak, jak on brzmi na stadionie? Nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby od razu powiedzieć, że to fizycznie niemożliwe. To raz. Nie bądźmy jednak pesymistami i przyjmijmy na chwilę, że decydujemy się na granie małych składów, a najlepiej trio. To jest zresztą przypadek dużej części nagrań jazzowych. Mamy to? To proszę sobie teraz wyobrazić, że perkusja stoi dwa, trzy metry przed nami, a głos jeszcze bliżej. Pewnie gdzieś w klubach są i takie siedzenia, ale zwykle to najgorsze miejsca. Najlepiej słucha się tego z odległości 5-10 m, szczególnie jeśli w grę wchodzi fortepian. A i to, jeśli perkusista bardzo uważa na odpowiedni balans między nim i głosem, jeśli fortepian nie gra zbyt głośno. A co, jeśli mieliby ochotę poimprowizować? Pamiętam dobrze koncert Patricii Barber w katowickim klubie Hipnoza (relacja TUTAJ), gdzie siedziałem z sześć, siedem metrów od perkusji. A ta grała momentami bardzo, bardzo głośno i wiem, że w domu się tego powtórzyć po prostu nie da.

Z drugiej strony znakomitym przykładem na to, że nawet niewielkie składy, byle zagrane we właściwej akustyce, np. muzyka klasyczna, także wymagają dużej przestrzeni. Tak się składa, że bardzo dobre miejsce miałem też podczas krakowskiego koncertu zespołu La Poème Harmonique, siedząc około czterech, może pięciu metrów od sopranistki Claire Lefilliâtre. Mogłoby się wydawać, że to podobna sytuacja do tego, z czym mogę mieć do czynienia w dużym pokoju, siedząc przed kolumnami, prawda? No właśnie, że nie – razem z głosem „śpiewała” akustyka potężnego kościoła św. Katarzyny, w którym koncert sie odbywał. Poza tym muzycy rozstawieni byli na dość dużej powierzchni. Mam nadzieję, że rozumieją państwo, co chcę powiedzieć? Wierzchołek piramidy, o którym mówię nie istnieje. Nie da się powtórzyć w domu doświadczenia z koncertu na żywo i najlepiej od razu się na to przygotować.

Co jest więc punktem odniesienia dla melomana, a także dla recenzenta sprzętu? Są dwa źródła, w których odbija się domowe audio. Jedno to… wydarzenie na żywo. Tak, ostatecznie i tak brzmienie głosu jest podstawowe, a także instrumentów akustycznych. Rzecz jednak w tym, że chodzi raczej o pewną GRUPĘ, pewną KLASĘ głosów, instrumentów itp., a nie o poszczególne, konkretne głosy i instrumenty. To brzmienie na żywo jest punktem odniesienia, ale wcale nie „twardym” – patrz, co napisałem powyżej. Ten punkt widzenia musi być bowiem skorelowany z tym, jak płyty brzmią w najlepszych, znanych nam systemach. Tylko połączenie naszej pamięci „auralnej” i „sonicznej” z koncertów i odsłuchów daje wypadkową tego, czego można się spodziewać ze słuchanego, testowanego itp. systemu audio. Musimy bowiem znać realny dźwięk – powtarzam, że chodzi o pewną klasę, nie o indywidualne brzmienie – ale w połączeniu z możliwościami systemu audio.

