pl | en

No.70 luty 2010
PRZEŁAMUJĄC FALE

Żyjemy w ciekawych czasach. Wprawdzie Chińczycy, którzy wkomponowali ten zwrot w przysłowie, chcieli w ten sposób przestrzec przed czymś takim, to z mojego punktu widzenia, punktu widzenia namiętnego czytelnika prasy i książek, melomana, audiofila wreszcie, „ciekawe czasy” równają się jednoznacznie z „dobre czasy”. Na moich oczach dzieje się oto coś, co zmienia paradygmat, według którego działały dotychczas wydawnictwa – i te „papierowe”, i płytowe. Zmiana polega na przejściu z fizycznych nośników na lokowane w pamięci pliki. To przejście ze świata „rzeczywistego” do ‘wirtualnego”, zmiana czegoś materialnego w ciąg zer i jedynek. Ponieważ jednak jesteśmy przyczajeni do fizycznego kontaktu z produktem, tj. książką, gazetą, magazynem, płytą itp. zmiana ta nie jest tak szybka, jak by mogła być i jak by to wynikało z „logiki czasów”. Problemem jest zresztą nie tylko konserwatyzm czytelników i melomanów, a sprawa prozaiczna – prostota „obsługi” papierowej gazety (książki) i płyty. Proponowane dotychczas rozwiązania związane z cyfrowym obrazem tych rzeczy nie były specjalnie ergonomiczne i nie mogły, po prostu nie mogły przekonać do siebie użytkowników.

Teraz to się zmienia. Wraz z pojawieniem się wygodnych czytników korzystanie z internetowego wydania gazety jest znacznie łatwiejsze niż poprzednio, a informacje są uaktualniane na bieżąco. Zaraz dostaniemy do ręki tablet Apple’a, który skazany jest na sukces, a który doda do możliwości czytania tekstu, przeglądanie internetu, oglądanie filmów, słuchanie muzyki itp. W stereo i w kolorze. Problemy takie, jak czytelnicy mieli także (przepraszam za czas przeszły, ale chciałbym to pokazać jako coś progresywnego, „dziejącego się”) także melomani/audiofile. Serwery służące do gromadzenia danych z płyt audio były duże, szumiały, były niewygodne w obsłudze. Dlatego też, poza naprawdę zdecydowanymi ludźmi, najczęściej znającymi się doskonale na technikach komputerowych, były nie do przyjęcia.

I tu zmieniło się wszystko wraz z wejściem do sprzedaży pierwszych odtwarzaczy plików Linna, a potem Naima. Pomyślane jako odmiana odtwarzaczy CD, są znacznie łatwiejsze do zaakceptowania przez zwykłego człowieka, który chce po prostu posłuchać muzyki. A jednak wciąż nie mamy do czynienia z masą krytyczną, bo technologia ukryta w tych odtwarzaczach przekracza możliwości większości producentów sprzętu audio. A audiofilów nie przekonuje nawet fakt, że plik zgrany do pamięci stałej (FLASH lub dysku twardego) gwarantuje dźwięk lepszy niż ten sam materiał grany z napędu. Bo mechanika to wąskie gardło każdego standardu opartego o nośnik optyczny. A przecież to nie koniec – przecież dopiero odtwarzacze plików są wolne od obawy „zmiany standardu”, a tego boją się wszyscy producenci. Muszą sobie przecież odpowiedzieć na pytania, w rodzaju: czy warto inwestować w nowy, drogi odtwarzacz CD? Czy może lepiej przygotować SACD? A może odtwarzacz uniwersalny – a jeśli tak, to koniecznie z Blu-rayem, inaczej będzie anachroniczny. Ale rodzi to nowe problemy. I tak w kółko. Odtwarzacze plików są wyzwoleniem, bo odtworzą każdy rodzaj plików, bez „pytania” o to, z czym mają do czynienia. Zmieni się coś? Wystarczy wprowadzić nowy software, albo bezpośrednio z sieci, albo przez komputer.

Wciąż największą przeszkodą pozostanie jednak ludzka mentalność i przyzwyczajenia. Obcowanie z fizycznym nośnikiem, z gazetą, magazynem itp. jest bowiem przeżyciem niepowtarzalnym. Zapewne nasze dzieci podchodzą do tego inaczej, bo dla nich naturalne jest ściąganie muzyki z sieci, a nie kupowanie płyt. Kiedy zaś dostaną możliwość magazynowania gier na dyskach, ściągania ich z sieci, nic tego nie zatrzyma. Być może nasze pokolenie musi wymrzeć, żeby wszystko się zmieniło… Niezależnie od tego, jak szybko zmiana ta nastąpi, korzystanie z czytników/odtwarzaczy musi być łatwe, intuicyjne, żeby w ogóle miały rację bytu. Dlatego też najłatwiej byłoby, gdyby odtwarzacze plików wyglądały, jak playery Naima czy Bladeliusa – na ściance przedniej mają duży, dotykowy wyświetlacz i wyglądają jak normalny odtwarzacz CD. I tak też się je obsługuje. Na tym tle propozycja Linna wydaje mi się nieco bardziej skomplikowana, wymaga bowiem podłączenia zewnętrznego dysku i sterowania urządzeniem z zewnętrznego sterownika. Tak naprawdę nie jest to trudne, ale jest to kolejna komplikacja.

