pl | en

Historia audio

 


JAROMIR WASZCZYSZYN
ANCIENT AUDIO VOL. 2

Kontakt:
ul. Malawskiego 50
31-471 Kraków | Polska


ancient@olsza.krakow.pl

ancient.com.pl

POLSKA | Kraków


leż pięknie rozrósł się ten mój projekt! Początkowo miał pojawić się jeden krótki esej historyczny, potem dwuczęściowy wywiad. Dwie części okazały się jednak niewystarczające. Ilość historii związanych z Ancient Audio okazała się tak przytłaczająco duża, że nie mogłem pozbawić Państwa możliwości zapoznania się z nimi, tnąc jako szalały wywiad, byleby tylko poszedł w dwóch rzutach. Tym bardziej, że niektóre historie są naprawdę szalone. Bo jakim innym słowem opisać przygodę Jaromira Waszczyszyna w USA, gdzie przez kilka lat żył na koszt miliardera? Albo przedsięwzięcie, które miało wszystko, by zrewolucjonizować rynek cyfrowego audio? Zapraszam na drugą część wywiadu-rzeki; część pierwsza do poczytania TUTAJ.

BARTOSZ PACUŁA: Jest końcówka 2004 roku. W skład Pańskiej oferty wchodzą już dwa topowe urządzenia: wzmacniacz Silver Grand Mono i odtwarzacz Lector Grand.
JAROMIR WASZCZYSZYN: Tak. Ale coś trzeba było z nimi zrobić, jakoś je wypromować, rozreklamować. Tutaj bardzo ważny okazał się jeden z moich kolegów, Polak z pochodzenia, ale mieszkający na stałe w Belgii. I on wymyślił, żeby Silver Grand Mono zadebiutował właśnie tam, w Antwerpii. Znawca tematu, czyli - oczywiście - Janusz, natychmiast poparł temat. I to pomimo faktu, że firma, z którą mieliśmy to robić była dla nas całkowicie nieznana. Dla Janusza nie miało to jednak znaczenia; zamiast tego wolał skupić się na tym, że Belgia to światowa stolica handlu diamentami. W takim miejscu można znaleźć ciekawych klientów (śmiech). Impreza wypaliła świetnie od strony towarzyskiej. Biznesowo była to kompletna klapa. Nie było to zbyt dobrze zorganizowane, na dodatek w tym samym czasie co wystawa High End. Udało nam się - ponieważ było to praktycznie po sąsiedzku - zaprosić do naszej "imprezki" dwie kolejne firmy. Jedną z nich prowadził KUN VESSEN, który zrobił bardzo ciekawe kolumny w postaci jajka. To było takie wielkie jajo, wielkości jaja dinozaura, z dużym głośnikiem niskotonowym na 30 centymentrów. Model ten okaza się zbyt duży w stosunku do warunków metrażowych, którymi dysponowaliśmy, wobec czego musieliśmy grać na jego mniejszych monitorkach.

A ta druga firma?
To była słynna holenderska firma Karma.

A co w ogóle stało się z tą firmą od "jajek"?
Ona chyba nadal działa. Ostatnio widziałem nową wersję tych kolumn z obudową wykonaną z włókna węglowego. Swoją drogą, jak interesująco te kolumny były zrobione! One pierwotnie były wykonywane z wółkna szklanego, a skoro tak, to dość łatwo można było tę technologię dostosować na potrzeby włókna węglowego. Z tego co wiem, to była dodatkowa działalność KUNA, dlatego może sobie tak spokojnie żyć, wegetować. Ja - muszę przyznać - jestem w bardzo komfortowej sytuacji. Na Zachodzie wiele działalności high-endowych to sprawy poboczne, nieprzynoszące zysku. Gdy raz na jednej z norweskich wystaw zadano mi pytanie z czego żyję a ja odpowiedziałem, że właśnie z audio, to wywołałem wielkie zamieszanie. Ludzie byli tym zaszokowani.

Drużyna na szlaku

Belgijska premiera nie wypaliła, ale generalnie wszystko poszło w dobrym kierunku, tj. do przodu?
Tak. Bardzo ważna okazała się przeprowadzona w 2007 roku rozmowa z Ryszardem Bartyzelem, której skutki odczuwam do dziś. Ryszard wrócił wówczas ze Stanów Zjednoczonych, więc my z Januszem cały czas się dopytywaliśmy co udało mu się tam zrobić i - przede wszystkim - jak on tam trafił. Okazało się, że swoją działalnością przykładał się do sprzedaży kart pamięci firmy Kingston, która w Polsce miała naprawdę rewelacyjne wyniki. Z tego co pamiętam - ale nie chcę skłamać - Kingston miał ok. 27% udziałów na rynkach światowych, ale w Polsce miał w okolicach 40%. To był najlepszy dla tej firmy wynik w skali z całego świata. Wobec tego John Tu, właściciel Kingstona, chciał uhonorować wszystkich, którzy się do tego przyłożyli i zaprosił ich na wizytę do Stanów. Ta okazała się bardzo przyjemna. Krótka przejażdżka po mieście, wizyta w firmie itd. Na sam koniec John pozostawił największą atrakcję, czyli...

