pl | en

No.63 lipiec 2009
CZARNE TAJEMNICE



We wtorkowym wydaniu „Gazety Wyborczej” ukazał się ciekawy artykuł opowiadający o odkryciu najstarszego na świecie zapisu dźwięku (P. Cieśliński, Nagranie z zaświatów, „Gazeta Wyborcza”, 9 czerwca 2009, s. 17.). Choć sprawa była w środowisku znana już wcześniej, to jednak takie popularyzatorskie spojrzenie jest nieocenione. Przypomnę w skrócie, że chodzi o zweryfikowanie dotychczasowego lidera w tej dziedzinie, nagrania Edisona z 1877 roku (nagranie nie zachowało się, pierwsza zachowana rejestracja Edisona to oratorium Haendla z 1888 r.). Amerykańscy naukowcy odnaleźli bowiem w archiwach Francuskiej Akademii Nauk zapis jeszcze starszy, bo pochodzący z lat 1853-54, z piosenką ludową z roku 1860, którą udało się odczytać. No właśnie – w tym przypadku problemem był bowiem odczyt. Ojcem pomysłu był Francuz Éduard-Léon Scott de Martinville, który w roku 1957 opatentował swój wynalazek. Z zewnątrz jego urządzenie podobne było do phonographu Edisona: miało dużą tubę, do której się mówiło (lub śpiewało), a na jej węższym końcu zamocowana była membrana, poruszająca rylcem. Ten z kolei rysował, w takt drgań membrany, linię na wcześniej osmalonym dymem lampy naftowej cylindrze. Prymitywne jak diabli, jednak takie były początki. Problemem okazało się nie nagranie, a jego odtworzenie. Scott niczego takiego nie zakładał, a w jego eksperymencie chodziło mu tylko o badanie nad falami dźwiękowymi i ich graficzną reprezentacją. Wynalazek Francuza był pierwszy, jednak siła przebicia Edisona i jego rozeznanie w sprawach promocji sprawiły, że cały świat właśnie jego zna jako wynalazcę mechanicznego zapisu dźwięku.



To jednak tylko wstęp do tego, o czym chciałbym powiedzieć. W tym samym artykule Piotr Cieśliński wspomina także o innym sposobie zapisu dźwięku, a mianowicie o „wirtualnej igle” za pomocą której naukowcy z Biblioteki Kongresu USA odczytują stare nagrania bez potrzeby fizycznego kontaktu z nośnikiem – to oni odczytali ślady rylca. Taki sygnał miałby być zapisywany, a następnie analizowany i dekodowany w komputerze. I wtedy przypomniało mi się coś, o czym już chyba wszyscy zapomnieli – gramofony analogowe ELP Corporation of Japan, pracujące bez klasycznej igły, gdzie odczyt sygnału z rowków płyty dokonywany był za pomocą wiązki lasera, trochę, jak w CD. I to właśnie te gramofony zakupił Kongres do swojej Biblioteki.
Pomysł był prosty, jednak bardzo trudny do wprowadzenia w życie. Płyta kładziona jest w takim urządzeniu (ELP Laser Turntable) na wysuwanej, dużej szufladzie, przypominającej większą wersję Stable Platter Mechanizm Pioneera. Po zamknięciu szuflady płyta była wstępnie skanowana przez wiązkę laserową po to, aby ustalić, gdzie są przerwy między nagraniami. Wynik pokazywany był na wyświetlaczu alfanumerycznym, bardzo podobnym do tego w CD. Dzięki temu użytkownik mógł przeskakiwać między ścieżkami jak w „kompakcie”. Najważniejszy był jednak mechanizm odczytu. Rowki płyty skanowały dwie wiązki lasera, odczytywane następnie w soczewce, podobnie jak w CD. W tym przypadku odczyt był jednak absolutnie analogowy, nigdzie po drodze nie był obrabiany cyfrowo.