Tak więc, biorąc pod uwagę to, co powiedziałem, jest więc sens w kupowaniu drogich odtwarzaczy CD lub SACD? Mogę odpowiedzieć tylko za siebie – jest. Właśnie kupiłem nowy odtwarzacz CD Ancient Audio. Znam zalety odtwarzaczy plików, to jest przyszłość, jednak wciąż potrzebuję wziąć płytę do ręki, oglądnąć okładkę, przeczytać wkładkę itp. Ciekawe przy tym jest to, jak będziemy identyfikowali pochodzenie pliku. Przecież dany materiał mogą przygotować różne firmy, w różny sposób. Plik jest „anonimowy” ponieważ nie „widać”, kto to wydał i jak. Czy będą pliki „Japończyki”? Czy wszystkie pliki wysokiej rozdzielczości będą naprawdę hi-res? Przecież wystarczy upsamplować sygnał z płyty CD, żeby „wyglądał” jakby był wysokiej rozdzielczości. A sygnał będzie zawierał dokładnie tyle samo informacji, co z CD. Być może najwyższej klasy odtwarzacze muszą być wyposażone w jakiś analizator widma, który mu „podpowie”, jaki to sygnał.



To wciąż sprawy przed nami. Tu i teraz mamy do czynienia z prawdziwym wysypem odtwarzaczy plików. Każda firma nazywa je sobie jakoś samodzielnie, np. Linn: Direct Stream Player, Naim: Hard Disc Player, Bladelius: Silent Replay System, Blacknote: Digital Static Source, T+A: Network Player itd. To wszystko są jednak odtwarzacze plików audio, a ich nazwy wskazują na użytą w nich technologię, a nie na rodzaj urządzenia. Wciąż większość producentów przy magazynowaniu danych (plików) korzysta z dysków twardych, bo oferują bardzo dużą pojemność za niską cenę, jednak powoli się to zmienia – odtwarzacz Bladelius Embla oparty jest o pamięci FLASH, cichsze i „pewniejsze”. Ale nic to – zapewne, kiedy tylko dyski twarde oparte o stałą pamięć stanieją i będą miały wystarczającą pojemność, wszystkie firmy łatwo na nie przejdą.

Jak na tym tle wytłumaczyć eksplozję winylu? Chodzi chyba przede wszystkim o swego rodzaju obywatelski sprzeciw przeciwko komplikacji życia. Choć obsługa gramofonu jest znacznie bardziej czasochłonna, to jednak jest zrozumiała i przejrzysta. No i wciąż dźwięk jest lepszy niż z cyfry. To dokładna odwrotność odtwarzaczy plików, bo płyty są duże, zajmują wiele miejsca, trzeba je kupić w sklepie, nie da się ich ściągnąć do komputera itp. A jednak wciąż i wciąż wielu ludzi wybiera właśnie taki sposób dostępu do muzyki. Taka kontrreakcja jest psychologicznie zrozumiała i była do przewidzenia. No i ten dźwięk…

Będąc przy winylu muszę się do czegoś przyznać, choć nie jestem typem ekshibicjonisty: jestem zniesmaczony dźwiękiem z płyt CD. To znaczy byłem, jeszcze niedawno byłem, a teraz się powoli z tego leczę. Otóż przez jakieś trzy miesiące nie miałem swojego odtwarzacza CD, który sprzedałem, czekając na nowe dzieło pana Waszczyszyna. W tym czasie grałem muzykę jedynie z gramofonów – Transrotor Argos i Bergmann Audio Sindre. Przyzwyczajenie się do testowania wyłącznie z wykorzystaniem gramofonu nie było łatwe. Ostatecznie lata cyfrowego „treningu” zrobiły swoje. Brzmienie gramofonu jest bowiem na tyle inne niż cyfry, że trudno je do siebie bezpośrednio porównywać. Początkowo brakowało mi powtarzalności i „pewności” dźwięku, jaki gwarantuje medium cyfrowe. Można na nim polegać o tyle, że zawsze pasmo przenoszenia jest szerokie, dynamika wysoka itp. Po trzech miesiącach z winylem dźwięk cyfry wydał mi się jednak niesłychanie nudny. To najważniejszy zarzut, jaki miałem. Nie chciało się go słuchać. Musiałem przejść przez miesięczny „kurs” adaptacyjny, w czasie którego słuchałem płyt CD, na nowo się przyzwyczajałem do tego przekazu itp. W porównaniu z analogiem cyfra jest płaska emocjonalnie i nawet z najlepsze odtwarzacze CD i SACD grają w nieco stłumiony sposób. Nie chodzi o pasmo przenoszenia, bo akurat pod tym względem dobry CD gra bardziej otwartym dźwiękiem, a o tłumienie emocji. Nie wiem dokładnie, jakie są tego przyczyny, ale efekty są właśnie takie.