Lot w kosmos.
(Śmiech) Prawie tak to wyglądało. Była to wizyta w garażu Johna. Jest on człowiekiem bardzo skromnym, ale ma jedną dziedzinę, w której wyładowuje się całe jego szaleństwo. Mowa tu oczywiście o supersamochodach. To określenie "wizyta w garażu" brzmi niewinnie, ale pamiętajmy, że w tym garażu były auta takich firm, jak Porshe, Jaguar, Ferrari czy Lamborghini. A także jego najnowszy nabytek, czyli McLaren F1. Towarzystwo najpierw zachwycało się w sposób bierny, to znaczy oglądało te wszystkie cuda. A John nagle mówi: "Słuchajcie chłopaki, macie kluczyki i ruczacie". Najpierw nikt nie chciał mu uwierzyć, ale potem okazało się, że John w taki sposób to traktuje. Te wszystkie supersamochody to po prostu bardzo drogie zabawki, które mają służyć do bawienia się. Rysiek zasiadł za kierownicą tego McLarena, ale nieszczególnie przypadło mu to do gustu, co też nie dziwi, biorąc pod uwagę, że jako kierowca jest on najspokojniejszą osobą na świecie. Zrobił kilka okrążeń, wysiadł i powiedział: "John, nigdy więcej". John nie zrozumiał dlaczego, na co Rysiek słusznie zauważył, że przecież to jest auto, które na pierwszym biegu spokojnie wyciąga ponad setkę na godzinę (śmiech). Skończyło się na tym, że obaj panowie zaczęli rozmawiać o muzyce, o płytach, o audio - bo to właśnie kręciło Ryśka najbardziej. Jak się okazało, John jest wielkim pasjonatem muzyki i perkusistą jazzowym. I nasz KTS-owy kolega, gdy tylko o tym usłyszał, zaprosił go do Krakowa.

To zaproszenie to raczej kurtuazyjne było.
Początkowo tak. Wiadomo przecież, że John to niezwykle zajęty człowiek. Ale dwa tygodnie po tej całej rozmowie Paweł Śmigielski, czyli prawa ręka Johna, zadzwonił z pytaniem czy nasze zaproszenie jest nadal aktualne, ponieważ John przylatuje do Europy. Zaproszenie aktualne było, szybko jednak pojawiło się przed nami nie lada wyzwanie: jak mamy Johna przyjąć. Znaliśmy go tylko z opowiadań, na dodatek cały czas ciążył nad nami fakt, że jego możliwości - na czele z finansowymi - są dla nas po prostu niewyobrażalne. Jak go przyjąć? Czym nakarmić? Gdzie posadzić? Jak się do niego zwracać? Ostatecznie zdecydowaliśmy, że spotkanie odbędzie się u Janusza, który perfekcyjnie mówi po angielsku. Żeby zdjąć trochę presję z naszych barków zdecydowaliśmy, że John weźmie udział w regularnym spotkaniu Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego, bez żadnych udziwnień.

I to był strzał w dziesiątkę. Tematem były różne wydania płyt CD (więcej TUTAJ). Wojtek na potrzeby badawcze wyczarował - nie mam pojęcia skąd - dwie płyty, które były odbite dokładnie z tej samej matrycy szklanej. Z tym, że jedna z nich była pokryta złotem, a druga aluminium. Różnica między nimi była ogromna, zauważalna w przeciągu paru sekund. John stwierdził, że musieliśmy puścić coś zupełnie innego, więc my się na niego rzuciliśmy i zaczęliśmy nawijać. O bitach, o jitterze (śmiech). Przełamaliśmy szybko wszelkie lody, poszliśmy potem na koncert i na kolacje, w świetnej komitywie.

Ryszard jak zwykle gotowy

Fajnych macie znajmowych, zazdroszczę (śmiech).
To nie koniec. Jakiś miesiąc później Paweł zadzwonił do nas, mówiąc o tym, że John wszystkim opowiada o tym, jak fajnie spędził czas w Krakowie, że słuchał fantastycznych płyt na świetnym sprzęcie.

A na czym on wtedy słuchał?
To było dla nas prawdziwe zaskoczenie. Wszyscy zakładaliśmy, że w domu posiadał jakiś gigantyczny system, z ogromnymi kolumnami Wilson Audio czy czymś podobnym. A on miał maleńki zestaw Bose, subwoofer i dwie kolumienki. Kiedyś, jak nam opowiedział, był w high-endowym salonie w Los Angeles, ale nic tam mu nie grało, więc stwierdził, że skoro gra to jak byle co, to on sobie kupi byle co, ale tańsze i mniejsze. I kupił ten zestaw od Bose'a. Ale w końcu, od słowa do słowa, doszło do tego, że zainteresował się moim sprzętem. Ja od razu się przeraziłem, myśląc o tych wszystkich amerykańskich rezydencjach miliarderów. Jasnym więc było, że system dla Johna musiałby być znacznie większy od tego, co grało u Janusza. Jak duży? Tego nie wiedziałem. Nie chciałem Johnowi specjalnie zawracać głowy tym wszystkim, dlatego kontaktowałem się z jego sekretarką. Ona, niestety, na kwestiach technicznych znała się kiepsko, bo i nikt od niej tego nie wymagał.

Od niej dowiedziałem się tylko tego, że pomieszczenie odsłuchowe jest spore, ale też nie bardzo duże. Z jej słów można było wywnioskować cokolwiek. Chciałem też dowiedzieć się czegoś o wystroju tego salonu, przecież wykończenie kolumn też jest bardzo ważne. Usłyszałem, żebym wybrał "coś spokojnego". I bądź tu człowieku mądry (śmiech). Generalnie miałem po prostu wolną rękę. Poczułem się trochę tak, jakby przyszedł do mnie papież i powiedział: "Słuchaj, tu jest taki plac, na nim nic nie ma. Ty weźże coś zaprojektuj. Masz budżet nieograniczony, w ogóle nie będę Ci się wtrącał. Zrób coś fajnego". Jedynym ograniczeniem było to związane z czasem. I to nawet nie ze względu na Johna, ale przepisy celne. Otóż urządzenia musiały opuścić granice Polski w czasie pół roku.