Wydawałoby się więc, że sprawa jest genialna – wreszcie można mieć ciastko i je zjeść, tj. grać ulubione precjoza i ich przy tym nie niszczyć. A jednak sprawa powoli przycichła, a teraz wydaje się, jakby umarła śmiercią naturalną. A przecież nie chodziło o dźwięk – ten był fantastyczny. Tak się złożyło, że w czasie jednej z ostatnich (lub ostatniej – nie pamiętam) edycji wystawy High End we Frankfurcie, w hotelu Kempinski miałem możliwość posłuchać takiego gramofonu w spokoju, przez dłuższy czas. Wychodziłem z pokoju wystawcy tylko po to, żeby na sali balowej kupić kolejny krążek i wrócić z nim do pokoju. Chyba mieli mnie dość, ale – jak to Japończycy – byli absolutnie grzeczni. Prawdę mówiąc spędziłem w pokoju firmy ELP ze dwie godziny, zamęczając obsługę pytaniami i nagabując do porównań. Obok ELP Laser Turntable stały bowiem dwa klasyczne, bardzo dobre gramofony. I choć to tu, to tam te ostatnie pokazywały coś więcej, to bez takiego porównania dźwięk z ELP wydawał mi się fenomenalny – nasycony, pełny, czysty i pozbawiony wielu zniekształceń, które mnie tak denerwują w gramofonach. Ten sposób odczytu miał jednak jedną, wyraźną wadę – płyty musiały być idealnie czyste. Każdy pyłek, zadrapanie, drgnięcie interpretowane było przez urządzenie, jak dźwięk. Dobra kopia, umyta tuż przed graniem grała świetnie, chociaż poziom szumów był ciut wyższy niż z klasycznej igły. Poza tym jednak – rewelacja. Dlaczego więc się to nie przyjęło?



Jedną z odpowiedzi może być wysoka cena urządzeń. Ale czy na pewno? W ofercie ELP znajdują się trzy modele: LT-1LRC za 10 990 USD, LT-1XRC za 13 990 USD oraz LT-2XRC za 14 990 USD. W porównaniu z innymi hi-endowymi gramofonami to wcale nie tak dużo, niewiele nawet, można powiedzieć, szczególnie, kiedy weźmiemy pod uwagę, jak potężne narzędzie dostajemy do ręki. Myślę, że problem jest znacznie bardziej złożony i wprost z dźwiękiem ma niewiele wspólnego.


Chodzi bowiem o to, że urządzenia ELP bardziej przypominają odtwarzacze CD (a jeszcze bardziej LaserDisc) niż gramofon. A do tego ten laser… Fuj! I nie ma znaczenia, że to rzeczywisty postęp w ergonomii, wygodzie, nie mówiąc już o braku zużycia nośnika, liczą się przede wszystkim wewnętrzne opory i uprzedzenia.
Bo przecież nie da się przekonać zwolennika winylu do cyfry i odwrotnie. Widzę to na co dzień, mam z tym do czynienia przy każdym kontakcie z Czytelnikami, dystrybutorami, sprzedawcami, producentami itp. Jeśli ktoś opowiada się za jednym, drugie nie istnieje. Wielu z Państwa ma oczywiście i gramofon, i CD, ale albo odtwarzacz Compact Disc służy wygodzie, a królem jest czarna płyta, celebrowana od czasu do czasu, albo winyl, jest koniecznym dodatkiem, nobilitującym w oczach własnych i znajomych, a i tak podstawowym źródłem dźwięku jest srebrny krążek. Jak to więc jest? Kto ma rację? I czy w ogóle da się mówić o jakiejś uniwersalnej „racji”?





