pl | en

Historia audio

 

JAROMIR WASZCZYSZYN
ANCIENT AUDIO VOL. 1, czyli wszystko ma swój początek

Kontakt:
ul. Malawskiego 50
31-471 Kraków | Polska


ancient@olsza.krakow.pl

ancient.com.pl

MADE IN POLAND


ie będę ukrywał: miało to wyglądać zupełnie inaczej. Planowałem spotkać się panem Waszczyszynem i spokojnie wysłuchać jego opowieści o doskonale znanej czytelnikom „High Fidelity”, obchodzącej w zeszłym roku 20. rocznicę istnienia, firmie Ancient Audio. Na podstawie pozyskanych od niego informacji chciałem przygotować artykuł, krótki esej o historii tego producenta, którego sprzęt gra m.in. w domu właściciela firmy Kingston Technology, miliardera Johna Tu. Zamiast tego wyszło coś o wiele większego i znacznie bardziej satysfakcjonującego.

Drugi kapelusz i pierwszy Ford – dwie pasje Jaromira Waszczyszyna

Z panem Waszczyszynem rzeczywiście spotkałem się kilka razy (następne wizyty są już umówione), poświęcając na rozmowę z nim wiele godzin. Dotyczyły one historii Ancient Audio, ale zahaczyły o wiele innych, równie ciekawych tematów, takich jak życie kulturalne w PRL czy pierwsze polskie eksperymenty związane z cyfrową transmisją obrazu i dźwięku. Na ten moment (a – jak już powiedziałem – to nie jest jeszcze koniec) mam nagranych ponad cztery i pół godziny materiału, który stanowi fascynującą podróż przez rodzimą branżę high-endowego (i nie tylko) audio.

Prezentowany tutaj tekst jest moim subiektywnym wyborem tematów, które zostały poruszone i pierwszą z dwóch planowanych części i jest bardziej wywiadem-rzeką niż „krótkim wprowadzeniem do historii Ancient Audio”. Druga z nich zostanie opublikowana 1 listopada. Wierzę, że lektura tego tekstu pozwoli Państwu spojrzeć z nowej perspektywy zarówno na krakowską firmę, jak i polskie audio.

BARTOSZ PACUŁA: Więc… jak to się zaczęło?
JAROMIR WASZYSZYN: Trudno wskazać na jeden przełomowy moment. Generalnie przyczyn jest dużo, zbiera się jakaś masa krytyczna i coś się zaczyna. Przede wszystkim trzeba powiedzieć o tym, że moja pasja związana z audio i muzyką zrodziła się w latach 70. i 80. Wtedy rynek kultury wyglądał troszeczkę inaczej niż teraz. Nie było internetu, nie było tak swobodnego obiegu kultury – mówię tutaj zwłaszcza o kulturze zachodniej – co, wbrew pozorom, miało swoje dobre strony.

Mianowicie, gdy dorwało się już jakiś „kawałek” tej kultury, to był on eksploatowany do końca. Miło jest mi np. oglądać książki z tamtego czasu. Jeżeli już jakieś były wydawane, to najczęściej w niewielkich nakładach – w końcu był wtedy problem ze wszystkim, z papierem, z drukarniami. Przy czym te najciekawsze pozycje kupowało się zazwyczaj spod lady i ustawiały się do nich całe kolejki. Kto będzie czytał w tym tygodniu, kto w następnym…

Pierwszy komercyjny wzmacniacz Ancient Audio – jest rok 1993

Ten zakazany albo zwyczajnie niedostępny owoc miał tę zaletę, że jego smak był bardzo intensywny. Nie mówiąc już o wydawnictwach, które pochodziły z drugiego obiegu. Pamiętam książkę Mieć czy być? Ericha Fromma, która była drukowana na czymś, co przypominało blok rysunkowy… Zresztą, jak mówię dzisiejszym słuchaczom o „bloku rysunkowym”, to widzą oni ładny, gładki papier. Natomiast na bloku rysunkowym z epoki siermiężnego komunizmu było widać strukturę lasu, tak bym to ujął (śmiech). Chyba był wytwarzany na sprzęcie podobnym do pralki Frania :)

Jednak z drugiej strony ta kultura dawkowana w niewielkich ilościach – mówię tutaj o rzeczach naprawdę wartościowych – była potem naprawdę szybko pochłaniana. I tak było również z muzyką. Mimo tego, że byliśmy zamknięci za żelazną kurtyną, to wielu osobom udawało się za nią przedostać. I często przywodzili rzeczy z naszej perspektywy fantastyczne, czyli płyty. Co więcej, w związku z tym, że Polska nie miała w tym czasie podpisanych żadnych papierów dotyczących ochrony praw autorskich, niektóre albumy miały u nas premierę zaledwie tydzień po ukazaniu się w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych.

Tak było np. z płytą Led Zeppelin, która – chociaż mogę coś tutaj pokręcić – była zagrana w radiu wcześniej, niż w gdziekolwiek na Zachodzie. Tam panowała taka zasada, że najpierw wypuszczamy płytę do sklepów, a gdy już się ludziom znudzi, to będziemy grali ją w radiu. U nas wyglądało to zupełnie inaczej. Co więcej, podczas niektórych audycji radiowych, by ułatwić życie tym, którzy muzykę nagrywali na magnetofony, przed odpaleniem właściwej płyty puszczało się jakiś sygnał testowy, by ustawić sobie poziom wysterowania w magnetofonie. Ilość udogodnień, które wspomagały piractwo w zbożnym celu była fantastyczna.