Od momentu zapłaty?
Zapłaty albo zaliczki. Chyba zaliczki. A bez niej trudno mi było cokolwiek ruszyć w tym bezkompromisowym projekcie. Ten czynnik czasu był tutaj poważnym dyskomfortem, bo pod taką presją źle się pracuje. Co prawda miałem już gotowy wzmacniacz i odtwarzacz CD, nie było natomiast kolumn. To był wtedy dla mnie zupełnie inny świat. Generalnie problem z tym systemem był taki: jak wzmacniacze o mocy 2 x 18 W mają nagłośnić pomieszczenie, które... no właśnie, nie wiadomo ile ono miało. Wiedziałem tylko tyle, że było "spore". W dodatku większość amerykańskich domów ma bardzo lekką konstrukcję.

Nie jak w Polsce, gdzie domy są robione z cegły, kamienia czy porządnego drewna. W USA mało kto decyduje się na budowę trwałego, solidnego domu. Ściany takiego budynku są generalnie elastyczne i chętnie pochłaniają dźwięk. Myślałem nawet o tym, by pokusić się o budowę wzmacniacza o większej mocy, ale niosło to ze sobą wiele niebezpieczeństw. Co mi więc pozostało? Zrobienie kolumn o dużej skuteczności. Nie miałem wtedy wielkiego doświadczenia z modelami tubowymi, mój wybór padł więc na bardzo ciekawą konstrukcję kalifornijskiej firmy ORCA DESIGN, która pod nazwą RAVEN robi świetne głośniki wstęgowe. Jedną z ich propozycji był głośnik R 3,2, który nie tylko miał dużą skuteczność rzędu 98 dB, ale i pokrywał znaczną część pasma akustycznego, pracując od częstotliwości 500-600 Hz. Ten głośnik - z wielu względów - okazał się dobrym wyborem. Nie musiałem już żyłować mocy wzmacniacza, który mógł pozostać w niezmienionym kształcie.

John nie może uwierzyć co przytargaliśmy

A co z niskimi rejestrami?
Tutaj przydało się moje doświadczenie w budowie kolumn półaktywnych, które korzystały z napędzanego przez wbudowany wzmacniacz woofera. I takie coś wykorzystałem również w konstrukcji dla Johna. Całość - po zrobieniu wszystkich obliczeń - okazała się naprawdę spora. By osiągnąć ciśnienie akustycze na poziomie 120 dB w odległości metra trzeba było zastosować jeden bardzo duży albo kilka mniejszych głośników niskotonowych. W związku z tym wyszedł tutaj problem natury estetycznej. Przez te wszystkie założenia konstrukcyjne projektowane kolumny zaczęły być zdecydowanie zbyt duże. Co gorsza John nie był zbyt pomocny i w tej kwestii (śmiech). Po różnych rozważaniach padło na to, by kolumna przypominała skrzydło samolotu. Tzn. były żebra, były podłużnice, to wszystko było potem kryte kilkoma warstwami wyginanej sklejki.

Ostatecznie powstała bardzo fajna konstrukcja, która była wytrzymała, sztywna i ciekawa od strony wizualnej. Udało mi się też uzyskać pewien efekt lekkości. W tym celu kolumny zostały podniesione 10 cm nad ziemię, na specjalnej "nóżce" postawionej na płycie granitowej. Muszę dodać, że i z tym miałem nie lada kłopot. Przy takim ciężarze kolumny istniało ryzyko, że ta płyta granitowa zwyczajnie pęknie, gdy ktoś się o tę kolumnę oprze. Tutaj wyśmienicie spisała się firma Kamico, która dostarczyła granit wzmocniony kevlarowymi wkładkami. Czasu na zestrojenie tego wszystkiego miałem mało, na szczęście udało się to sprawnie zrobić. I tak powstał model Wing.

A co z odtwarzaczem CD i wzmacniaczem? One poszły zupełnie niezmienione?
Właśnie, dobrze, że mi przypomniałeś! Podłubałem wtedy trochę nad Silver Grand Mono, mając możliwość zmienienia paru rzeczy pod kątem całego systemu Johna. W końcu za najniższe częstotliwości odpowiadały wzmacniacze w kolumnach, prawda? W takiej sytuacji mogłem pokusić się o zastosowanie takiego transformatora, który miałby bardzo niskie straty, właśnie przez to, że nie musiałby przenosić niskich częstotliwości. Jak ważne to było, okazało się, gdy próbowałem do mniejszej konstrukcji Little Wing wykorzystać wzmacniacze z szerokopasmowymi transformatorami. W ogóle to nie chciało zagrać. To była jedna z moich największych porażek (śmiech). No ale cóż... człowiek się uczy na błędach.