Widzę, że trochę się rozpisałem. A przecież chodziło tylko o wstęp do historii, która miała miejsce tydzień temu. Razem z dobrym znajomym rozwijałem kable, przygotowując się do nagłaśniania małego zespołu grającego i śpiewającego muzykę spirituals. Znajomy, o którym mówię z audio i akustyką nie ma nic wspólnego i tylko pomagał mi rozkładać sprzęt na scenie. I w pewnym momencie rzucił, że jestem chyba najlepszym człowiekiem, żeby o to spytać – oto jego znajomy kupił system audio za 15 000 zł. Do tego jednak sprzedawca dobrał mu komplet kabli, który też kosztował 15 000 zł. Tak zestawiony sprzęt gra podobno znakomicie, ów znajomy jest z dźwięku niezwykle zadowolony, ale jak zadra pod paznokciem tkwi mu to, że musiał wydać drugie tyle, żeby sprzęt zagrał jak trzeba – wcześniej też było OK., ale nie był to nawet ułamek tego, co ma teraz. Na koniec rozmowy padło pytanie: „Wojtek, czy oni go oszukali?” Odpowiedzi może być kilka i każda z nich będzie miała jakiś sens. Żadna nie odpowie jednak na podstawowe pytanie, tak naprawdę kryjące się za tą historią: czy trzeba płacić takie pieniądze za kable. Bo najpierwsza odpowiedź na pytanie mojego znajomego jest taka, że nie – nikt tamtego melomana nie oszukał. Po prostu zdarzyło się, że ktoś złożył system tak, jak to powinno wyglądać. Innymi słowy – kable to, moim zdaniem, równoważny składnik systemu. Każdy, kto choć raz słyszał dobry system, w dobrych warunkach i zmieniał kable wie, jak to wygląda. Jeśli nawet w tak sprzyjających warunkach zmiany nie słyszy, to – to znowu tylko moje zdanie, ale poparte wieloletnim doświadczeniem i fizyką – jest głuchy. Ale i szczęśliwy – może kupić małe radyjko i będzie z tym szczęśliwy. I nie ironizuję, bo jednym z najlepszych zakupów ostatnich lat w moim wydaniu było nabycie radia Tivoli Audio Model One. Jak jednak mówię – jeśli państwo „nie wierzycie” w kable, proszę wypróbować je w jakimś dobrym systemie, albo poprosić jakiś sensowny salon o zorganizowanie takiej sesji dla kilku ludzi. Taka edukacyjna rola na pewno by się sklepom przydała.

Wciąż jednak zadra, o której mówiłem, pozostanie. Bo jest też druga strona tj. sytuacji – kable są za drogie. Ich cena nie ma się nijak do materiałów, nakładu pracy i badań materiałowych – trójcy, która składa się na cenę wytworzenia tego produktu. Myślę, że wszystkie kable powinny kosztować mniej niż 50 % obecnej wartości, a jeśliby to było 25 %, to byłoby jeszcze lepiej. Problemem jest jednak to, ze jeśli kabel jest dobry, jeśli dźwięk systemu nim połączonego jest znacznie lepszy, to będzie drogi. Można mówić o pewnym korporacyjnym „zamachu” na nasze kieszenie, jeśli pod mianem korporacji w tym przypadku będziemy rozumieli wszystkich producentów okablowania. Tak jest i trzeba się z tym oswoić. Bo nie jest tak, że ktoś się wyłamuje i nagle za pół ceny sprzedaje kable równie dobre, jak te dwukrotnie droższe. Nie znam takiego przypadku, poza producentami, którzy sprzedają swoje wyroby bez pośrednictwa sklepów i dystrybutorów – oszczędzają po prostu na dwóch marżach pośredników (przykładem jest marka Vipera, której kable testowałem w zeszłym miesiącu). Ponieważ jednak nie mają sieci sprzedaży, to niemal zawsze pozostają pewnym marginesem. A jeśli są równie znane, jak kable dystrybuowane w klasyczny sposób, to przede wszystkim dzięki intensywnej kampanii promocyjnej, bo jeśli nie w sklepie, to muszą się pokazywać w specjalistycznych magazynach, co znowu winduje ceny, bo za reklamę trzeba czymś opłacić.

Bo dobry kabel kosztuje. Nie powinien aż tyle, ale świat nie jest sprawiedliwy i wiele rzeczy powinno wyglądać inaczej niż wygląda. Można się zbuntować i kupić coś niedrogiego, najlepiej z działki „pro” (studyjnej) i będzie OK. Ale nigdy nie osiągniemy tego samego, co z okablowaniem od dobrego specjalisty. Przynajmniej moim zdaniem.