Czy te wszystkie pro-pirackie inicjatywy były akceptowane przez władze?
Czy były akceptowane? Przecież to wszystko było puszczane w Polskim Radiu! Nie było zresztą innego, przynajmniej łatwo, dostępnego. Swego czasu istniały nawet – oczywiście przy poparciu władz – oficjalne punkty, gdzie można było sobie nagrać płytę. Było tam kilka magnetofonów kasetowych, kilka gramofonów, potem odtwarzaczy CD. Dostawało się katalog i przeglądało się… „Proszę bardzo! Jest Brothers in Arms Dire Straits. Wezmę dwie. Jedną dla siebie, drugą dla szwagra”.

To nie była żadna działalność podziemna - tego typu działalność to była inna para kaloszy. A w związku z tym, że – jak już wspomniałem – Polska nie podpisywała żadnych umów o prawach autorskich, to całość była legalna, nawet z punktu widzenia prawnego. Były również takie szczęśliwe osoby, które mogły kupić sobie płytę w Peweksie, jawiący się nam jako kawałek innego świata, dostępnego dla nielicznych, wybranych. Istniały też komisy płytowe. Niestety mówimy o czasach, gdy tego typu płyta kosztowała od dziewięciu do 12 dolarów. Dla porównania, moja pierwsza pensja asystenta na AGH wynosiła 10 dolarów.

Rok 1993, pierwszy komercyjny wzmacniacz raz jeszcze.

Na tydzień?
Na miesiąc. Więc wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś wydaje miesięczną pensję na płytę. Oczywiście zdarzają się takie albumy, które i teraz są równie drogie (śmiech). Na szczęście są to wyjątki, nie reguła. Mimo tej ubogiej oferty, a może właśnie dzięki temu, rzeczy, które do nas docierały były starannie wyselekcjonowane i odbierane z dużą intensywnością. Powiem więcej – dyskusje o sztuce wśród ludzi, również młodych, stały wtedy na naprawdę niezłym poziomie. Kręciły się wokół literatury, zarówno muzycznej, jak i polskiej. Dotykały malarstwa i rzeźby. Toczyły się wokół sztuk teatralnych. I przede wszystkim dotyczyły tego, co ktoś nagrał.

Tworzyły się liczne grupki, najczęściej luźno zorganizowane, organizujące się wokół muzyków. Artyści czasami wyjeżdżali na Zachód, skąd następnie przywozili płyty. Pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłem kolekcję płyt Jarka Śmietany. Zrozumiałem wtedy, dlaczego on tak bardzo mnie męczył o zrobienie mu gramofonu. Owszem – miał sporą kolekcję płyt CD. Ale ileż on miał tam winyli! 5000? Może nawet 8000? A większość z nich to białe, chociaż tutaj lepiej pasowałoby słowo „czarne”, kruki, wydane – dla przykładu – przez wytwórnię w liczbie pięciu czy 10 sztuk. Potem nikt nie wiedział gdzie jest z takich nagrań taśma, a nawet jaki jest adres wytwórni. A muzyka była z tego świetna!

Ludzie chętnie się razem spotykali i rozmawiali na tematy, które dzisiaj nas szokują. Np. przychodziliśmy do kolegi, który przywiózł parę fajnych katalogów. Przecież w obecnych realiach jest to coś zupełnie odjechanego. Pamiętam gdy mój kuzyn ze Szwajcarii przywiózł raz parę katalogów firm japońskich, które próbowały swoich sił w high-endzie. O jejku! Ciach, telefon i ustawiamy spotkanie. On mi nawet te katalogi pożyczał, co na tamte czasy było sporym dowodem zaufania. Taki skarb można było przecież poplamić, zniszczyć albo ukraść.

Czy na południe docierały jakieś rzeczy od marynarzy? Czy też wszystko zdążało się – nomen omen – rozpłynąć na wysokości Warszawy?
Rzeczywiście siłą rzeczy to środowisko było na północy bardzo silne. Ludzie, którzy mogli pływać na promach czy większych statkach cieszyli się większym komfortem. W Krakowie z podobnego statusu korzystali muzycy, jazzowi i klasyczni, którzy potem dysponowali pożądanymi „kawałkami”.

Oczywiście trzeba tutaj wspomnieć również o audycjach radiowych, których można było słuchać w całej Polsce. A nawet nie tylko tu. Mój dystrybutor z Ostrawy świetnie rozumie język polski. Umie wszystko perfect. I pytam się go pewnego razu: „Słuchaj, jak Ty się tego wszystkiego nauczyłeś”? A on na to: „Bo całą komunę słuchałem Polskiego Radia”. Jak się okazało, na Ostrawę nasze stacje jeszcze dochodziły, zwłaszcza Trójka. To z kolei było dla nich okno na Zachód.
Muzyka była, jest i będzie jedną z podstawowych potrzeb kulturowych człowieka. Trudno powiedzieć co było pierwsze: muzyka, taniec czy malarstwo. Może była to biżuteria. Albo tatuaże. Słuchanie muzyki jest jednak tak starą potrzebą, jak sam homo sapiens. Nic dziwnego, że w tych warunkach, jakie panowały, rzucaliśmy się na muzykę bardzo łapczywie.

Pojawił się wtedy kolejny problem. Muzyka ma to do siebie, że jeśli ma być grana z taśm czy płyt, to musi być na czymś odtwarzana. Czyli na sprzęcie. A PRL to był przecież czas permanentnego braku absolutnie wszystkiego. Polskie produkty albo były kiepskiej jakości, albo – jak te lepsze, produkowane na licencji Grundiga – potwornie drogie. Zresztą, szybko znikały z rynku, wyszarpywane przez grupę zapaleńców.