Mam jeszcze takie pytanie: cały system, jak tak słucham, musiał być naprawdę sporych rozmiarów. To nie był jakiś problem, wziąwszy pod uwagę, że miał przebyć kilka tysięcy kilometrów?
Z tym też było sporo zabawy. Co prawda miałem doświadczenie z pudłami na odtwarzacze CD czy wzmacniacze, inaczej to jednak wyglądało w wypadku potężnych Wingów. Kolumny ostatecznie musiały polecieć w częściach, a i tak transportowane były w pudłach wielkości trumien na koszykarzy. I wyobraź sobie, że nikt tego z Balic nie mógł zabrać! W związku z tym firma spedycyjna zorganizowała transport samochodowy do Niemiec i dopiero stamtąd poleciały do Stanów. Zabrał je taki duży Jumbo Jet, który - swoją drogą - jest w stanie zabrać na swój pokład kilka czołgów.

Jest w stanie zabrać czołgi, to i Wingi jakoś udźwignął. Z trudem, ale jednak (śmiech).
Tak jest (śmiech). Cały zestaw ważył ostatecznie pół tony.

Marzenia z dzieciństwa się spełniają!

Pan oczywiście poleciał ze sprzętem?
Tak. Była to moja pierwsza wizyta w Stanach, egzotyka kompletna, wejście w zupełnie inny świat. Najlepiej będzie jak trochę Ci tego pokażę, a nie tylko opowiem. (Chwila ciszy, Jaromir Waszczyszyn szuka czegoś na półce). Tu mamy pomoc naukową. Powstała ona z inicjatywy Ryśka i okazała się strzałem w 10. Jest to album w twardej oprawie ze zdjęciami z naszej podróży. Była to dla mnie wycieczka życia. Nie wiem co można by zrobić, żeby to przebić. Może - jeśli będę chciał powtórzyć coś równie intensywnego - wezmę kiedyś udział w regatach przez Atlantyk (śmiech)?

Jaromir Waszczyszyn pokazuje mi kolejne fotografie. Część pochodzi jeszcze z podróży Johna do Krakowa. Niektóre z nich udokumentowały składanie systemu z potężnymi kolumnami Wing.

Pobyt w Stanach zaczęliśmy od części rozrywkowej, tak to zostało wszystko ułożone, żeby z Johnem spotkać się później. Gospodarz potraktował nas iście po królewsku. Wspomniany już Paweł - który odegrał rolę naszej nianki - dostał polecenie, by ugościć nas w każdy możliwy sposób, bez żadnych ograniczeń. Zaproponował, żebyśmy pojechali do Las Vegas, do kasyna. Nas to jednak nieszczególnie kręciło, woleliśmy ujrzeć jeden z najpiękniejszych kawałków amerykańskiej przyrody, czyli Wielki Kanion. Cała ta część, nazwijmy ją "turystyczną", była niesamowita. Dla Johna nie było żadnego problemu, by wynająć nam helikopter i przelecieć nad - a potem pod! - mostem Golden Gate w San Francisco. Miasto to wygląda jak wygląda, natomiast z góry cała zatoka wyglądała po prostu nieziemsko.

Co do Wielkiego Kanionu, to oczywiście najfajniej byłoby go zobaczyć "od środka", kontemplując jego piękno z poziomu rzeki Kolorado. Taka wycieczka trwa jednak tydzień, na dodatek rezerwacji na taką przygodę trzeba dokonywać - podobno - z dwó-, trzyletnim wyprzedzeniem. Od czego jednak mamy ten helikopter (śmiech)? Domyślasz się, że musieliśmy wyglądać jak psy spuszczone z łańcucha, zwłaszcza ja, po tej całej harówie, którą z Wingami miałem. Nagle miałem czas kompletnego luzu, nie mówiąc już o tym, że nagle zniknęły praktycznie wszystkie ograniczenia finansowe związane z wypoczynkiem.

Jak ugryźć 1000 dolarów

A jak się tam żywiliście, jeśli dla Was, że tak się wyrażę, sky was the limit?
Jedzenie w USA było dla nas prawdziwym wyzwaniem. Było bardzo dobre, nigdy jednak nie widziałem takich porcji. W jednej z knajpek wziąłem sobie steka w wersji dla dzieci, domyślałem się bowiem, jak mogą wyglądać porcje dla dorosłych (śmiech). Kelnerka, strapionym głosem, zapytała mnie czy to nie będzie za mało? Za jej sugestią domówiłem więc grzybki. Rysiek z kolei skusił się na żeberka. Jak kelnerka to wszystko przyniosła, to wszyscy jęknęliśmy. Ta moja porcja dziecięca steka odpowiadała bardzo, bardzo dużej porcji "normalnej" w Europie. Jeszcze gorzej było w wypadku grzybów, które zapełniły półmisek mający z 70 cm średnicy. Musiało tam być z pięć kilo pieczarek. Żeberka Ryśka były takie, że było ich 15, przegryzł się przez trzy... i padł.

Jeszcze inaczej wyglądała kolacja, którą jedliśmy z Johnem. Przyjechał na nią swoją bryką. To już nie był żaden McLaren, ale Bugatti (16.4 Veyron - BP). John - jak to on - natychmiast zaoferował nam, żebyśmy sobie pojeździli. Byliśmy jednak po kieliszku, przerażała nas do tego moc samochodu, więc odmówiliśmy. Ktoś jednak z jego zaproszenia skorzystał. Nie mnięło pięć sekund odkąd John zajechał swoim Bugatti pod restaurację, a już ktoś zaoferował się, że mu to auto przeparkuje. Chłopaka nie było dobre 15 minut - nie wiem czy w tym czasie wyrwał na samochód z cztery panienki, czy nie mógł się powstrzymać przed jazdą. Tego samego zapragnął inny, młodszy chłopaczek, który był w restauracji z rodzicami. Kompletnie nieznani ludzie, a John podchodzi do nich, daje ojcu kluczyki i mówi: "Słuchaj, bierz syna, wsiadajcie w auto i jazda".