Dlatego rozumiem człowieka o którym piszę, bo wydanie takiej samej ilości pieniędzy na kable, co na system boli. Proszę jednak zwrócić uwagę informację, która w jego wypowiedzi jest równie ważna: system z dobrymi kablami zagrał dokładnie tak, jak sobie to ów człowiek wymarzył. Bez nich to nie byłoby to samo. Czy nie o to w tym wszystkim chodzi? Jak dla mnie to dokładnie o to – o satysfakcjonującą jakość dźwięku. Dlatego warto pomyśleć o zestawie audio jak o SYSTEMIE. System składa się z dobranych z uwagą elementów, w których każdy współgra z innymi i każdy jest tej samej klasy, co pozostałe. Dlatego klasyczne podejście, w którym kupujemy elektronikę i kolumny, a potem za to, co nam zostanie dokupujemy kable jest błędne. Musimy myśleć o tym, jak o organicznej całości. Najlepiej, jeśliby każdy z elementów kosztował tyle samo, co inne. Dlatego proporcja 1:1 (sprzęt : kable) jest idealna. Można ją jednak nieco wewnętrznie zmodyfikować. Mając określoną sumę pieniędzy najwięcej wydałbym na wzmacniacz, następnie w kolejności na źródło (gramofon, odtwarzacz plików lub CD), potem na kable i w końcu na kolumny. Nie maja państwo pojęcia, jak genialnie potrafi zagrać kolumna za 1000 zł z dzielonym wzmacniaczem za 250 000 zł! Z kolei równie źle potrafi zagrać bardzo droga kolumna z tanim wzmacniaczem. Jest coś takiego, że im lepsza kolumna, tym więcej błędów elektroniki pokazuje, tracąc z oczu to, co najważniejsze – muzykę. Z drugiej strony im lepsza elektronika, tym więcej potrafi ona wydobyć z kolumny, bez podkreślania jej wad, dążąc właśnie do muzyki, nie do „hi-fi.

I na koniec kable. Ale nie dlatego, że trzeba na nie wydać najmniej (patrz wyżej), ale dlatego, że to one decydują o charakterze dźwięku i warto do nich podejść na końcu, kiedy mamy wstępnie wybrany zestaw. Ale nie kupiony – dopiero przygotowany. Jeśli to ma być system, to trzeba go usłyszeć i zestawić w całości, a nie po kawałku. A kable są ostatecznym szlifem, który spina wszystko w jedną całość. I to one mogą nadać całości charakter. I tu chciałbym wrócić do tego, o czym pisałem na początku – do różnych dróg dojścia do celu. Proszę się za bardzo nie przejmować tzw. „neutralnością”. „Neutralność” w słowniku branży audio znaczy co innego, niż definicja słownikowa, języka ogólnego (każda branża ma swoje języki branżowe, różniące się od ogólnych). U nas określa się tak systemy, w których nic nie dodano, tj. nie ma podbarwień, zniekształcenia są niskie itp. Jednocześnie jednak w takim „neutralnym” systemie najczęściej brakuje pewnych rzeczy, jakby wprawdzie nic nie zostało dodane, jednak w tym samym czasie coś zostało ujęte – najczęściej chodzi o małe nasycenie, suche brzmienie i denerwujące wysokie tony. Proszę składać system tak, żeby państwa satysfakcjonował. Trzeba się oczywiście trzymać pewnego rdzenia, kośćca, czytając, radząc się, ucząc się, chodząc na koncerty i słuchając jak najwięcej różnych systemów. Jednak drogi do celu są różne – może to być system cieplejszy, zimniejszy, bardziej precyzyjny, eufoniczny itp. Jeżeli będziemy się trzymali w pewnym marginesie swobody (im tańszy sprzęt, tym margines szerszy – to stąd figura piramidy), to wszystko będzie OK., a my złożymy system, na którym muzyka będzie grała tak, jak to sobie wymarzymy – a o to chyba w tym wszystkim chodzi.

Plany

No. 82, luty 2011

Mikołaj Bugajak (aka Noon) – wywiad
Aspara Acoustics HL1 – tubowe kolumny wolnostojące
KingRex UD-01 PRO + HQ-1 – przetwornik USB+ wzmacniacz słuchawkowy, polska premiera, brak dystrybutora
Live Cables – topowe kable sieciowe z Holandii, polska premiera, brak dystrybutora
Viva Audio 300B – wzmacniacz na lampach 300B, polska premiera
Ascendo System ZF3 S.E. – kolumny wolnostojące, premiera światowa
Scheu Analog Premier Mk II – gramofon
Krakowskie Towarzystwo Soniczne, spotkanie #75 – Częstotliwość próbkowania – więcej znaczy lepiej?