Pierwszy wzmacniacz Hybrid z 1994 roku

Muszę jednak przyznać niektórym konstrukcjom ambicję i zaawansowanie techniczne. Miałem kiedyś magnetofon kasetowy Marcin, który kopiował rozwiązania od Nakamichi. Musiał on powstać w jakiś przedziwnych warunkach pirackich, ponieważ wszystkie elementy w nim były japońskie. Nawet kondensatory. Dzisiaj moglibyśmy się w takiej sytuacji zastanawiać czy ktoś nie kupił jakiś resztek z chińskiej lub japońskiej fabryki. Myślę, że należałoby zapytać ludzi z Kasprzaka o ten produkt. Wracając do tematu: były to wszystko rzeczy niesłychanie drogie. Cena nowego magnetofonu kasetowego wynosiła ok. 200 dolarów.

Przy 10-dolarowej pensji…
Tak. 20 pensji mogło zapewnić magnetofon kasetowy. W związku z tym znaczna grupa osób próbowała, z lepszym albo gorszym skutkiem, robić sprzęt grający samodzielnie. Dla wielu z przyszłych elektroników sprzęt audio był więc pierwszym kontaktem z przyszłym zawodem.

Zajmowali się wymyślaniem swoich konstrukcji czy kopiowali znane sobie urządzenia, jak byśmy dzisiaj powiedzieli: „klonowali”?
Oni robili rzeczy, które dziś nie mieszczą się w głowie. Dla przykładu, na Podgórzu funkcjonował sklep, który nazywał się Majsterek. Lądowały tam odrzuty sprzedawane z fabryk. Wyglądało to tak, że sprzedawano tam np. płytki drukowane, które były przełamane na pół. Jednak głód towaru był taki, że kupowało się złamaną płytkę z elektroniką do magnetofonu. To nie było więc kopiowanie czy klonowanie (śmiech). To było ratowanie się, jak się da.

Oczywiście żeby klonować dobre urządzenia z Zachodu, trzeba było mieć dostęp do odpowiedniej bazy elementowej. A tej w Polsce nie było. Jeśli już więc ktoś klonował, to raczej konstrukcje, których wykonanie na miejscu, w naszym kraju było możliwe. Z tego faktu wynikały potem różne sytuacje. Pamiętam, że kiedyś wszyscy patrzyliśmy z zazdrością na kolegę, któremu krewni ze Szwecji przysłali zestaw nowych tranzystorów, by mógł sobie wykonać wzmacniacz. I to naprawdę był powód do zazdrości.

Jak się pewnie domyślasz, poziom tych wszystkich urządzeń był raczej mierny, przede wszystkim dlatego, że nie mieliśmy żadnego poziomu odniesienia. Nie mogliśmy sobie porównać naszych wyrobów z produktami NAD-a czy Pioneera, nie mówiąc nawet o bardziej odjechanych firmach audiofilskich. Najważniejsza była w tym wszystkim warstwa emocjonalna. Jeżeli coś grało i nie zacinało się, to był to wielki powód do radości. Odpowiadając więc na Twoje pierwsze pytanie: w taki sposób się to wszystko – w moim przypadku – zaczęło.

Mieczysław Kominek w książce Zaczęło się od fonografu… opisał historię branży fonograficznej. Opowiadał m.in. o kolejnych wynalazkach związanych z audio. W swojej publikacji postawił tezę, że Polska w czasie komunizmu (a pisał to jeszcze za PRL) była opóźniona w stosunku do Zachodu o kilka, może nawet kilkanaście, ładnych lat. Czy naprawdę tak to wyglądało?
Dla mnie to i tak było fenomenem, że coś do nas docierało. Przecież oficjalnie nasza władza była tak sobie zainteresowana naszymi działaniami. Działo się tak, ponieważ były to akcje podejmowane przez pasjonatów, czasami nawet nielegalne. To była heca, gdy z koncertu Milesa Davisa została – całkowicie bezprawnie – wyprodukowana płyta! Nie zrobiła tego żadna wytwórnia prywatna, tych w końcu nie było, nie wzięła się też za to firma państwowa. Mimo to album został nagrany i rozpowszechniany drogą pokątnej dystrybucji. Pamiętam, że dla niepoznaki miał zupełnie paranoiczną okładkę, która została zrobiona metodami chałupniczymi. I to jest najlepszy przykład tego, jak drugi obieg działał.

Pierwszy wzmacniacz Hybrid z dwoma innymi urządzeniami – noszą jeszcze stare logo

Władze miały generalnie ważniejsze zmartwienia od nagrywania muzyki i przejmowania się produkcją sprzętu audio. To była przez większość czasu działalność pasjonatów. Pamiętam jednak, że gdy w latach 70. padł pomysł, że Polska będzie kupować licencje i potem sprzedawać te wyroby na Zachód – w taki sam sposób startowała Japonia, niestety w zupełnie innych warunkach gospodarczych, kulturowych i politycznych – to dostaliśmy niezły zastrzyk produktów, które trafiały do nas jako odrzuty z eksportu. Można było znaleźć rzeczy zrobione na licencji Sanyo, pojawiły się też rozwiązania kwadro, w postaci dwóch czy trzech magnetofonów. Niestety za wyjątkiem produkcji licencyjnej ruchy w branży audio były powodowane przez jednostki. I nie ma się co dziwić, były w tych latach ważniejsze zmartwienia.

Kiedy przeglądałem prasę specjalistyczną z tamtego okresu, uderzyło mnie, że o sprzęcie audio naprawdę sporo się pisało. Periodyków celowanych stricte w pasjonatów audio było niewiele, jednak sprzęt do odtwarzania muzyki regularnie pojawiał się na łamach „Sztandaru Młodych” czy „Horyzontów Techniki”. Jak z pańskiej perspektywy wyglądało w PRL czytanie o sprzęcie?
Proszę pamiętać, że jeżeli sprzęt audio był powszechnie niedostępny, to pewną namiastką była możliwość poczytania sobie o tym. Jeżeli któryś z redaktorów miał pomysł i – przede wszystkim – materiały, żeby coś napisać, to oczywiście chętnie to robił.