Oni myśleli, że bogate białasy - a była to czarna rodzina - robią sobie z nich jaja. John jednak naprawdę chciał zrobić temu dzieciakowi frajdę - i tyle. Być może to było zrobione na pokaz, tego nie jestem w stanie stwierdzić. Ale tego dnia ujrzeliśmy typowego Johna, który jest niesamowicie otwartym człowiekiem, dla którego sprawienie frajdy komuś innemu jest dla niego punktem honoru. Przecież to jest facet, który w "New York Timesie" wydrukował zdjęcia wszystkich pracowników, łącznie ze sprzątaczkami, z podziękowaniem za ciężką pracę i pomoc w rozwiązaniu problemów, z którymi wówczas Kingston się borykał.

Białasy czasami też bywają uprzejme

Był więc czas na zabawę, ale Pan przyjechał też tam pracować.
Tak. Pod koniec całej wycieczki przyszedł czas na spotkanie z Johnem i wypakowanie całego systemu. W ogóle miejscowi pracownicy, którzy nam pomagali myśleli, że jesteśmy Niemcami! Nie wiem czy nakierował ich na to znaczek Lufthansy na wszystkich paczkach ze sprzętem, czy o ich domysłach zadecydowało coś innego... Dodam na marginesie, że praktycznie we wszystkich restauracjach byliśmy traktowani jak Rosjanie. Wiesz, w końcu mówiliśmy takim "dziwnym" językiem i mieliśmy pieniądze (śmiech).

Jaromir Waszczyszyn pokazuje mi kolejne fotografie, między innymi z kolacji, na której pojawił się prawdziwy kulinarny rarytas - czarne risotto. Część zdjęć została zrobionych w domu Johna: widać na nich jego żonę oraz syna - Jonathana, a także jego kuzynkę.

Bogaci jak Rosjanie i fachowi jak Niemcy. Nieźle Was tam postrzegali (śmiech).
To prawda. Z samą robotą było trochę zabawy, ponieważ salon Johna w ogóle nie był akustycznie przygotowany. Jedynym pozytywem od strony akustyki była podłoga, która była po prostu solidną wylewką. Z kolei sufit był tragiczny: dwie warstwy cieńkich desek i to wszystko. Do tego naprawdę wielkie okna. Dramatyczną sytuację ratowała obecność wielu roślin, które mogły pochłaniać dźwięk. Całość komplikował również fakt, że w salonie znajdował się fortepian Steinwaya. John się do niego nie przykładał, za to chętnie grywała na nim ta kuzynka, którą Ci pokazywałem. Obecność instrumentu ostatecznie się przydała: mieliśmy wyjątkową możliwość odsłuchania paru nagrań z klasyką, a potem porównanie ich z brzmieniem żywego fortepianu. To rzadka możliwość, prawda? Fajna to była sprawa, na dodatek dzięki niej John mógł usłyszeć jak bliski jego nowy system jest "dźwięku naturalnego". Z jednej strony reprodukowany dźwięk był bardzo detaliczny, z fantastyczną ilością barwy, z drugiej zaś bardzo dobrze rozłożony w przestrzeni. A to wszystko nie było takie oczywiste - Wingi są duże, ale bardzo smukłe. Na szczęście były świetnie ze sobą zgrane fazowo, świetnie sprawdził się patent z napędzaniem głośników niskotonowych dedykowanymi wzmacniaczami. Muszę też dodać, że cały system - a mierzyliśmy to - był w stanie osiągnąć 120 dB. Mówiąc krótko: udało mi się zrobić system, który gra z poziomem koncertowym, a który oferuje high-endową jakość dźwięku. Kto wie czy to nie był jeden z pierwszych systemów na świecie, który potrafił tak dobrze połączyć te dwa aspekty.

Wielki Kanion za nami

Jak Pani domu zareagowała na nowe "meble"?
Nie była specjalnie zadowolona, ponieważ musieliśmy pod ich kątem przeorganizować cały pokój. Jednak potem podeszła do nas i powiedziała, że może dzięki temu John będzie bywał częściej w domu, za co już teraz chciałaby nam podziękować.

Oglądamy teraz zdjęcia samego pokoju i systemu po pomyślnej instalacji.

Jak tak patrzę na ten pokój, to rzeczywiście musiał być akustyczny koszmar.
Tak, ale weź pod uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze, sporo pomagały te kwiatki, które część dźwięku pochłaniały. Po drugie, dzięki temu, że nie miałem zielonego pojęcia o tym, jak pomieszczenie odsłuchowe Johna wygląda, musiałem przygotować system z takim naddatkiem mocy, jaki się tylko dało uzyskać w ramach przyjętych założeń.

Ten system dalej gra u Johna?
Myślę, że tak. Co prawda tam były jakieś problemy z jedną z końcówek, w związku z czym musiałem wysłać Johnowi cały zestaw do zdiagnozowania problemu. Szczerze mówiąc on jest tak zagoniony, że nie mam czasu z nim porozmawiać i zapytać o to.