No. 83, marzec 2011

Jak ostatnio wspominałem, zainteresowanie państwa moim testem przetworników D/A w „Audio” przeszło moje wszelkie przypuszczenia, w marcu przygotujemy specjalny numer poświęcony urządzeniom związanym z siecią – odtwarzaczy plików, przetworników D/A, przede wszystkim USB, kabli USB, konwerterów USB-RCA. Drugim źródłem inspiracji był dla mnie pierwszy w historii numer japońskiego pisma „Net Audio”, które niedawno trafiło do sprzedaży (wyd.: PhileWeb,Vol.01, 2010 Winter). Japończycy naprawdę wiedzą, co dobre!

Planujemy testy:

  • HIFIDIY Mini APE/Mini USB DAC SE - odtwarzacz plików audio/przetwornik D/A
    Dostajemy ten zestaw bezpośrednio z Chin, firma prowadzi sprzedaż bezpośrednią. To przykład na to, jak za niewielkie pieniądze można zbudować fajny system audio.




  • HiFiMan HM-602 + EF5 + HE-5LE - odtwarzacz przenośny plików + wzmacniacz słuchawkowy + słuchawki
    HM-602 to najnowszy odtwarzacz przenośny firmy HiFiMan ze slotem na kartę pamięci SD. Zbudowano go na wysokiej klasy przetwornikach, obsługuje m.in. bezstratne formaty FLAC do 24 bitów i 96 kHz.




  • Alpha Design Labs (by Furutech) GT40 + GT2-B + Dynaudio Focus 110A – przetwornik D/A + kabel USB + aktywne kolumny podstawkowe
    System jak marzenie, oparty wyłącznie na komputerze w roli źródła. To taki pomysł na zestaw – gotowiec. Wystarczy podłączyć do tego komputer i otrzymamy dźwięk, przy miejscu pracy, lepszy niż duża część „pełnoprawnych” systemów audio.

  • Blacknote USB DAC 30 TUBE - odtwarzacz plików audio
    To najnowsza wersja odtwarzacza/przetwornika D-A, którego pierwszą wersję DSS 30 Tube niegdyś testowaliśmy (TUTAJ).

  • Luxman DA-200 – przetwornik D/A
    To najnowszy produkt Luxmana, mamy nadzieję, że zdąży na czas – na razie nie ma go nawet na firmowych stronach Luxmana. To tak naprawdę przetwornik D/A z wejściem USB, przedwzmacniacz i wzmacniacz słuchawkowy.

  • Acoustic Revive USB-1.0 OSP/USB-5.0 OPL – kable USB
    Już o nich wspominałem – to niesamowite kable USB japońskiej firmy Acoustic Revive, w których zasilanie prowadzone jest innym kablem niż sygnał.

  • Olive O6HD - odtwarzacz plików audio
    Nowa, topowa wersja bazująca na popularnym modelu O4HD.

  • High Resolution Technologies Music Streamer Pro – przetwornik D/A
    Jeszcze nie wiem, jaki to będzie model, najprawdopodobniej Pro

  • Dune MAX – odtwarzacz plików wideo i audio
    Genialne, tanie urządzenie, które używam od pół roku.

    Staraliśmy się tym razem dobrać produkty nie tak oczywiste, jak zwykle, mając na uwadze ich cenę. Odtwarzacze plików Linna czy Naima można przecież przetestować w każdej innej chwili.

    Ponieważ tym numerem „High Fidelity” rozpoczynamy drugą dekadę XXI wieku, chciałbym nam wszystkim życzyć mnóstwa genialnej muzyki granej na równie genialnym systemie – czyli tak, jak to powinno zawsze wyglądać. Niech następne dziesięciolecie będzie jeszcze lepsze niż ostatnie!!!

    Wojciech Pacuła
    redaktor naczelny





  • Kim jesteśmy?

    Współpracujemy

    Patronujemy

    Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

    "High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

    "High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

    Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

    "High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

    Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

    positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


    Audio Video show


    linia
    Vinyl Club AC Records
    linia
    Audio Video show