Najlepsze artykuły o sprzęcie, które pamiętam – przynajmniej do momentu, gdy ruszyło „SAT Audio Video” – pojawiały się w „Młodym Techniku”. To było coś absolutnie genialnego. W jednym czasopiśmie skupiono chyba wszystkich najlepszych ludzi, którzy mogli coś w tym stylu pisać. Działali tam też autorzy powieści science-fiction, publikowano nawet stare wierszyki, oczywiście związane z techniką.
Podam przykład: „Rozmawia gwóźdź ze śrubą i mówi: Jak tym się mocno trzymasz, skoro ja taki duży, a Ty taka mała? Boś Ty szedł prostą drogą, a jam się wśrubowała”. Wierszyk – jak się okazało – miał jakieś 100 lat czy 200, ktoś go wziął, odkurzył i to było naprawdę rewelacyjne.

Mówi Pan cały czas o tym, że sprzęt był trudno dostępny. Że albo był bardzo drogi, albo słabej jakości. Tymczasem oficjalne dane, które Stowarzyszenie Elektryków Polskich opublikowało w 1994 roku mówią, że tych gramofonów i magnetofonów produkowano rocznie tak dużo, że te liczby robią dziś kolosalne wrażenie. Po kilkaset tysięcy egzemplarzy, rok w rok. Co się więc z tym wszystkim działo, skoro do „szarego obywatela” PRL to nie trafiało?
Swego czasu Tonsil był największym producentem głośników w Europie. A po co on w ogóle powstał? By dać nowej władzy odpowiednie narzędzie do szerzenia propagandy. Tak samo jak Diora. Potrzebne były radioodbiorniki, przez które władza będzie o swoich wspaniałych osiągnięciach informować. Takie rzeczy były potem eksportowane na cały blok wschodni. To nie jest więc tak, że te rzeczy siedziały wyłącznie Polsce.

No dobrze. Ale na przykład gramofony władzy chyba nie były tak bardzo potrzebne.
Były. Dlaczego? To proste. W każdej szkole funkcjonowały lekcje muzyki. Opisując historię muzyki, a szczególnie muzyki polskiej, gdzieś trzeba było puścić jakieś polonezy, mazurki. No i Chopina. A jak to zrobić? Wziąć gramofon – hitem były walizkowe gramofony Bambino z wmontowanym głośnikiem lub głośnikami stereo – i z płyty puścić tego poloneza. Nie było innych warunków do tego. Niektóre albumy były produkowane w olbrzymich ilościach przez Polskie Nagrania, potem pojawił się jeszcze Tonpress i parę innych, więc tego było naprawdę dużo.

Inna sprawa, że to wszystko było kiepskiej jakości i raczej z ograniczonego gatunkowo asortymentu. Dam taki przykład: przecież telewizor był – z tego co pamiętam – w co drugim gospodarstwie domowym. Każdy taki odbiornik musiał być wyposażony w głośnik. Jak sobie przemnożymy przez liczbę polskich gospodarstw domowych, to zobaczymy skąd te wszystkie liczby dotyczące produkcji się biorą.

A zatem do końcowego odbiorcy niewiele docierało?
Coś tam docierało, ale i tak te ilości były po prostu za małe. Trzeba wziąć pod uwagę, że funkcjonowała zaledwie jedna fabryka gramofonów – Fonica. Magnetofony produkował Kasprzak, potem dołączyła do niego Diora. Kolumny głośnikowe powstawały przede wszystkim w Tonsilu. I to koniec. A dzisiaj? Ile firm na terenie Polski działa? I te liczby produkowanego sprzętu nadal są olbrzymie, po prostu rozkładają się na większą liczbę producentów. Przedtem było ich niedużo, a ich wyroby były klasy… popularnej.

Kawałek po kawałku musieliśmy się od tego odbić. Po wojnie Polska była zniszczona w sposób straszny. Odbiorniki radiowe były w czasie okupacji rekwirowane. Warszawa legła, zwłaszcza po Powstaniu, w gruzach. Wszystko przepadło i trzeba było zaczynać od początku. Najpierw należało zadbać, żeby ludzie mieli na czym słuchać – i o to się troszczyła władza, bo dla niej publiczne ra dio stanowiło fantastyczne medium propagandowe – a potem dopiero zaczęła się poprawiać jakość dźwięku.

Pierwszy CD z 1995, który grał w sklepie Musica Antiqua w Krakowie

Czyli sytuacja wygląda tak: przemysł – w tym audio – trzeba na nowo uruchamiać, a produkowane rzeczy są najczęściej kiepskiej jakości. Ludzie w tym czasie pragną dostępu do kultury, przede wszystkim do kultury zachodniej, a dzięki pewnym mniej lub bardziej oficjalnym kanałom ona powoli do nich dociera. Pasjonaci dźwięku tworzą swój sprzęt. Gdzie w tej historii pańskie miejsce? Gdzie i jak Pan zaczynał?
.

W moim domu mieszkała dwójka kuzynów, którzy wiele o muzyce wiedzieli. Prowadzili nawet dyskoteki, gdzie grana była muzyka płyt, a nie z taśm, co stanowiło niezłe osiągnięcie jak na tamte czasy. Sam zacząłem dość wcześnie tworzyć swój sprzęt. Pamiętam swoje pierwsze radio, które wymagało bardzo, bardzo długiej anteny, rzędu kilkudziesięciu metrów. Żeby ją rozwinąć przeciągnąłem ten drut po dachu, mając przyczepioną do spodni wędkę z kołowrotkiem z nawiniętą anteną. Drogi, którymi dochodziliśmy, by na serio zająć się audio były naprawdę różne. Dziś jeśli młody człowiek chce kupić sobie sprzęt do grania, to zatrudnia się podczas wakacji i po miesiącu może sobie kupić fajny zestaw złożony ze wzmacniacza i odtwarzacza CD. Za naszych czasów takich możliwości nie było. W związku z tym wykorzystywaliśmy wszystko co się nadawało.