Z tego co wiem, to system z Wingami był tylko jednym z etapów pańskiej współpracy z Johnem.
Tak, to był dopiero początek. Następny wspólny pomysł zaabsorbował nas jeszcze bardziej. Kiedy wróciliśmy do Polski i wszystkie emocje opadły, zdałem sobie sprawę jak nierealna była to wyprawa. To jak w tej historii, gdy jeden dziennikarz wziął udział w wyjątkowej wyprawie w rejony Antarktydy, która odbyła się na żaglowcu. Mówił on potem, że z jednej strony to była nieprawdopodobna harówka, z drugiej zaś - powórt do chłopięcych lat, gdy na człowieku nie ciążyła żadna odpowiedzialność; za "przejmowanie się" odpowiedzialny jest przecież kapitan. I my czuliśmy się tak samo jak ten dziennikarz.

W każdym razie po powrocie próbowałem zrobić kolumny o nazwie Little Wing, które zostały oparte o ten sam głośnik wysokotonowy i dokładnie ten sam tandem głośnik niskotonowy-wzmacniacz. Niestety poprawne zestrojenie całości zajęło mi aż pięć lat. To tylko pokazuje, że przy pracy dla Johna miałem odrobinę szczęścia. Trochę to wyglądało tak, że najpierw miałem nad sobą jakiegoś anioła-stróża, który po szczęśliwym końcu amerykańskiej przygody powiedział: "No, a teraz radź sobie sam".

Tak wygląda podóbj Ameryki

I sam poradził Pan sobie w pięć lat (śmiech).
Tak... ale poradziłem (śmiech)! Na szczęście po głowie w tym czasie zaczęło mi chodzić coś zupełnie innego, w ogóle nie związanego z jakimikolwiek Wingami. Wpadł mi mianowicie do głowy pomysł, z którego potem narodził się projekt SDMusA. Wszystko się zaczęło od... a jakże - wizyty u Johna. A także przez wpływ różnych doświadczeń, eksperymentów, które przeprowadzaliśmy z Januszem. Doszliśmy wtedy do pewnej konkluzji: wszystkie nadzieje, że płyta CD będzie stabilnym i bezwględnie dobrym źródłem danych cyfrowych spełzły niestety na niczym. Okazało się, że do odtwarzacza CD wystarczy podłączyć lepszy kabel zasilający i wszystko gra inaczej.

Rysiek mnie kiedyś kompletnie zbił z pantałyku, taszcząc pod pachą platformę Acustic Revive i... pompkę rowerową. Jak jeszcze zobaczyłem wentylek przy tej platformie (śmiech). Rysiek przekonał mnie jednak, żebym to wypróbował. Przełożyłem więc odtwarzacz ze stolika na tę platformę. I jeszcze stojąc przy systemie - w miejscu dalekim od idealnego przy prowadzeniu porównań dźwięku - byłem w stanie usłyszeć, że to zupełnie nowa jakość. Granie było, z tą platformą, mniej ostre, swobodniejsze, z większym oddechem. Stąd, popuszczając wodze fantazji, zapragnąłem zaprojektować jakieś urządzenie do odtwarzania danych cyfrowych w postaci czystej, nieskażonej. No dobrze - ale problematyczny był nawet sam wybór nośnika. Padło ostatecznie na kartę pamięci - w końcu to od niej zaczęla się ta cała historia z Kingstonem.

Przez szcześliwy zbieg okoliczności odnowiłem kontakt z moimi byłymi studentami, a wtedy już asystentami w Katedrze Elektroniki, którzy porządnie rozgryźli obsługę karty pamięci. Konkretnie karty SD. W ogóle nazwa "SD" pochodzi od "Secure Digital". To owoc niegdysiejszych dyskusji o tym, jak uchronić wszystkie media cyfrowe przed piractwem. Jak się okazało, nie miały one kompletnie sensu, bo tego się nie udało zrobić. Jednak kilka rzeczy udało się ustalić. Branże muzyczna i filmowa zgodziły się na nośnik danych cyfrowych, który miałby kilka poziomów zabezpieczeń. Tym nośnikiem jest właśnie karta SD. Która - nota bene - różni się od karty MMC (MultiMedia Card) tylko dodanymi zabezpieczeniami. Nikt z nich dzisiaj - z tego co wiem - nie korzysta. A szkoda, bo są naprawdę nieźle zrobione.

Pomysł, który napędzał całość był taki: standardowy nośnik, która nie posiada żadnych części ruchomych, nie ma tam żadnej mechaniki, żadnej części analogowej, jest odczytywany przez urządzenie analogowe. I dopiero potem ten sygnał jest "cyfryzowany". I dlatego taki odtwarzacz CD jest wrażliwy na wszystko: stolik, na któym stoi, kabel zasilający itp. Już sam rozumiesz czemu karta pamięci wydawała nam się tym, co umożliwi dostęp do surowych danych w postaci cyfrowej. Przy pomocy moich kolegów, Pawła Rajdy i Jurka Kasperka, udało się zrobić pierwszy odtwarzacz muzyki z karty. Miał tylko jeden przycisk - "Play" - i potrafił odtworzyć tylko jeden utwór zgrany na kartę. Kolegom, swoją drogą: świetnym fachowcom, zrobienie prototypu zajęło pół roku. Głównie przez fakt, że była to dla nich praca dodatkowa.