Mimo to odtwarzacz CD jest ważnym elementem mojego życia. Kilka tysięcy płyt, jakie upchnąłem w mieszkaniu daje mi coś w rodzaju „pewności” – zawsze mam czego słuchać, co oglądać itp. Znam historię każdej swojej płyty, co też jest częścią mnie. Dlatego też odtwarzacze plików są dla mnie czymś, do czego muszę dopiero dorosnąć.

Producenci zauważyli jednak ten trend, bo oprócz odtwarzaczy tego typu proponują niebywałą ilość przetworników D/A. Element, który przez ostatnie kilka lat znikał z horyzontu, teraz został nagle zrehabilitowany. Przypomnijmy, że początkowo chodziło o poprawienie brzmienia odtwarzaczy CD, w których najsłabszym elementem był zwykle moduł przetwornika i układów wyjściowych. Po jakimś czasie firmy nauczyły się projektować odtwarzacze zintegrowane, równie dobre, a nawet lepsze, niż urządzenia dzielone. Po prostu zalety jednego rozwiązania przeważyły nad jego wadami i zaletami drugiego. Wraz z nadejściem ery odtwarzaczy plików oraz komputerów w roli źródeł audio sprawa znowu odżyła i powtarza się dokładnie ta sama historia. To dlatego przetworniki Weissa, Berkeley Audio Design i inne, pozwalające na dekodowanie sygnału 24/192 są tak popularne. I zapewne ten trend jeszcze chwilę potrwa. Żyjemy bowiem w ciekawych czasach, nie mam co do tego wątpliwości. I jestem z tego powodu szczęśliwy…

Avatar – raz jeszcze

Pisząc w zeszłym miesiącu o filmie Avatar, zachwycając się techniczną stroną tego widowiska, nie miałem pojęcia o tym, jak wiele emocji wzbudza sprawa wyświetlania go w dwóch formatach – w kinach Imax i w cyfrowych kinach Cinema City. Przeważająca część wpisów na różnych forach (nie korzystam, ale referował mi te sprawy mój syn) mówiła, że jeśli oglądać Avatara, to tylko w Cinema City. Ponieważ z projekcji w Imaxie (Kraków) byłem niebywale zadowolony i pod wrażeniem, po prostu MUSIAŁEM zobaczyć ten film jeszcze raz. Wybrałem się więc do Cinema City, największego chyba w tej chwili multiplexu tej sieci, w Bonarce (ul. Kamieńskiego 11, 30-644 Kraków, mail: bonarka@cinema-city.pl). Duża sala, bardzo duży ekran i… Nie mogłem uwierzyć własnym oczom (uszom też, ale nie o to chodziło przede wszystkim): to był tylko cień tego, co widziałem w Imaxie. Już pierwsza scena, kiedy główny bohater budzi się w komorze hibernacyjnej, gdzie latają mu przed twarzą małe kulki wody potwierdziła – jak dla mnie – supremację, znacznie bardziej zaawansowanego technicznie, formatu Imax. W „CC” to były jakieś bździny (przepraszam za język, ale inaczej się nie da), podczas kiedy w „I” miały konsystencję, wyraźną trójwymiarowość i były po prostu większe. I niech nikt nie mówi, że rozmiar nie ma znaczenia! Obraz w „CC” był znacznie mniej trójwymiarowy i bardziej rozmyty. Najbardziej bolały jednak słabsze kolory. Pamiętam dobrze mój pierwszy film w cyfrowym kinie Kijów (Kraków, Al. Krasińskiego 34, 30-101 Kraków, tel. 12 433 00 33, mail: kijow@kijowcentrum.pl). Obraz wydał mi się wówczas nieco zgaszony i nie tak ostry, jak w „CC”. Po kolejnych seansach okazało się jednak, że to znacznie bardziej naturalny obraz, plastyczny, niebywale zmysłowy. I niebywale detaliczny, ale te detale nie były „wypalane” na moje siatkówce, a podawane z naturalną miękkością. Po prostu w multipleksach obraz jest jaśniejszy, ale przy tym trochę prostacki. I dokładnie taka sama różnica była między Avatarem w Imaxie i Avatarem w Cinema City. Nie mówię, że coś w „CC” było zepsute, że ktoś popełnił błąd – mówię tylko, że technologia Imaxa jest znacznie bardziej wyrafinowana i po prostu obraz jest tam lepszy. A dźwięk… Mój Boże – nie ma o czym mówić. Ponieważ zaraz po pierwszym moim seansie z Avatarem kupiłem japońską wersję soundstracku z filmu (na CD Japan) miałem jakie-takie pojęcie o tym, co wcześniej słyszałem i było naprawdę bardzo dobrze. Dźwięk w „CC” był o kilka klas gorszy. Tyle. Nie chcę nikomu przywalać, ani nikogo sekować, ale nie mogę zamykać oczy – nomen omen – na to, co widzę.

Wojciech Pacuła



Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show