Z jednej strony efekty naszych wysiłków były momentami głupie i niewspółmierne do włożonej pracy, z drugiej zaś promowało ludzi wytrwałych, nagradzając ich unikatową wiedzą. Taką, której wielu współczesnych konstruktorów po prostu nie posiada. A od czasu do czasu trafiały do nas prawdziwe perełki. Dla mnie taką perełką był gramofon Transcriptor Hydraulic Reference. Wracając ze szkoły drogą możliwie drugą – co będę się spieszył do domu – zawsze musiałem zahaczyć o komis na ul. Długiej. I tam ujrzałem to cudo. To był totalny szok, ponieważ nie wyobrażałem sobie, że można zrobić gramofon w formie rzeźby nowoczesnej! Oczywiście kupno oryginalnego Transcriptora leżało poza moimi możliwościami finansowymi. Musiałem więc coś takiego sobie zrobić własnoręcznie. I kawałek po kawałku, korzystając z pomocy tokarza i szklarza, którzy po godzinach tworzyli zamówione przeze mnie rzeczy, gramofon konstruowałem.

To ile miał Pan lat, gdy powstał pański pierwszy sprzęt?
To był przełom podstawówki i liceum. Pierwszy działający wzmacniacz mojego autorstwa, jeszcze w wersji mono, zrobiłem, gdy chodziłem do 7., może 8. klasy szkoły podstawowej. Prawdziwym przełomem było odzyskanie przez Polskę prawdziwej niepodległości w 89. roku. Rynek otworzył się na produkty z Zachodu, powstały specjalistyczne sklepy, stosunek naszych pensji do wartości walut zachodnich zaczął się wyrównywać, w związku z czym stać nas było na te rzeczy. I wtedy właśnie po raz pierwszy ujrzałem coś takiego, jak „Gdyński magazyn hi-fi”. Czytałem go z wypiekami na twarzy, bo nagle okazało się, że w Polsce jest już jakiś rynek! I to mi dało jakiś impuls, by z tej zupełnie amatorskiej twórczości przejść do działalności komercyjnej.

W jakim momencie pańskiej naukowej kariery zastała Pana transformacja?
Pracowałem wtedy na Akademii Górniczo-Hutniczej jako asystent w Instytucie Elektroniki. To było świetne miejsce. Trafiłem do dwóch pracowni, gdzie zajmowaliśmy się techniką światłowodową. W pierwszej z nich zrobiliśmy światłowodową wersję Ethernetu. Dziś wydaje nam się to normalne, ale przypominam, że mówię o roku 87. W tej części świata takie eksperymenty były absolutnie pionierskie. Mieliśmy nawet prezentację dla wojska, ponieważ światłowodu nie da się łatwo podsłuchać. Więc – ze względu na tajność – były przez armię pożądane.

I w ten sposób wiele się nauczyłem. Szczególnie w pracowni kierowanej przez prof. Marcina Lipińskiego, pod którego okiem robiliśmy rzeczy na naprawdę światowym poziomie. Udało nam się np. zapewnić telewizyjną transmisję Konkursu Wieniawskiego na żywo za pośrednictwem światłowodów. I to w momencie, gdy powszechnie korzystano z urządzeń analogowych. A my – jako drudzy na świecie – uruchomiliśmy transmisję cyfrową! To wszystko dzięki pasji całego zespołu, w którym pracowałem. Dotarłem w ten sposób do miejsca, w którym tworzy się elektronikę na poziomie światowym.

Ta pasja jest owocem tego, jak wyglądało życie w PRL? Że brało się złamaną płytkę i korzystało z niej na tysiące różnych sposobów?
Zdecydowanie! Mam zresztą z tego czasu całą masę nawyków, często fatalnych (śmiech). Moja rodzina zwija się ze śmiechu, patrząc na mój pojedynek ze światowym spiskiem producentów, którzy robią urządzenia mało trwałe, a ja po raz siódmy czy ósmy reanimuję pralkę. A ma ona z 17 lat, powinna kilka razy wylądować na złomowisku (śmiech). Czy to ma sens? Nie wiem (śmiech). Jakby się to wszystko potoczyło, gdybym startował w innych, np. współczesnych warunkach? Kto wie - może zająłbym się elektroniką, ale czy byłaby ona związana z audio? Trudno powiedzieć. Jesteśmy kształtowani przez warunki, w jakich żyjemy. Na te warunki składa się sytuacja ekonomiczna, przyjaciele, rodzina, polityka. To wszystko można uznać za tygiel, w którym ukształtowała się moja pasja.

Pierwszy odtwarzacz CD Lektor, jeszcze z osłoną na płytę

Czyli jest początek lat 90. i robi Pan zupełnie „odjechane” rzeczy, znacznie wyprzedzające swój czas, tak?
Tak, ale „odjechane” jedynie w odniesieniu do Polski. W tym czasie wydarzyło się też coś ważnego z punktu widzenia mojej kariery w branży audio: powstał w Krakowie sklep Zena Studio. Przekonałem się wtedy, że w Polsce jest potencjał związany z miłośnikami dźwięku. Pojawiły się pierwsze sieci kontaktów, widać było entuzjazm ludzi. I Zena Studio to świetnie – przynajmniej na początku – wykorzystała. Przez kilka lat zajmowałem się szybkim serwisem dla nich. I to naprawdę szybkim. Przyjeżdżali wieczorem, po zamknięciu sklepu, a na rano naprawione urządzenie było już gotowe (śmiech). Dla mnie była to okazja do dorobienia, ale też – a może raczej przede wszystkim – sposobność, by zobaczyć na własne oczy, jak konstruktorzy sprzętu radzą sobie z pewnymi zagadnieniami.