Najłatwiej byłoby mi teraz stanąć murem za którąś technologią, bo to gwarantuje momentalne poparcie danej frakcji, a przeciwnicy i tak nie będą zważali na to, co piszę. Byłbym jednak w tym, co robię nieszczery, a informacja, którą chciałbym przekazać zafałszowana. A problem w tym, że dla mnie obydwa formaty są ułomne i ich wady irytują mnie bardziej niż głupota i arogancja polityków. Postaram się tę myśl rozwinąć. Dzieciństwo spędziłem mając pod bokiem gramofon, który szybko stał się mój i na którym odtwarzałem moje pierwsze płyty Depeche Mode (między innymi). Moje pierwsze płyty miały więc czarny kolor i były duże. Potem jednak, w czasie, kiedy profesjonalnie zacząłem zajmować się dźwiękiem, tj. kiedy pracowałem jako akustyk i realizator dźwięku, miałem możność pracy na analogowych magnetofonach szpulowych Studera i dźwięk nagranej na nich taśmy miażdżył najlepsze nawet płyty winylowe. Na nieszczęście i ten zapis miał swoje „plusy ujemne”, takie jak spory szum i nie do końca precyzyjną definicję wysokich i bardzo niskich dźwięków. Poza tym był jednak bardziej naturalny niż płyta analogowa, która jest pod tym względem wybitna. Wreszcie jednak wykonałem sporo nagrań cyfrowych wysokiej rozdzielczości 24/96 i 24/192 – nie na komputerze, a na zewnętrznych rejestratorach Korga i Tascama. I to było to, wreszcie większość zniekształceń winylu – m. in. brak prawdziwej definicji basu, czy nie do końca satysfakcjonująca rozdzielczość – zniknęła. A potem usłyszałem najlepsze odtwarzacze CD i nie mogłem uwierzyć, co udało się w nich „wyciągnąć” z tego formatu. Od tamtej pory wierzę niezmiennie, że cyfra ma jeszcze tyle przed sobą, co czarna płyta za sobą. I dopiero wówczas można będzie mówić o jej zaletach i wadach.



A jednak… Od dłuższego czasu wraca do mnie doświadczenie studyjne z nagraniami analogowymi i nie mogę się powstrzymać od irytującej świadomości, że przecież płyta CD nigdy taka nie będzie! Jak mówię – to, co udało się ze srebrnego krążka wyciągnąć takim firmom, jak Jadis, Ancient Audio czy Reymio jest niewiarygodne, ale i tak nie jest to coś, co dawałoby poczucie obcowania z „innym” światem. Dźwięk jest niezwykle przyjemny, dokładny, piękny nawet, jednak nie jest „prawdziwy”. Dlatego coraz częściej łapię się na tym, że choć do testów używam głównie CD, bo tak jest łatwiej i znam go na wylot (jest tu mniej zmiennych, mogących wpłynąć na wynik odsłuchu), to jednak dla przyjemności gram czarne płyty. Ponieważ ostatnio „High Fidelity” nawiązało współpracę z wytwórnią Pure Pleasure, mam czego słuchać :) Ale nie o tym: okazuje się, że to format najbliższy sonicznie taśmie analogowej i dający największą przyjemność ze słuchania. Mam wobec niego wiele zarzutów, nie jest to format idealny, ale jednoczenie potrafi on wykreować nieprawdopodobnie wiarygodne wydarzenie muzyczne. Dźwięk CD jest w porównaniu z nim płaski, pozbawiony prawdy, wyprany z emocji i niemal pozbawiony przestrzeni. Ma oczywiście wiele zalet i jeśliby je analizować po kolei, to wyszłoby na to, że to CD jest jednak lepszy. Kiedy jednak pozbieramy wszystko razem, to bez cienia wątpliwości winyl dostarcza więcej emocji. Dlatego nie jest łatwo zdecydować, moim zdaniem, co jest lepsze i po prostu trzeba dojrzeć do własnej decyzji. U mnie jest to na razie kierunek w stronę czarnej strony mocy, choć wiem, że cyfra nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.



Wojciech Pacuła
Redaktor naczelny



Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show