Gdy w końcu udało im się szczęśliwie dobrnąć do końca, zanieśliśmy urządzenie do Janusza, gdzie zrobiliśmy porównanie: nowe urządzenie kontra doskonale znany Lector Grand. Żeby było ciekawiej, kartę załadowaliśmy danymi zgranymi dokładnie z tej samej płyty, która zagrała u Janusza. Mieliśmy więc gwarancję, że te dane na 100% nie będą lepsze od tego co jest na płycie. Wyobraź sobie nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że dźwięk z karty był o dobrą klasę lepszy. Brzmienie było gładsze, ciemniejsze, z większą ilością szczegółów, ze znacznie lepszą kontrolą i uderzeniem basu. Nie chcę tutaj mówić, że to był "inny świat", ale trochę był (śmiech). Pojawił się w mojej głowie taki pomysł, by użyć wszystkich zasobów Johna - a więc: sieci kontaktów, sprzedaży, marketingu - i zrobić cały system do odtwarzania muzyki z kart.

Osobą, która była bardzo ważna w kontekście narodzin tej koncepcji był oczywiście Janusz. Zadał wtedy niezwykle ważne pytanie: dlaczego płyta CD zdobyła rynek? Odpowiedź na to jest bardzo prosta: ponieważ była banalnie prosta w obsłudze. Nie jakością dźwięku, która dla większości osób nie jest istotna. Powiem więcej: pierwsze odtwarzacze CD były daleko z tyłu za gramofonami. Popatrz jednak na to, jak łatwo korzysta się z płyt CD, szczególnie gdy porównamy ten proces do używania płyt winylowych. Nasz system, który odtwrzałby muzykę z kart musiał więc przejść podobną drogę: nie mógł zaoferować tylko lepszej jakości dźwięku, ale musiał być przyjemny i prosty w obsłudze. Ponieważ w tym czasie zaczęły wchodzić na rynek odtwarzacze plików, odbyliśmy naprawdę dużo dyskusji o tym, czym nasz system powinien się od nich różnić. Można powiedzieć, że wszystkie dyskusje, które toczyliśmy w naszym zespole - a w jego skład wchodzili i specjaliści od sprzętu, i od oprogramowania, i od grafiki komputerowej - były po prostu strzałem w dziesiątkę.

Dlaczego?
Z czym się dzisiaj borykamy? Z jakiego powodu odtwarzacze plików wciąż nie wyparły kompletnie płyt CD? Ponieważ odtwarzacze plików są zwyczajnie irytujące. Są równie irytujące jak płyta DVD, której nie można wrzucić do odtwarzacza i po prostu nacisnąć przycisku "Play", by oglądnąć film. Tego się nie da zrobić. Zawsze trzeba przejść przez to cholerne menu, zupełnie jakby niemożliwe było, by raz na zawsze ustawić w odtwarzaczu, że chcę oglądać filmy z oryginalną ścieżką dźwiękową, w wersji 2.0 i z polskimi napisami. W przypadku odtwarzaczy plików rozbija się to na podobnej, tj. irytującej organizacji, która na dodatek jest na każdym urządzeniu zupełnie inna.

Ewolucja nośnika

Wiem coś o tym (śmiech).
No właśnie. Stąd pojawił się pomysł, by system oparty o karty SD był znacznie bardziej atrakcyjny i od płyty CD, i od "gołych" plików. Zaczęliśmy od określenia funkcjonalności naszego urządzenia: co to ma konkretnie robić, jak to przełożyć na język cyfrowy, jak upchać to wszystko na kartę? Problemem była też moja mania, by zrobić taki zapis, który nie byłby związany bezpośrednio z żadnym systemem operacyjnym. Stąd docelowe odtwarzacze do kart nie posiadały żadnego systemu operacyjnego. Musiało to po prostu być uniwersalne. Inspiracją były tutaj dla mnie pliki PDF; format ten powstał właśnie po to, by przeciąć związki pliku z systemem operacyjnym, co udało się znakomicie.

Jaromir Waszczyszyn odpala teraz system SDMusA. Na początek odpaliliśmy soundtrack do filmu Frida.

Idea była taka: wrzucamy kartę SD do czytnika. Czyli dokładnie tak samo, jak w wypadku krążka CD. Na ekranie natychmiast pojawia się okładka, w wielkości naturalnej.

Niesamowite, że zadziałało to tak szybko. Lepiej niż płyta CD.
Dokładnie tak. Po co tyle czekać, skoro można mieć pewne rzeczy od razu? Mamy więc tę okładkę, odpalmy sobie album. Po prostu naciskając przycisk "Play".

Dwa odtwarzacze prezentacyjne

A jak te informacje miały być wyświetlane w systemie, w którym monitora/ekranu by nie było?
Dokładnie jak w odtwarzaczu CD. Z drobną różnicą: na wyświetlaczu nie pojawiają się suche numerki utworów, ale ich tytuły. Ba! Raz zrobiliśmy odtwarzacz, który się cały mieścił w takich fajnych high-endowych słuchawkach. Miało to być tak proste, że miało to działać bez wyświetlacza.

Oglądamy teraz wywiad z Salmą Hayek, która wcieliła się w tytułową bohaterkę filmu Frida. Wywiad ten został zapisany dokładnie na tej samej karcie co soundtrack.

Jak wyglądałby system pozyskiwania materiałów na takie superalbumy? Gdzie poza muzyką mamy okładkę, zdjęcia, krótkie filmiki?
Ilość rzeczy, którą można zmieścić na taki albumie SDMusA była olbrzymia. W przypadku przeciętnego albumu to była praca na dwa tygodnie.

Jaromir Waszczyszyn pokazuje mi teraz wersję SDMusA na telefon z tradycyjną klawiaturą.