Czyli wiedza zdobyta na AGH była ważna, ale nie miała zbyt wiele wspólnego z elektroakustyką?
Może za wyjątkiem tych systemów dla telewizji, ponieważ tam musieliśmy się przegryźć przez cyfrową transmisję dźwięku. Wtedy mogłem się porządnie dokształcić w sferze przetwarzania sygnału z domeny analogowej do cyfrowej i na odwrót. Muszę powiedzieć, że konstrukcja mojego topowego odtwarzacza, modelu Lektor Grand, wzięła się właśnie z tamtych doświadczeń. Transmisja cyfrowa wymaga zapewnienia dużej stabilności i niewielkich szumów w dziedzinie czasu, czyli jittera.

Czy to wtedy został Pan zafascynowany przez świat cyfrowy?
I tak, i nie. Praca na AGH była ważna, ale równie istotny był mój pierwszy komercyjny wzmacniacz, model Hybryd, który wyróżniał się na tyle niecodzienną formą, że żadne odtwarzacze CD do niego nie pasowały pod względem wzorniczym. Postanowiłem więc zrobić taki odtwarzacz, by jego wygląd nawiązywał do stylu retro. Miał on płytę nakładaną z góry, jeszcze się wtedy mordowałem z szybkami zakrywającymi krążki. To był rok 1995 roku, sam początek.

Jeden z takich systemów pracował nawet w sklepie Musica Antiqua. Swego czasu był on zlokalizowany na rogu ul. Senackiej i Poselskiej. Miejsce to było prowadzone przez trzech braci, a wszyscy z nich byli po konserwatorium. Mieli ogromną wiedzę muzyczną, a jednocześnie byli niezwykle sympatyczni. Często wystawiali kolumnę przed sklep i puszczali piękne kompozycje barokowe czy klasycystyczne. To była piękna sprawa, iść sobie zabytkową ul. Kanoniczą i słuchać takich rzeczy!

Ten odtwarzacz miał jakąś nazwę?
Nazwy jeszcze nie było. To była zupełnie jednostkowa produkcja. Gdy zrobiłem wzmacniacz Triode Mono, to dopiero wtedy wpadłem na pomysł, by sprzedawać seryjnie swój odtwarzacz CD, już z regulowanym wyjściem. Wtedy też wpadłem na nazwę Lektor.

A Ancient Audio?
Tę wymyśliłem trochę wcześniej. Wzięła się z orkiestry Academy of Ancient Music, świetnej – swoją drogą. Tych nazwanych już odtwarzaczy powstały dwie-trzy sztuki, potem nadszedł potężny zastrzyk technologiczny w postaci kontaktu z firmą Kamico, która produkuje granity. Jej właścicielem jest Ryszard Klementowicz, czyli były perkusista jazzowy. Wpadł na pomysł, by mój odtwarzacz był grającą „wizytówką” jego firmy. To włączenie granitu do mojej oferty okazało się strzałem w dziesiątkę.

Pierwszy wzmacniacz na lampach 211, przygotowany dla Janusza

A co się działo ze sprzętem, który powstawał wcześniej, przed „powołaniem” Ancient Audio?
On się gdzieś tam sprzedawał, to były pojedyncze egzemplarze. Tworzyłem np. sprzęt do przegrywania kaset. Jeden z nich trafił nawet do Marka Grechuty, który w ten sposób – sprzedając swoje albumy przegrane w domu – zarabiał na życie. Tak to w tym czasie wyglądało, że oficjalnie dystrybuująca go firma, czyli Polskie Nagrania, niewiele mu płaciła, przez co musiał ratować się takimi „sztuczkami”. Także to była moja droga do tego, żeby firma powstała w postaci profesjonalnej, ze swoją nazwą, osobowością prawną itd.

I – jak rozumiem – wzmacniacz Hybryd był już sygnowany marką Ancient Audio, tak? A potem ten pierwszy, nienazwany jeszcze odtwarzacz CD, który grał w sklepie Musica Antiqua i następne, ochrzczone już mianem Lektor?
Tak. Tych wzmacniaczy było kilka różnych wersji. Z obudową drewnianą, z obudową metalową, z chromowaną podstawą itd. Kolejnym ważnym etapem była lektura ekstatycznego testu wzmacniacza Ongaku, niestety nie pamiętam w jakim magazynie. Do tego momentu więcej kopiowałem niż oferowałem własnych rozwiązań, co jest zupełnie naturalną drogą. Większość artystów zaczyna od śpiewania coverów i dopiero potem zaczyna komponować autorski materiał.

Dlatego też za pierwszy w pełni oryginalny wzmacniacz mojego autorstwa można uznać model Silver Grand Mono. Cała reszta stanowiła powielanie klasycznej szkoły tworzenia wzmacniaczy, wypracowanej przez kilku znakomitych twórców, przede wszystkim Hiroyasu Kondo, który stworzył kanon porządnego „lampowca”. Tj. układ single-ended, prostownik lampowy, zasilacz z niewielkimi pojemnościami i dużą indukcyjnością itd. Kanon ten był bardzo dobry. Ale potem trzeba było zrobić coś swojego, pójść z tym krok dalej. Działo się to w roku 2000 – właśnie wtedy zacząłem stosować autorskie rozwiązania.

W poszukiwaniu mojej drogi pomógł mi bardzo nieoceniony Janusz Stopa, jeden z najstarszych członków Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego. Miał on raz okazję posłuchać mojego wzmacniacza i to, co usłyszał bardzo mu się spodobało. Ale Janusz, jak to Janusz, po krótkim okresie zachwytu zadał pytanie: „No dobrze, ale co można by zrobić lepiej?”.

Zrobiłem więc dla niego pierwszy wzmacniacz lampowy z transformatorami wyposażonymi w drut srebrny. Masa zabawy z tym była, ponieważ żadna znana mi firma nie produkuje drutu srebrnego, który byłby emaliowany. Przydały się tutaj moje różne dziwne kontakty. Jeden z moich przyjaciół produkuje biżuterię, inny zaś pracuje w laboratorium, w którym rafinuje się metale szlachetne. I oni przygotowują dla mnie srebro o bardzo dużej czystości. Potem sam w domu muszę pokryć ten drut odpowiednim lakierem izolacyjnym, a to jest naprawdę czasochłonne. Dodam jeszcze, że taki drut – w związku z tym, że jest bardzo miękki – należy nawijać ręcznie.

Wzmacniacz Triode-Mono

Jak się okazało, zastosowanie srebra okazało się dobrym kierunkiem. Ale nie na długo, w końcu Janusz ponownie zaczął zadawać sakramentalne pytanie: „No dobrze, ale co można by zrobić lepiej?”. I tutaj skorzystałem z wiedzy, którą posiadałem jako inżynier elektronik. Rzecz rozbiła się o odpowiednie zasilanie, które we wzmacniaczach lampowych odgrywa niepoślednią rolę. Stosowane w większości tego typu produktów zasilanie – oparte o lampę prostowniczą – wydawało mi się anachroniczne. Owszem, kiedyś nie można było zrobić tego inaczej, ale czasy się zmieniły.

Idealny zasilacz powinien być, w moim przekonaniu, źródłem napięciowym, a nie źródłem prądowym. Teoria wspaniała, ale musiałem przekonać się o tym w praktyce. Zbudowałem więc dwa prototypowe zasilacze z bardzo małą opornością wyjściową, które zostały oparte o półprzewodniki. Przyszedłem z tym do Janusza. Podłączamy sprzęt, czekamy, moment emocji i… kompletna klapa. Kolejne próby były robione przez pół roku, może nawet dłużej.
W pewnym momencie poczułem nawet, że jest to ślepy zaułek, w związku z czym zaproponowałem Januszowi przeprowadzenie eksperymentu z gruntu szalonego. Zdecydowaliśmy się na to, ponieważ cały czas brakowało nam w dźwięku mocy, energii i przestrzeni, oddechu. Wzięliśmy naprawdę wielki transformator, który jest w stanie dać nie 230, a 260 V, po czym mówię do Janusza: „Słuchaj, podłączamy ten transformator. Być może to wszystko wyleci w powietrze, ale wystarczy przecież pięć sekund słuchania, by przekonać się czy zmierzamy w dobrym kierunku”.

Dobry utwór musieliście do tego wybrać…
(Śmiech). Kto wie czy wtedy nie męczyliśmy Tarantelli…. Swoją drogą, kontakt z tą płytą był jednocześnie moim pierwszym kontaktem z wytwórnią audiofilską, Alphą. Wracając do tematu: przygotowywaliśmy się do tego eksperymentu jak do startu rakiety kosmicznej. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że poszło nam naprawdę dobrze, lepiej mogliśmy tylko zadbać o stosowne ubrania, jakieś hełmy na głowy czy coś w tym stylu (śmiech). Podchodzę więc do tego transformatora, czując się, jakbym uruchamiał reaktor jądrowy na 200% mocy. Stopniowo podkręcałem napięcie do 260, może nawet 270 V. Nic na szczęście nie dymiło, odpaliliśmy więc płytę i… okazało się, że to jest to. Wtedy się dźwięk otworzył.

Pierwsza Modelka i drugie podejście do Home Monitor

A coś wybuchło?
Mieliśmy parę wybuchów, to prawda, ale akurat nie wtedy. W czasie jednego z nich stopił się centymetr śrubokrętu. A raz widziałem strzelające na odległość trzech centymetrów pioruny, które goniły po oporniku. W każdym razie, po tym eksperymencie okazało się, że wchodzimy w nowy świat, który jest – dodatkowo – fascynujący, ponieważ byliśmy w tej dziedzinie pionierami. Gdy wiadomo na kim się wzorować, to wszystko jest stosunkowo bezpieczne, znane. Inaczej jest, gdy wychodzi się na prowadzenie i zaczyna przeprowadzać własne próby. Niektóre trafione, ale wiele z nich – nie. Ważne jednak, że jest się wtedy w awangardzie. O ile wiem, do dziś nikt nie traktuje w taki sam sposób co ja wzmacniaczy z lampą 300B.

Podsumowując: zrobienie wspomnianego przeze mnie zasilacza było ogromnym krokiem naprzód, po którym nastąpiły kolejne poprawki, składające się ostatecznie na coś takiego, jak Silver Grand Mono. Współtwórca tego wzmacniacza, Janusz, mocno dopingował mnie także przy tworzeniu odtwarzaczy. Moje pierwsze produkty tego typu były oparte o napęd Philipsa CDM4, potem CDM 12.1. Janusz miał wtedy Wadię 830.

Pewnego dnia przyniosłem prototyp, który wyglądał bardzo śmiesznie, był bowiem „rozłożony” w przestrzeni. Został on wyposażony w lampę elektronową. Była to fanaberia jednego z moich klientów, który sobie tego zażyczył. Sam byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, sądziłem bowiem, że nie może ona mieć pozytywnego wpływu na brzmienie. Jak się okazało, tenże prototyp zagrał pod wieloma względami ciekawiej od wspominanego modelu 830. W związku z tym Janusz nakłonił mnie, bym skonstruował high-endowy odtwarzacz.