Tutaj mamy wersję na telefon. Jej zrobienie było o tyle trudne, że - jak sam widzisz - tu nie ma ekranu dotykowego. A jednak się udało. I działa. Bez żadnego kombinowania, bez żadnej konwersji. I w dodatku błyskawicznie i bezawaryjnie.

Jeden album wszystkie platformy

A system dystrybucji? Wymyśliliście jak to miało wyglądać?
Jasne. Kupujesz w sieci album, ładujesz to na kartę i tyle. Jedziesz na wakacje, wypożyczasz tam auto, które jest wyposażone w taki odtwarzacz i ciach! Odpalasz sobie płytę. Wchodzisz do pokoju hotelowego, wsadasz kartę do telewizora i masz to samo. Chcesz wyjść na plażę? Proszę bardzo. Co za problem, by D O K Ł A D N I E to samo mieć na telefonie komórkowym?

Wygląda to wszystko naprawdę obłędnie. Wobec tego pozostaje mi zadać tylko jedno pytanie: co się stało, że to nie chwyciło?
Jak zwykle w tego typu przypadkach, w czasie zbiegło się kilka niefortunnych czynników. Po pierwsze, zaczęliśmy pracę nad tym projektem w 2008 roku, czyli w momencie wybuchu kryzysu w Stanach. John był tym przerażony, bo nagle firma, która rok w roku wzrastała dwukrotnie, nagle spowolniła i wzrastała tylko 1,5 raza (śmiech). Miał więc inne rzeczy na głowie, tym bardziej, że jest to człowiek, który naprawdę dba o swoich pracowników. Wszystkich, nawet o wspomniane już sprzątaczki. Po drugie, po kilku latach naszej pracy okazało się, że cały ten pomysł jest tak duży, że żadna firma na świecie nie mogłaby tego unieść w pojedynkę. Trzeba by zawiązać jakieś konsorcjum. Co było do zrobienia, tym bardziej, że John był do całego przedsięwziecia nastawiony bardzo pozytywnie. Zaczekaj chwilkę...

Na ekranie wyświetla się teraz album z muzyką do filmowej wersji musicalu Hair. Oglądamy fragment filmu w reżyserii Miloša Formana i zdjęcia z epoki "Flower Power". Wszystko to jest częścią albumu SDMusA.

Przygotowania do prezentacji systemu SDMusA w Kingstonie

Wracając do tematu: John był zdecydowanie na "tak", jednak sprawę zatopili jego współpracownicy, którzy nie chcieli zmieniać tego co Kingston robił do tej pory. Nie chcieli zaryzykować i zostać w jakiejś dziedzinie pionierami. Stąd rozważaliśmy też taki scenariusz, że udostępnimy to jako otwartą platformę. Wszystko musiałoby co prawda przechodzić przez jakąś centralę, która musiałaby nad tym panować. Była również możliwość puszczenia tego na całkowity żywioł. Stworzyliśmy bowiem cały program kreatora albumów, w którym udostępniliśmy prawdziwe zatrzęsienie opcji. Pomyśl, że byłaby to fantastyczna propozycja dla wszystkich muzyków. Wiadomym jest, że najbardziej rozchwytywanymi albumami byłyby te najlepiej przygotowane, z największą ilością dodatkowej zawartości.

Funkcjonalność jest tutaj na pierwszym miejscu, ale przecież cały projekt zaczął się w zupełnie innym miejscu: chciał Pan poprawić jakość dźwięku z cyfrowych źródeł.
Na kartach można by zapisywać różne formaty dźwięku. Najniższym z nich jest format CD. Najwyższy? Format studyjny. 32 bity, liczba kiloherzów taka, jaka jest nam potrzebna. Ponadto opcje dźwieku wielokanałowego, do ośmu kanałów.

To taki projekt - a przynajmniej mam takie wrażenie - trochę zawieszony w próżni. Ani nie został wyrzucony do kosza, ani się odniósł pożądanego sukcesu. Co w takim razie dalej?
Sprawa pozostaje tutaj otwarta. Głównym problemem pozostaje czas. Wszystkie osoby związane z SDMusA zarobkowo zajmują się czymś innym. Na pewno chciałbym do tego wrócić, ponieważ jest to coś wyjątkowego. Czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie, prawda? Wysoka jakość dźwięku i obsługa łatwiejsza niż w wypadku płyty CD. O winylach czy plikach nie wspominając. Na dodatek SDMusA nie jest związana z żadnym konkretnym producentem. To nie musi działać tylko na urządzeniach Samsunga czy Apple'a. Mało tego! To w ogóle nie musi być związane z kartą SD. Ani jakimkolwiek fizycznym nośnikiem. Zobaczymy jak to będzie. Mieliśmy w pewnym momencie dwa patenty w Stanach Zjednoczonych, niestety tylko czasowe, bo taka jest procedura.

Cenne wsparcie techniczno-artystyczno-organizacyjne

Z perspektywy czasu - warto było poświęcić temu tyle czasu?
(Chwila ciszy) Warto było. Myślę, że warto było. A przynajmniej stawka była tego warta. Zrobiliśmy kiedyś wstępne kalkulacje, według których mogliśmy zgarnąć olbrzymia ilość pieniędzy. Wystarczyłoby, żeby SDMusA zgarnęła jeden procent rynku muzycznego, a wzbogacilibyśmy się o ponad miliard dolarów. Zresztą, co ja mówię o stawce. Warto było choćby dlatego, że nie ma nic gorszego od braku próbowania, parcia do przodu. Potem by mnie ścigały do końca życia wyrzuty sumienia (śmiech).

cdn...