Mówimy teraz o dwóch topowych urządzeniach z pańskiej oferty: najlepszy wzmacniacz i najlepszy odtwarzacz. Jak wyglądała reszta pańskiej oferty?
Wcześniej też celowałem w high-end, chociaż reszta mojej oferty była wyraźnie tańsza. Pierwszym takim naprawdę drogim produktem był wzmacniacz Triode Mono, który kosztował kilkanaście tysięcy złotych. Pamiętam nawet jego pierwszą prezentację, która odbyła się w trakcie drugiej edycji targów Audio Show. Na pierwszą edycję się w ogóle nie załapałem, wpadłem jedynie jako gość. Na drugiej wystąpiłem w roli wystawcy i zaprezentowałem rzeczony wzmacniacz Triode Mono, z którym grał pierwszy Lektor. Co mnie ucieszyło, bardzo wszystko się to odwiedzającym spodobało.

Potem pokazałem Januszowi trzeciego Lektora – właśnie tego, który stoczył pojedynek z Wadią. Po tym wydarzeniu Janusz, jak to Janusz, podszedł do zagadnienia bezkompromisowo i powiedział, że chce mieć najlepszy odtwarzacz na świecie. Wtedy zacząłem się na serio zastanawiać nad mechanizmem CD Pro 2 Philipsa. Równolegle zaczęły powstawać dwa urządzenia: Lektor Grand i tańszy od niego Lektor IV. W obydwu zastosowałem całą masę nowych rozwiązań i to było przywoływane przeze mnie tworzenie czegoś na nowo.

Galaxy-System-5 – rok 2003

To działo się równolegle z pracami związanymi z Silver Grand Mono?
Tak. Ja nad tym wzmacniaczem pracowałem cztery albo nawet pięć lat. Nad Lektorem Grandem zasiadłem w okolicach 2002 roku. Pracę skończyłem w 2004 roku. Odtwarzacz bardzo dużo zamieszał na rodzimym rynku, co potwierdzić może Twój tata. To on napisał pierwszą recenzję topowego Lektora, wywołując sporo emocji w naszym środowisku. Poznałem go jeszcze w sklepie Audioholic, jednak bliższe bliższy kontakt nawiązaliśmy w Nautilusie. To właśnie w tym salonie postanowiłem sprawdzić Lektora z innymi high-endowymi odtwarzaczami. Chciałem po prostu wiedzieć jak on wypada w stosunku do różnych renomowanych konstrukcji. Jedną z nich był – z tego co pamiętam – odtwarzacz Wadia 860.

Umówiliśmy się z kilkoma znajomymi na odsłuch, podczas którego Lektor naprawdę pokazał swoją klasę. Pamiętam, że Janusz był z tego powodu bardzo dumny. Na to spotkanie przyszedł też Wojtek, który prowadził w magazynie „Audio” rubrykę „Audioszołek”. Na spotkanie przyniósł z sobą dyktafon, który umieścił cichcem pod stołem. Janusz zagotował się, mówiąc coś o „ubeckich metodach”, na co Wojtek odpowiedział, że była to jedyna okazja, by nagrać ludzi mówiących zupełnie otwarcie, szczerze. Janusz nie wydawał się tym przekonany i powiedział, że on zawsze mówi to co myśli, co jest – jak wiemy – prawdą (śmiech). Tak w szerszym gronie publiczności zadebiutował flagowy Lektor, tak też wykuwały się spotkania „audioszołkowe”, które potem przekształciły się w Krakowskie Towarzystwo Soniczne.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
Część druga wywiadu w listopadzie – ZAPRASZAMY!

ANCIENT AUDIO W „High Fidelity”

  • TEST: Ancient Audio A-3 - wzmacniacz zintegrowany, czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio P-1 - wzmacniacz słuchawkowy/procesor
  • KRAKOWSKIE TOWARZYSTWO SONICZNE: Spotkanie #96 – Ancient Audio P-3, czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio OSLO MASTER – kolumny aktywne, czytaj TUTAJ
  • HYDE PARK: Ancient Audio STUDIO OSLO – kolumny aktywne, czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio STUDIO OSLO – kolumny aktywne, czytaj TUTAJ
  • NAGRODA ROKU 2011: Ancient Audio Lektor AIR V-edition – odtwarzacz Compact Disc, czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio Lektor AIR V-edition - odtwarzacz Compact Disc, czytaj TUTAJ
  • NAGRODA ROKU 2009: Ancient Audio Silver Grand Mono – wzmacniacz mocy, czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio Silver Grand Mono - wzmacniacz mocy, czytaj TUTAJ
  • NAGRODA ROKU 2008: Ancient Audio Lektor Grand SE – odtwarzacz Compact Disc, czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio Lektor Grand SE - odtwarzacz Compact Disc, czytaj TUTAJ
  • REPORTAŻ: Ancient Audio w USA (reprise), czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio Lektor V - odtwarzacz Compact Disc, czytaj TUTAJ
  • NAGRODA ROKU 2006: Ancient Audio Lektor Prime - odtwarzacz Compact Disc, czytaj TUTAJ
  • TEST: Ancient Audio Lektor Prime - odtwarzacz Compact Disc, czytaj TUTAJ
  • REPORTAŻ: Antwerpia – premiera wzmacniacza Silver Grand, czytaj TUTAJ
  • REPORTAŻ: Ancient Audio Silver Grand – premiera, czytaj TUTAJ
  • REPORTAŻ: Harmonijne współdziałanie - kolumny Ancient Audio Harmony, czytaj TUTAJ